piątek, 26 lutego 2016

pokoje dla sióstr i braci

Ferie spędzaliśmy w domu, więc cała energia (prawie) znalazła ujście w domu.
Sytuacja wygląda tak, że nasze mieszkanie, całkiem spore, jakby nie było, to jednak około 7 metrów kwadratowych na jedno dziecko w dwóch sypialniach. Nie za dużo.
Owszem, ostrzymy sobie zęby na mieszkanko sąsiadki, wygodnie przytulone tuż do ściany w salonie, w idealnym rozmiarze około 30 metrów. Obiecała nam, że kiedyś się wyprowadzi i dowiemy się pierwsi, gdy do tego dojdzie. Ale ta obietnica padła, kiedy wzięłam ją na spytki (przycisnęłam do ściany?) będąc w ciąży z Ludwiczkiem. Który w listopadzie skończył 6 lat. Póki się żyje, trzeba mieć nadzieję.

Tymczasowo Ludwiczek został wyprowadzony od Ignacego do sióstr. Praktycznie nastąpiło to już parę miesięcy temu,  dziewczyny już się z tym pogodziły. A dorzucenie do ich pokoju tych wszystkich pudełek lego i szafki paradoksalnie poprawiło sytuację, przynajmniej ja tak uważam. No i nie mam żadnych argumentów, że to nie Hania i Rózia odpowiadają za cały ten bajzel na biurku.

Zatem pokój dziewczynek, i Ludwisia oczywiście:

Przy wejściu zawiesiłam sobie taką przypominajkę...

Łóżko Ludwika zostało ustawione w poprzek, i oddzielone od dziewczynek ikeową szafką, dzięki czemu powstał bardzo przytulny kącik:




Szafkę od strony Hani obiłam materiałem. Marimmeko - tak, oczywiście, że ze szmateksu.




Dziewczyny też ją bardzo lubią. Jest to ulubiona miejscówka na wieczorne czytanie. Nie, oczywiście nie moja.


Co prawda nie będzie żadnego shelfie (dla niezorientowanych - jest to typ zdjęcia ze ślicznie zaaranżowanymi uroczymi, perfekcyjnie skoordynowanymi gadżetami), zresztą nie wierzę w takie cuda w rodzinie wielodzietnej.
Będzie za to przepiękny turkusowy stolik, co do którego Ludwik uparł się, że musi z nim przywędrować. To znaczy, wtedy był jeszcze zwykły, drewniany. Ale jak się Hania za niego wzięła, to w trzy dni był jak zaczarowany. Różą szczodrze uznała, że to najładniejszy mebel w naszym domu. Figa też tak chyba uważa.
Tak było:


A tak jest:



No dobrze, a co z Ignacym? Będzie i Ignacy.
Dziadek Jurek nie tylko przywiózł nam samochód, żebyśmy nie musieli jeździć do Lidla taksówką (nasz się akurat w ferie popsuł), ale i piłę. I obciachał nogi łóżka na antresoli. I to jest to - pokój cudo!



Uszyłam kapę (wypełnienie z naszego starego ochraniacza na materac daje świetny ciężar) - Ignacowi tak się spodobała, że codziennie ścieli łóżko!



Suszarka i szafka na pranie to niezbyt wygórowana cena za indywidualny pokój, prawda? Chociaż nie jest to specjalnie piękny widok, nawet nie mam na zdjęciu (wyparcie).
Podzielę tylko tą szafką, co prawda jeszcze na zdjęciu z salonu, ale jest ona genialnym wynalazkiem - szczególnie w rodzinie, gdzie pranie ściąga się (i rozwiesza) praktycznie codziennie. Można nie mieć własnego pokoju. Ale własna szufladka to absolutny must have.


I to by było tyle na dziś. Wspaniałego weekendu życzę i staram się nie myśleć o sobotnich porządkach...

środa, 17 lutego 2016

Walentynka

Zostanę Matką!



Cha, cha, Chrzestną!

Ale po kolei.
Walentynki ułożyły się zupełnie nie według planu - mojego planu, i Maćka rzecz jasna.
Może jeszcze kiedyś się uda, bo był naprawdę piękny - weekend w Puszczy Białowieskiej, w wegetariańskim Domu na Wschodzie, tylko my dwoje i ruska bania.
Może, ale póki co, przewlekłe zapalenie oskrzeli u mojego (czterdziesto-) dwulatka zniweczyło te marzenia. Pierwotnie miały być jeszcze do tego biegówki, ale z tą myślą pożegnałam się już dawno...

Nie przyszło mi za to do głowy, że właśnie w Walentynki będę potrzebna żeby zaopiekować się dopiero-co-narodzoną Tosią. Z samego rana. Moja siostra cioteczna Asia, która nie tak dawno (ekhm) była druhną na moim ślubie, w Walentynki została mamą. Czy może być piękniejszy znak miłości? No właśnie.

Już tak dawno nie widziałam noworodka, a nie swojego to jeszcze nigdy! Nie-sa-mo-wi-te. To maleńkie, kruche, bezbronne cudo, dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Cud.

Dziwnie tak się przychodzi na oddział położniczy z zewnątrz. Chwilami muszę wyciszać myśli, odruchy. Ręce i plecy doskonale jeszcze pamiętają, ciąg czynności uruchamia się prawie  automatycznie. Wspomnienia, wspomnienia. I taka spokojna radość, mimo wszystko widza. Posadzono mnie w pierwszym rzędzie i doceniam ten przywilej.

Wracam do domu i widzę dopiero teraz wyraźnie jak daleką drogę przeszliśmy.
To były dobre Walentynki.

czwartek, 11 lutego 2016

Mam 40 lat

Nadszedł ten dzień. Szczerze mówiąc, praktycznie tuż od czasu gdy prowadzę bloga, wierciłam się niekiedy niespokojnie myśląc o tym, że taki wpis będzie się tu musiał pojawić. Czterdzieści lat to taki symboliczny wiek, nie mam wątpliwości. Wystarczy pochwycić spłoszone spojrzenie młodszych kobiet, gdy słyszą, że zbliża się Twój jubileusz. To już?



A więc nieodwołalnie zakończony czas młodości, ujmując to wprost. Pełnia dojrzałości. Jak się z tym czuję? Dziwne, ale jakoś jestem tym podekscytowana. Dopiero dziś, bo wczoraj nastrój miałam raczej depresyjny, niezbyt mnie cieszyły zbliżające się urodziny - może to przez tę Środę Popielcową? O śmierci myślmy pospołem. Ten klimat musiał być wyraźny, bo od Ludwika dostałam w prezencie cmentarz, z plasteliny.
No właśnie, prezenty. Czy to możliwe, że to im zawdzięczam mój dzisiejszy szampański humor? Musi tak być, moi kochani sprezentowali mi chyba z pół mojego Pinteresta, z kategorii 'I want'. Proszę tylko spojrzeć - nieocenzurowane baśnie Grimm, naszyjnik od Olgi Zielińskiej, i torebka prosto z Amsterdamu, nie wspominając o ręcznie filcowanej, delikatnej chuście i naręczu laurek i kartek:




Marzenia się spełniają, a myślałam, że już niewiele mogę oczekiwać w tym temacie.
Bo przecież jeśli chodzi o podsumowanie tych już spełnionych, to przybijam sobie wysoką piątkę.

Musicie też wiedzieć, że nic, co tu teraz piszę nie było jednak wcześniej zaplanowane i przemyślane, mimo, że tak jak wspominałam, wiele wersji tego wpisu w mojej głowie już powstało. Coś o sile doświadczenia, nie do przecenienia. I zgrabnym nawiązaniu do tej piosenki Anny Jantar (dzieciaki zawsze pękają ze śmiechu przy frazie "To co mam... to młodość, której nie potrafię kryć"):


I że naukowcy i tak są młodzi tylko do 35 roku - serio, wszystkie programy dla "młodych naukowców" mają taki limit, bez względu na to jak dużo czasu spędziło się na urlopie macierzyńskim (to oczywiście tłumaczy mnie doskonale, dlaczego się na żaden nie załapałam).
Ale dziś mi jakoś wena nie służy. Do tematu może wrócimy, jak pojawią mi się siwe włosy.
Za to zrobiłam sobie sesję (samowyzwalaczem), nieplanowaną, z prezentami.
Uwierzcie mi, niełatwo było coś wybrać.

Torebka może wygląda przeciętnie, ale jakie ma wnętrze! Pasujemy do siebie ;-) Nie jest wykluczone, że to dla niej założyłam Pinteresta parę lat temu...
W chustce
W naszyjniku ;-) Przy okazji, to drewniane hula-hop z Ikei jest genialne - fantastycznie wyważone.
Po tych przebierankach nabrałam ochoty na jakieś wyjście. Może teatr? Czuję, że nadszedł czas nieograniczonych możliwości. Ekhm.




piątek, 5 lutego 2016

tłustoczwartkowa solenizantka

Taka kumulacja nie zdarza się co dzień. Dziewiąte urodziny i Tłusty Czwartek - możliwe, że raz w życiu. Nic dziwnego, że się Hania nie mogła doczekać.
Prezenty naszykowałam rano (czy ta poduszka nie wygląda znajomo?):


Niestety, nie widziałam reakcji, ale ponoć pełen zachwyt. Sama pomknęłam na rowerze realizować dalszy ciąg urodzinowych marzeń. Pączki z dziurką - prawdziwa Ameryka! Pieką takie w okolicach bardzo hipsterskiego placu, w miejscu zwanym MOD Donuts. No pyszne, daję słowo, zanim zrobiłam zdjęcie już połowy nie było. Ale to tylko po jednym, na spróbowanie (polewy: krówkowa, słony karmel, mango, biała czekolada; jak to brzmi?), bo jednak u Wróbla o połowę tańsze...


Dodatkowym, trzecim punktem mojej wyprawy było poszukiwanie pączków bez jajek - dla Luleczka. Doskonale wiem jak to wyglądało, gdy zeskakiwałam z roweru przed kolejną cukiernią, z gasnącą nadzieją na zziębniętym obliczu dopytując się o "vege-pączki". W końcu wypatrzyłam przez szybę na Kruczej, w Vege Barze; tyle że ten miał być otwarty od 12 (a ja swój rajd odbyłam przed 10!). Uprosiłam, vege-cyklistka, ha!



Także nikt sobie nie krzywdował. Alarm cukrowy znacząco przekroczony, szczególnie po wieczornej porcji tortu - też z cukierni, o zgrozo. Jakoś z bandą feryjnie rozbestwionych dzieci i Maćkiem z zapaleniem oskrzeli na dokładkę, nie mam szczególnie ochoty na kulinarne fajerwerki...




Wracając jednak do Gwiazdy tego dnia, oraz jej prezentów, dołączam szybką sesję w folkowej spódnicy - prezent od Matki Chrzestnej, czyli Cioci Oli, przysłany hej spod samiuśkich Tater. Czy się spodobała? Ba.






No właśnie, a czemu my właściwie w domu, a nie w jakiś górach? Pomijają wspomniane wyżej zapalenie, głównym problemem okazał się samochód, który już trzeci tydzień odmawia w warsztacie posłuszeństwa. Także wyjaśniła się też moja wzmożona pasja rowerowa.

Ale nie ma tego złego, pocieszam się w lutowej szarości. Planuję nawet opublikować post, czy warto jechać z dziećmi na narty, z tezą wpisującą się w nasze tegoroczne ferie domowe, oczywiście.
Planów zresztą u nas dostatek. Pożyjemy, zobaczymy.