wtorek, 5 kwietnia 2016

Star Wars urodziny!

Uwielbiam czas przygotowań na etapie planów. W początkowej fazie burzy mózgów nasze mieszkanie wygląda jak inna galaktyka, każdy z członków rodziny ma wybranego odpowiedniego bohatera sagi, za którego się przebierze, a scenariusz urodzin jest godny najlepszego warszawskiego escape room-a!
Potem oczywiście zaczynamy się kontaktować z rzeczywistością - balonów na hel nie ma tam gdzie kiedyś, kostiumów nie będziemy jednak wypożyczać, a scenariusz trzeba mocno okroić.
Mimo wszystko jest szał.


Już się przyzwyczaiłam, że termin przesuwamy ze dwa razy - dopóki nie ma zaproszeń. Gdy w końcu Hania się zawzięła i przygotowała 24 (klasa i przyjaciółki) unikalne rysunki oraz odpowiednie kartoniki nie było już wyjścia, wszystko musiało zostać dopięte na ostatni guzik w ciągu paru dni.


Najwięcej zachodu było chyba z przygotowaniem materiałów na miecze świetlne - każdy gość miał sobie zrobić swój, na wzór tego, którym macha Ludwik na pierwszym zdjęciu. Spokojnie, internet pęka od pomysłów. Ale to co pisze się łatwo (izolacja piankowa do rur z Leroy Merlin, kolorowe taśmy klejące) przekłada się na co najmniej dwie wyprawy do specjalistycznych sklepów, budowę prototypu i przygotowanie pociętych już materiałów.
Pomysł chwycił w każdym razie, dzieciaki z zapałem konstruowały swoje uzbrojenie, pewnie w niecałe 10 minut. Jakieś pół godziny od startu imprezy wszyscy byli wyposażeni.



Poczęstunek za to jak najprostszy. Oczywiście, na pinterest można skompletować 12-daniowe menu z tortem w kształcie Gwiazdy Śmierci wieńczącym dzieło. Uważam to za brak umiaru, he, he.
Nie powstrzymywałam jednak Róży przed zrobieniem takich Tie-fighterów (krakersy, ser żółty, twaróg), inspirowanych pinterestem, naturalnie. Prawie nie ruszonych przez gości, naturalnie:



Z mniej oczywistych elementów na stole jeszcze koktajle z mrożonych truskawek i malin. Oraz specjalnie kupiony na tę okazję w Tigerze (choć od dawna miałam na taki ochotę) słój na napoje. Że nie wspomnę o niesamowitej lampie, rzucającej tę różową poświatę - też z Tigera.



To tyle, jeśli chodzi o dekoracje. A jeszcze jeden super gadżet z Tigera, który zrobił furorę i spełnił swe zadanie w 100%. Na drzwiach do naszej sypialni i pokoju Ignacego:


Pora na właściwą zabawę. I tu wielkie zdziwienie gości - wychodzimy na dwór?! Trzeba przyznać, że oldschoolowo te nasze urodziny wypadły. Najwięcej dzieje się w wyobraźni, zdjęcia nie mają szans uchwycić tego, przynajmniej nie reportażowe.

Scenariusz w skrócie był następujący:
1. Szkolenie rycerzy jedi. Czyli rundka sprawnościowa po placu zabaw (karuzela, równoważnia, i inne tego typu atrakcje) - po kolei, w wyznaczonej kolejności.
2. Trening zdolności tropicielskich. Czyli poczciwa zabawa w chowanego. Uwierzycie, że dzieciaki po 4 kolejce nie miały dość? Było już ciemno, zeszło nam to z godzinę, ale błagali żeby jeszcze raz się pobawić. Właściwie można było na tym skończyć. Ale przechodzimy do sedna.
3. Tajna misja przechwycenia skarbów Vadera. Tu było trochę bardziej skomplikowanie. Cztery drużyny. Każda na swoim wyznaczonym terenie musi odnaleźć pięć Kart Tajemnicy. Na jednej karcie jedno pytanie, arcytrudne, typu "Kto jest najlepszym przyjacielem Hana Solo?". Prawidłowa odpowiedź nagradzana kartonikiem z liczbą i działaniem. Dla wyniku należy zsumować cyfry. Otrzymany numer jest jedną z cyfr Sekretnego Kodu. Skomplikowane, wiem. Ale okazuje się, że najtrudniej było znaleźć Karty Tajmenicy - było ciemno. Pozostała część zadania poszła jak z płatka. 4. Oprócz cyfry Sekretnego Kodu każdy zespół zdobywa na koniec jeden fragment mapy z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu i wytycznymi. Trzeba go odnaleźć i wypróbować kombinacje cyfr by otworzyć zamek szyfrowy, który chroni dostęp do skarbu.

Parę zdjęć:








Co było skarbem? Po małej paczuszce ze słodyczami. Drobiazg, ale kiedy szykowałam pakieciki z Hanią, Lulek się rozpłakał: "-Dlaczego nigdy nam nie kupujesz takich batoników??". Chodziło o to, hmm:



I tyle. Pozostawało już tylko wrócić do domu i zjeść tort. Rozpłynięty, ale nic nie szkodzi. Było super. Dobrze jednak, że koniec końców dzieci przyszedł jeden tuzin, a nie dwa...

I jak Wam się podoba? Lulek kategorycznie zażądał identycznych urodzin. Wszystko ma być tak samo. Hura, koniec z salkami!



5 komentarzy:

  1. Mogę tylko napisać: goście dopisali, rodzice przygotowali wszystko na tip top, atrakcji mnóstwo, nic więc dziwnego, że goście i przede wszystkim jubilatka zachwyceni :D
    brawo wy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow ! Jestem pod wrażeniem , świetnie przygotowana impreza. Widać ,że poświęciliście mnóstwo energii i czasu na przygotowanie i te zadania -rewelacja.
    Wszystkiego Dobrego dla Jubilatki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Scenariusz i wykonanie: na szóstkę! Życie urodzinowe Żółtowskich na żywo i w kolorze. Izunia, zrobiłabyś karierę jako animatorka urodzinowa! Kapitalnie!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Żadna salka z pewnością nie urządzi tak świetnej zabawy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Yyyy... moc była z Tobą! To pewne ;)

    OdpowiedzUsuń