piątek, 4 grudnia 2015

artystyczne książki

Artystyczne książki - a na co to komu? Jedynie Ignacy dał się zainteresować, gdy zaczęłam mu wymieniać, które z naszych domowych książek dałoby się podciągnąć pod tę kategorię ("Zgubione znalezione" Shauna Tana, "Osobliwy gość"Edwarda Goreya, i... pewnie jeszcze parę by się znalazło, ale to wystarczyło).


O Targach Książki Artystycznej doniósł nam nie kto inny, jak tylko Ciocia Marysia, nasza naczelna artystka. Ale może dobrze, że się nie wybrała na nie w podróż z odległego Świnoujścia, bo Targi to trochę zbyt szumne słowo, przynajmniej w odniesieniu do wielkich Targów Książek na których parę razy zdarzyło się nam bywać. No ale to pierwsza taka impreza, za 10 lat będzie pewnie lepiej.
Obejrzeliśmy sobie wszystko w niespełna godzinkę, ale i tak zapałałam miłością do jednej książki: "Mind the Map", zbierającej różne pięknie zilustrowane mapy z całego świata (tak, są też Mizielińscy!). Parę przykładów:




Bardzo piękna i gruba książka. Bardzo droga - 180 zł... Ignacy skwitował, że cena to główny wyróżnik artystycznej książki. I chyba coś w tym jest. Kupiliśmy sobie jedną, niedużą, kiepsko wydaną na gazetowym papierze. Cena 37 zł, ale wynegocjowałam 30. No i jak mogłam nie kupić:



Ale tak naprawdę zapragnęłam książki, która ukaże się dopiero na wiosnę, wypatrzyłam ją w katalogu. I przypomniała mi, że w dzieciństwie oglądałam przez takie specjalne radzieckie okularki zachwycające trójwymiarowe obrazki. Zupełnie o stereoskopii zapomniałam, a jest to świat prawdziwie magiczny. Wpisuję na listę chcieć-mieć.


Na tej liście jest też przedmiot nawiązujący do pierwszej książki, tej z mapami. Z etsy. Mapa Wenecji, Święty Mikołaju?


No dobrze, a o co chodzi z tym zdjęciem na samym początku? To była chyba najlepsza część naszej wyprawy, bo Targi obywały się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
W takim muzeum trzeba bardzo uważać, żeby nie pomylić eksponatu z wyposażeniem. Za taki wzięliśmy z Ignacym stół do ping-ponga, przy którym zwyczajnie ludzie rozgrywali sobie partyjki. Tymczasem to część ekspozycji poświęconej tenisowi stołowemu. Aha.

A potem przykuło naszą uwagę takie dzieło:


Nazywa się skoki narciarskie, czy coś w tym stylu. O co chodzi? to część wystawy słowackiego artysty Juliusa Kollera. Neoawangarda.
Trzeba być trochę otrzaskanym w sztuce, żeby nie pęknąć ze śmiechu. Obawiam się, że daliśmy wyraz ograniczoności naszego poznania chichocąc coraz głośniej przy dziełach typu - fotografia artysty z twarzą przysłoniętą ... preclem (cykl Ufonauta, tak jak i to lustro na samej górze).
Apogeum przy tym eksponacie:


Tak, to "Szklanka czystej wody". A może czasem tyle wystarczy?

4 komentarze:

  1. Super!!!
    Izunia, uważaj, Harry Potter za Tobą!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tez bym pewnie pękła ;) A tymczasem pękam z zazdrości o te mapy... Szkoda, ze mamy tak daleko.

    Dobrze, że w domu chociaż ten Tan i Mizielińscy na pocieszenie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ha ha.. .ta szklanka może na orzeźwienie?

    A tak OT dzięki za wizytę i dobre słowo :) Sukienkę mam i jest do sprzedania. Podam później wymiary, bo moja panna szczuplaczek :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Iza! I nie przypomniałaś nam?! ;)
    Może następnym razem zawitamy jak już targi się rozwiną na maxa :)

    Maria

    OdpowiedzUsuń