niedziela, 29 listopada 2015

późno-listopadem

Nie zdążyłam przed adwentem. Ale Hani spóźnienie do szkoły, gdy czekała cierpliwie aż zrobię zdjęcia nie może się przecież zmarnować. Z czego byłam tak zadowolona? Ano z jesiennej odsłony naszego salonu - po urodzinach Róży pewne przemeblowania się nam spodobały i tak już zostało. Także jeszcze listopadowo. Ale już od grudnia będzie świątecznie, w końcu pierwsza świeca zapalona dziś uroczyście na wieńcu (Hania bardzo pilnowała, aby się tradycji stało zadość) do czegoś zobowiązuje.

Fotel i kanapa zamieniły się miejscami:



Nad kanapą zawisł piękny haftowany bieżnik, który z rok temu znalazłam w piwnicy mojej Babci Izy


Miejscami zamieniło się też lustro z obrazem. Pasuje mi on tu, ale chyba jestem odosobniona w tym poglądzie. Na razie stanęło (zawisło) na moim:



Pianino i książki właściwie bez zmian, ale jest okazja by spojrzeć na słynną karafkę (nie, jeszcze nie miałam odwagi użyć :-):







Trochę, odrobinę żal mi tego listopada. Mam wrażenie, że nie wykorzystaliśmy go w pełni. Najpierw liście długo nie żółkły, a potem nagle już ich nie było. Wolę, gdy małe zmiany w przyrodzie nie umykają mi niezauważenie. Przynajmniej na wieś z coroczną wizytą zdążyliśmy w zeszły weekend pojechać.
Zdecydowanie chciałabym więcej tym nostalgicznym, szarym krajobrazom porobić zdjęć. Leniwy zmarzluch ze mnie...






Listopad. Zawsze się nim martwię przedwcześnie i zawsze żałuję, gdy mija. Zostało jeszcze jutro, udanego początku tygodnia życzę!

poniedziałek, 16 listopada 2015

Bingo-bongo urodziny z groupona

Udało się. Maciek mianował mnie mistrzem łowienia okazji. Czy to już nie trąci trochę skąpstwem? Coś mi się zdaje, że tak. Ale w końcu, mamy czwórkę dzieci, więc pokombinować wypada.
Tak się składa, że Ludwiczek wielkopańsko edukuje się w przedszkolu prywatnym, wręcz domowym, i to opartym na regułach montessori. Co oznacza, że większość jego kolegów i koleżanek to jedynaczki z porządnych domów w najgorętszych warszawskich lokalizacjach typu Powiśle. Nie znaczy to oczywiście, że chciałabym zakamuflować nasze ewentualne niedostatki i prowadzić grę pozorów - zresztą pierwszy raz na urodziny Lulka (pamiętne lego-urodziny (klik)) zaprosiliśmy wszystkich do nas do domu. Ale też gościć takiego towarzystwa w jakiejś tandetnej norce bym nie chciała, swój honor mamy.

Od wakacji Ludwik nawijał o  urodzinach. Nakręcony przez Hanię z przekonaniem zapraszał wszystkich (z dużym wyprzedzeniem) do sali zabaw Digiloo. Która jest fajną salą zabaw, ale od kiedy wyprawialiśmy tam Hani szóste urodziny po wynegocjowanych cenach, wygląda że podnieśli stawki co najmniej dwukrotnie. Przechodząc do sedna. Przekopałam internet i natrafiłam na reklamę salki Bingo Bongo na Grouponie, z którego nigdy wcześniej nie korzystałam. Ale postanowiłam spróbować.


Sala reklamuje się zabawą "Ucieczka z więzienia" i "Labiryntem luster". Jedno i drugie bardzo fajne, emocjonująca zabawa na długie minuty, a i mamy miały tam sporo radości. Zresztą bilety sprzedają tam też dla dorosłych i sama widziałam jak para zakochanych, bynajmniej nie w przedszkolnym wieku znikała w labiryncie. Ja tam nie wiem, co kto lubi, ale dla dzieciaków na pewno bomba.
Zdjęć tylko parę, nie było kiedy fotografować.






Co ważne, cała sala zabaw jest bardzo przestronna, ładna i funkcjonalna. Jest miejsce ze stołem dla rodziców i salka z poczęstunkiem dla dzieci. Bardzo na plus, że można przynieść własne przekąski i torty, idealna opcja dla alergika.



Naprawdę, bardzo pozytywne wrażenia mieliśmy. Nawet Róża (zgrzana i rozemocjonowana) wyraziła aprobatę, a to coś znaczy.
I tylko pinatę zrobiliśmy zbyt pancerną, po n-tej kolejce tłuczenia kijkiem robiło się już bardzo gorąco. Ale przecież ten świat nie jest doskonały, czyż nie?

Pinata centralnie, tuż przed Różą. Więcej zdjęć nie mam, musiałam zabezpieczać otoczenie :-)



piątek, 13 listopada 2015

Dwa i pół kilo bielizny z wełny merino, czyli nie ma złej pogody

W zeszłym roku, po wielu wahaniach zdecydowałam się zaszaleć i kupić sobie legginsy z wełny merino, które wypatrzyłam w TK Maxx. Dość łatwo marznę (a kto nie...), a były takie miękkie i cieplutkie, że odżałowałam te 120 zł. Po powrocie z nart uznałam, że to był jeden z najlepszych zakupów - sprawdziły się fantastycznie i zdecydowanie okazały się warte tych pieniędzy.

Możecie więc sobie wyobrazić moją radość i zaskoczenie, gdy przy okazji wizyty w ulubionym SH natknęłam się na koszulkę z długim rękawem, ze 100% merino wool na metce. Wcale nie jest tak łatwo rozpoznać taki skarb, bo dzianina jest cieniuteńka, delikatna w dotyku, no nie kojarzy się z wełną. Jak jest jedna, to powinno być i więcej podpowiedziało mi doświadczenie łowcy. I rzeczywiście, wkrótce w koszyku miałam pełne wyposażenie dla całej rodziny w koszulki i legginsy, wliczając oczywiście mnie i Maćka. Dla siebie nawet znalazłam bardzo elegancką, czarną podkoszulkę ozdobioną koronką przy dekolcie, cieniusieńką - a jak grzejącą (kiedyś podobną kupiłam sobie w Lidlu, tylko że nie z merino, więc raz, że strasznie gryzła, a dwa że strasznie pogrubiała - tak około 1 cm, no a trzy że była biała).

Za wszystkie te skarby zapłaciłam niecałe 200 zł, co nie jest małą sumką, ale w odniesieniu do jakości tych ubrań to naprawdę ułamek. Zresztą mówimy tu o wyposażeniu sześciu osób.
Piszę o tym, żeby Was uczulić, że warto się za takim rodzajem warstwy spodniej rozejrzeć - komfort termiczny jest niesamowity.
Oto mój cenny stosik:


Brakuje tylko koszulki Hani, którą mi zwinęła zanim zdążyłam zrobić zdjęcie. W takim razie prezentacja na Hani:


Wszystko się świetnie sprawdza, ja miałam okazję swój zestaw przetestować na bieganiu i jestem zachwycona. Ciepło, ale bez efektu przegrzania się, sucho, no cudownie.

A poza tym? Zeszły weekend w Gostyninie, z wizytą na cmentarzu (ale wiało!) i świętowaniem urodzin Lulka:










Oraz wspaniała środa, świętowaliśmy radośnie (na co niekoniecznie wskazują zdjęcia):




I ani się obejrzałam, a tu już znowu weekend. I znowu świętujemy urodziny Lulka, jakże by inaczej. Mam spory stres (jakże by inaczej) bo pierwszy raz skorzystałam z Groupona wybierając salkę urodzinową dla przedszkolaków. Jak już się dowiem czy warto, to napiszę.
Udanego weekendu!


piątek, 6 listopada 2015

Halloween nad Wisłą

Dokładniej, to sobotni wypad nad Wisłę, to była urodzinowa atrakcja Ludwika. Wraz z wizytą w muzeum ewolucji. Ale nad Wisłą było tak przyjemnie i ognisko tak grzało, że muzeum odpuściliśmy.
Zresztą perspektywa wieczornego zbierania cukierków po sąsiadach kusiła coraz bardziej - ach przebrać się jak najszybciej!
Następnym razem przyjedziemy nad Wisłę z przebraniami. Taka sceneria! Późnym popołudniem zleciały się wrony do wodopoju (tak, tuż obok "naszego" żeremia). Pięknie.
Liczę na kolejnym piękny weekend. I takiego Wam życzę.