wtorek, 22 grudnia 2015

kartka

Jak to jest, że podobają mi się minimalistyczne, spokojne zdjęcia o szerokim kadrze, najlepiej z jakimś lasem iglastym w tle (i śniegiem, ale bądźmy realistami), a kończymy z czymś takim...

W każdym razie włożyliśmy w to zdjęcie dużo serca, mam nadzieję, że wywoła choć na chwilę uśmiech na twarzy Tych, którzy ją dostaną. Tak, również Waszych!
To najlepszy (o ile nie ostatni) moment na złożenie najserdeczniejszych świątecznych życzeń. Niech ta pozytywna energia trwa, a źródło które ją zasila bije z mocą.

Kartkę zrobiliśmy już dość dawno, ba, nawet wysłaliśmy już parę dni temu. Więc wiedziałam, że również na blogu ją wypiszę - właśnie dziś, na koniec ostatnich w tym roku zajęć na uczelni.





Ale zupełnie się nie spodziewałam, że właśnie dziś rano sama dostanę kartkę, która mnie tak bardzo wzruszy. I wcale nie jest jakaś piękna, wymyślna. Ale treść... Dostałam ją od hinduskiego studenta, który zadał sobie tyle trudu, że kartkę wypisał, przyniósł i przekazał piękne słowa wdzięczności i serdecznych życzeń.
Pomyślałam sobie od razu, jak bardzo byłam przestraszona i zestresowana, gdy na początku semestru dowiedziałam się, że mam pierwszy raz prowadzić zajęcia z obcojęzycznymi studentami i to na dodatek dotyczące dziedziny o której miałam bardzo blade pojęcie. Tymczasem ich zaangażowanie, prawdziwy pęd do wiedzy i motywacja sprawiły, że te zajęcia jak żadne inne do tej pory dają mi ogromną akademicką satysfakcję.
Kolejny raz przekonałam się, że ciężkie i niechętnie podejmowane wyzwanie stało się pozytywnym, wspaniałym doświadczeniem. W pewnym sensie tak mogłoby też być z tymi Świętami, prawda? Wam i sobie tego życzę!

***
Żeby nie było jedank, że jest tylko tak wspaniale i wesoło. Muszę się podzielić moją najgorszą porażką w tym roku. Pierniczki. Atakują mnie niemal z każdego zakątka internetu, a tymczasem...
Może pamiętacie moje pełne samozadowolenia przechwałki o wielkiej masie piernikowego ciasta? Leżakuje, ale w śmietniku. Z bólem serca, no ale nie dało się. Zapach jakiś taki nieprzyjemny miało (słodko-nieprzyjemny, brr), który jeszcze się wzmógł w piekarniku.
Tak, w piekarniku, bo ciasto nawet wyglądało i zachowywało się dobrze. Tylko ten zapach, i ta nutka dziwnej goryczy. A, tak, oczywiście próbowałam je zjeść. W gronie moich wiernych pomocników (no, przy najmniej części, Ignacy z Różą od razu zwiali). Tak było pięknie:





Czyli bywa i tak. Coś się zapowiada na wielką chwałę i radochę, a kończy jako tragedia roku. Czego oczywiście Wam i sobie nie życzę!

niedziela, 13 grudnia 2015

Co robimy w Adwencie

Wygląda na to, że dni w Adwencie wypełniają się same, nie trzeba się zastanawiać. Dorobiliśmy się już wielu własnych tradycji, które stopniowo wrastały w naszą rodzinę. Pewnie nie wszystkie na zawsze, pewnie jeszcze jakieś przybędą, inne się wyczerpią, ale bez wątpienia  czynią one ten czas bardzo specjalnym.

Zacznijmy od kalendarza adwentowego. Nie wydaje mi się, żeby miał w takiej formie przetrwać jeszcze wiele lat. Choć kto wie. Może będę na tyle zwariowana, żeby szykować go dla moich wracających na Święta do domu studentów. Kto to wie.
Póki co zabawna historyjka, budująca też jego legendę. Dla przypomnienia, w naszym domowym kalendarzu (tu i tu oraz tu już o nim wspominałam) dzieci wyjmują paczuszki kolejno, każdego dnia inne (jest to dobra metoda przy 2, 3, 4, 6 lub ...12 dzieci). Czasem jest tam niespodzianka indywidualna, czasem podwójna (chłopcy vs dziewczynki), a czasem wszyscy się obłowią. Ogólnie, z grubsza sprawiedliwe.
 Któregoś z pierwszych grudniowych wieczorów Hania i Ludwik przybiegli przejęci, że w jednej kieszonce nie ma prezentu. Niemożliwe, może wypadł? Przeszukaliśmy całą okolicę, ale nie, nie ma nigdzie. No to liczymy, czyj to miał być? Róży. Czarne oskarżenie padło na Różę. Uczynek z gruntu haniebny, ale najwyraźniej się go dopuściła. Ale Róża tak solennie zaprzeczała, taką skrzywdzoną niewinność uosabiała, że zasiało to we mnie wątpliwość. I wtedy, eureka! Przecież rano robiłam zdjęcia kalendarzowi, ku pamięci, zaraz sobie zobaczymy, czy wtedy jeszcze tu był. I rzeczywiście, wystaje na zdjęciu z kieszonki! Ale moment, ten co wystaje, to teraz jest, ale w innej... I zaraz, jakoś tak reszta też nie na swoich miejscach!
I tym razem straszliwe podejrzenie pada na Ludwika. Czyż nie został dziś cały dzień sam w domu z Tatą? Po co przekładał paczuszki?! I co zrobił z prezentem Róży? A Ludwik w płacz wniebogłosy. To nie on, on tego nie zrobił! Rozpacz najprawdziwsza, nieudawana. Wtedy, w końcu, pękła Hania. Łamiącym się głosem wyznała wszystko. Policzyła, które kieszonki jej i poprzekładała do nich największe paczuszki...
Jak przy pomocy zdjęcia zaczęłam wszystko odkręcać, znalazł się i zaginiony upominek Róży - w jednej kieszonce były dwa. I taka to adwentowa opowieść. Puentę sami sobie dopowiedzcie. W każdym razie zdjęcia robić warto.





Kalendarz rozpoczyna każdy dzień, poza czwartkiem. Wtedy najważniejsze są Roraty. Ja z Lulkiem jeszcze co prawda nie dołączyłam, ale postaram się w tym tygodniu, obiecałam nie tylko sobie.


Kolejny raz jest też z nami dojrzewające ciasto na pierniczki. Ta tradycja podejrzewam, że zostanie, ale może już nie będę zwiększać ilości. Zaczynałam od kilograma mąki. Nie chce mi się samej wierzyć, że w tym roku zrobiłam z ... pięciu! No ale skoro z trzech kilo w zeszłym roku nic nie zostało po dwóch dniach... Nie mam zdjęcia, ale jest to ogromna micha, zajmująca całą dolną półkę w lodówce. Za to słój (3-litrowy) buraków na zakwas zdążyłam już obfotografować:


I tak dalej, to i owo. Ale o jeszcze jednej rzeczy muszę wspomnieć koniecznie. Robótka! W zeszłym roku pierwszy raz, ale jesteśmy pewni, że zostanie z nami.
To by było na tyle dziś, czas najwyższy poważnie wziąć się do roboty!


piątek, 4 grudnia 2015

artystyczne książki

Artystyczne książki - a na co to komu? Jedynie Ignacy dał się zainteresować, gdy zaczęłam mu wymieniać, które z naszych domowych książek dałoby się podciągnąć pod tę kategorię ("Zgubione znalezione" Shauna Tana, "Osobliwy gość"Edwarda Goreya, i... pewnie jeszcze parę by się znalazło, ale to wystarczyło).


O Targach Książki Artystycznej doniósł nam nie kto inny, jak tylko Ciocia Marysia, nasza naczelna artystka. Ale może dobrze, że się nie wybrała na nie w podróż z odległego Świnoujścia, bo Targi to trochę zbyt szumne słowo, przynajmniej w odniesieniu do wielkich Targów Książek na których parę razy zdarzyło się nam bywać. No ale to pierwsza taka impreza, za 10 lat będzie pewnie lepiej.
Obejrzeliśmy sobie wszystko w niespełna godzinkę, ale i tak zapałałam miłością do jednej książki: "Mind the Map", zbierającej różne pięknie zilustrowane mapy z całego świata (tak, są też Mizielińscy!). Parę przykładów:




Bardzo piękna i gruba książka. Bardzo droga - 180 zł... Ignacy skwitował, że cena to główny wyróżnik artystycznej książki. I chyba coś w tym jest. Kupiliśmy sobie jedną, niedużą, kiepsko wydaną na gazetowym papierze. Cena 37 zł, ale wynegocjowałam 30. No i jak mogłam nie kupić:



Ale tak naprawdę zapragnęłam książki, która ukaże się dopiero na wiosnę, wypatrzyłam ją w katalogu. I przypomniała mi, że w dzieciństwie oglądałam przez takie specjalne radzieckie okularki zachwycające trójwymiarowe obrazki. Zupełnie o stereoskopii zapomniałam, a jest to świat prawdziwie magiczny. Wpisuję na listę chcieć-mieć.


Na tej liście jest też przedmiot nawiązujący do pierwszej książki, tej z mapami. Z etsy. Mapa Wenecji, Święty Mikołaju?


No dobrze, a o co chodzi z tym zdjęciem na samym początku? To była chyba najlepsza część naszej wyprawy, bo Targi obywały się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
W takim muzeum trzeba bardzo uważać, żeby nie pomylić eksponatu z wyposażeniem. Za taki wzięliśmy z Ignacym stół do ping-ponga, przy którym zwyczajnie ludzie rozgrywali sobie partyjki. Tymczasem to część ekspozycji poświęconej tenisowi stołowemu. Aha.

A potem przykuło naszą uwagę takie dzieło:


Nazywa się skoki narciarskie, czy coś w tym stylu. O co chodzi? to część wystawy słowackiego artysty Juliusa Kollera. Neoawangarda.
Trzeba być trochę otrzaskanym w sztuce, żeby nie pęknąć ze śmiechu. Obawiam się, że daliśmy wyraz ograniczoności naszego poznania chichocąc coraz głośniej przy dziełach typu - fotografia artysty z twarzą przysłoniętą ... preclem (cykl Ufonauta, tak jak i to lustro na samej górze).
Apogeum przy tym eksponacie:


Tak, to "Szklanka czystej wody". A może czasem tyle wystarczy?