wtorek, 3 listopada 2015

Różne sposoby na świętowanie

W ten świąteczny weekend wypróbowaliśmy wszystkie (?) sposoby.
Łącznie z Dziadami, chociaż tego akurat nie mam na zdjęciach. Pani z gimnazjum Ignacego zorganizowała czytanie na role przy świecach i wyszło świetnie. "Ciemno wszędzie, głucho wszędzie" - tak, byłam Chórem. A Ignacy Starcem, hi, hi.

To w piątek, a w sobotę nowożytne święto, budzące tyle zachwytu, co i kontrowersji, czyli Halloween. Mój pogląd: wzruszające są te dzieci pukające z ufnością do drzwi. I urocze, oraz nic a nic nie straszne. Coś jak Jasełka.
Na naszym osiedlu (tzw. zamkniętym, no tak..), gdzie klatek jest kilkanaście mieliśmy na pewno ponad 50 miłych gości. Ba, w naszym domu na podział łupów i film została dziewiątka.
Gdy dzieciaki realizowały pracowicie program "Cukierek albo psikus" nie czekałam bezczynnie, tylko napiekłam bułeczek cynamonowych i babeczek czekoladowych - chyba mi się zdawało, że będzie za mało słodyczy...
Kolejno z domu wyprawieni zostali: Ignacy i Ludwik,




Hania z przyjaciółką (której tak się spodobało, że została do rana),


i na koniec łazienkę opuściła Róża z przyjaciółką. Co prawda efekt uznaliśmy z Maćkiem za zbyt dosłowny i przesadzony, ale trudno, poszły.


Mycie trzeba było powtórzyć jeszcze w niedzielę. A w niedzielę święto podwójne: Ludwika (urodziny) i Wszystkich (innych) Świętych.
Zaczęło się wcześnie rano, od poszukiwania prezentów urodzinowych. Już dawno temu Ludwik zażyczył sobie stanowczo, aby ukryć je w krzakach przed domem.
Nie pytajcie mnie dlaczego. W każdym razie, jeśli kto wyjrzał w niedzielny poranek z okna, to mógł zobaczyć, jak Maciek podejrzanie buszuje w krzakach z reklamówkami:


Zaraz potem dołączyła ekipa poszukiwawcza, jak tylko zamieniła piżamy na strój wyjściowy. Ja obserwowałam bezpiecznie zza drzwi, w piżamie oczywiście (ósma rano):




Kolejny punkt programu, to wizyta na cmentarzu. W Warszawie akurat, to może drugi raz. Wyprawa na Cmentarz Północny składała się z trzech etapów: samochód, metro, autobus, każdy kolejny coraz bardziej zaludniony. Apogeum na cmentarzu, takich tłumów się nie spodziewaliśmy.
To pewnie przez piękną pogodę (proszę się przypatrzeć poniższemu zdjęciu na dowód):


Ludwik zapragnął urodzinowych zdjęć. No co, skoro celebryci mogą mieć sesje cmentarne...



A jak się poszło dalej w głąb, było naprawdę pięknie.


 Tylko trochę głodno, bo wybraliśmy się od razu po mszy, przed obiadem. Nic dziwnego, że solenizant w drodze powrotnej padł (autobus, metro, samochód):



Pora na zakończenie tego pięknego weekendu.


Oczywiście tortem ze świeczkami, telefonicznymi życzeniami (jeszcze raz dziękujemy!) i tym podobnymi miłymi wydarzeniami.



W zasadzie torty były dwa - drugi był potrzebny na rano do przedszkola. Do tego oprócz wspomnianych wcześniej bułeczek i babeczek zrobiłam w międzyczasie sernik na zimno, tym samym pobijając (chyba) swój weekendowy rekord cukierniczy. Po zastanowieniu, jednak na Wielkanoc jest tego więcej, uf.
A że nie było tylko objadania słodkościami pokażę w następnym wpisie z sobotniej wycieczki nad Wisłę. Bo w tym to już byłoby zanadto, prawda?

2 komentarze:

  1. Róża rzeczywiście przebiła wszystkich swoim strasznym wyglądem! Czyżby Figa też została czarnym koniem(psem)? Ignacy też mnie nieźle przeraził! Podoba mi się Wasz halowin:)).
    Ludwiś, brawo, to już szczęśliwa szóstka! Wszystkiego najlepszego!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Heheh z tymi prezentami to prawie jak z wielkanocny zajączkiem :D

    OdpowiedzUsuń