niedziela, 13 grudnia 2015

Co robimy w Adwencie

Wygląda na to, że dni w Adwencie wypełniają się same, nie trzeba się zastanawiać. Dorobiliśmy się już wielu własnych tradycji, które stopniowo wrastały w naszą rodzinę. Pewnie nie wszystkie na zawsze, pewnie jeszcze jakieś przybędą, inne się wyczerpią, ale bez wątpienia  czynią one ten czas bardzo specjalnym.

Zacznijmy od kalendarza adwentowego. Nie wydaje mi się, żeby miał w takiej formie przetrwać jeszcze wiele lat. Choć kto wie. Może będę na tyle zwariowana, żeby szykować go dla moich wracających na Święta do domu studentów. Kto to wie.
Póki co zabawna historyjka, budująca też jego legendę. Dla przypomnienia, w naszym domowym kalendarzu (tu i tu oraz tu już o nim wspominałam) dzieci wyjmują paczuszki kolejno, każdego dnia inne (jest to dobra metoda przy 2, 3, 4, 6 lub ...12 dzieci). Czasem jest tam niespodzianka indywidualna, czasem podwójna (chłopcy vs dziewczynki), a czasem wszyscy się obłowią. Ogólnie, z grubsza sprawiedliwe.
 Któregoś z pierwszych grudniowych wieczorów Hania i Ludwik przybiegli przejęci, że w jednej kieszonce nie ma prezentu. Niemożliwe, może wypadł? Przeszukaliśmy całą okolicę, ale nie, nie ma nigdzie. No to liczymy, czyj to miał być? Róży. Czarne oskarżenie padło na Różę. Uczynek z gruntu haniebny, ale najwyraźniej się go dopuściła. Ale Róża tak solennie zaprzeczała, taką skrzywdzoną niewinność uosabiała, że zasiało to we mnie wątpliwość. I wtedy, eureka! Przecież rano robiłam zdjęcia kalendarzowi, ku pamięci, zaraz sobie zobaczymy, czy wtedy jeszcze tu był. I rzeczywiście, wystaje na zdjęciu z kieszonki! Ale moment, ten co wystaje, to teraz jest, ale w innej... I zaraz, jakoś tak reszta też nie na swoich miejscach!
I tym razem straszliwe podejrzenie pada na Ludwika. Czyż nie został dziś cały dzień sam w domu z Tatą? Po co przekładał paczuszki?! I co zrobił z prezentem Róży? A Ludwik w płacz wniebogłosy. To nie on, on tego nie zrobił! Rozpacz najprawdziwsza, nieudawana. Wtedy, w końcu, pękła Hania. Łamiącym się głosem wyznała wszystko. Policzyła, które kieszonki jej i poprzekładała do nich największe paczuszki...
Jak przy pomocy zdjęcia zaczęłam wszystko odkręcać, znalazł się i zaginiony upominek Róży - w jednej kieszonce były dwa. I taka to adwentowa opowieść. Puentę sami sobie dopowiedzcie. W każdym razie zdjęcia robić warto.





Kalendarz rozpoczyna każdy dzień, poza czwartkiem. Wtedy najważniejsze są Roraty. Ja z Lulkiem jeszcze co prawda nie dołączyłam, ale postaram się w tym tygodniu, obiecałam nie tylko sobie.


Kolejny raz jest też z nami dojrzewające ciasto na pierniczki. Ta tradycja podejrzewam, że zostanie, ale może już nie będę zwiększać ilości. Zaczynałam od kilograma mąki. Nie chce mi się samej wierzyć, że w tym roku zrobiłam z ... pięciu! No ale skoro z trzech kilo w zeszłym roku nic nie zostało po dwóch dniach... Nie mam zdjęcia, ale jest to ogromna micha, zajmująca całą dolną półkę w lodówce. Za to słój (3-litrowy) buraków na zakwas zdążyłam już obfotografować:


I tak dalej, to i owo. Ale o jeszcze jednej rzeczy muszę wspomnieć koniecznie. Robótka! W zeszłym roku pierwszy raz, ale jesteśmy pewni, że zostanie z nami.
To by było na tyle dziś, czas najwyższy poważnie wziąć się do roboty!


3 komentarze:

  1. Do wszystkich swoich talentów dołączyłaś jeszcze Izunia, zdolności Szerloka Holmsa! To dobrze, że dzieciaki wiedzą o nich i być może nie będą kombinować... Podziwiam Twoje zaangażowanie we wszystko, co robisz. Dużo zdrowia, by starczyło Ci na to sił! Piękny adwent!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam do Was zaglądać 😊 super kalendarz adwentowe, udanego tygodnia

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja myślę sobie, że u nas to już chyba ostatni rok kalendarza adwentowego... Najbardziej kuleje mój nadzór nam realizacją adwentowych zadań a gdybym wysiliła się na małe upominki (chociaż u nas wyjmowaczy jest pięcioro i gdzie tu sprawiedliwość?:)), podejrzewam, że już pierwszego grudnia nastąpiła by roszada w stylu Hani :)))

    OdpowiedzUsuń