wtorek, 27 października 2015

Urodzinowe SPA Party Róży

Pięć, tylko pięć dwunastoletnich dziewczynek, w tym jedna, najważniejsza, moja, z wielkimi planami i marzeniami. Ile to było pomysłów, ile buszowania po pintereście, cały zeszycik szczegółowymi koncepcjami zapełniony. Był nawet etap, gdzieś tak w lipcu, gdy gwoździem programu zostały wybrane rybki (takie żywe) do pedicure.
Marzyć jest nadzwyczaj przyjemnie i łatwo, gorzej z realizacją. Ale warto mieć marzenia ogromne i ambitne, bo nawet ułamek spełniony to i tak robi wrażenie, ho, ho. Tak przynajmniej było w naszym przypadku.
Tak jakoś od czerwca były przymiarki do tych urodzin, no ale w czerwcu, tuż przed wakacjami tysiąc innych spraw na głowie, więc przekładamy na wrzesień. A we wrześniu ręka złamana, więc przekładamy. Potem pierwszy weekend października przeleciał, no to na drugi. Ale znów zaproszenia nie gotowe, więc trzeci. Ale tydzień przed, ciągle zaproszeń nie ma, więc teraz albo nigdy, rzutem na taśmę Róża zrobiła pięć zaproszeń w poprzednią niedzielę i nie było już odwrotu.


Urodziny były w sobotę, więc w sobotę wzięłam się za przemeblowanie salonu, szycie opasek na głowy dla dziewczynek, dekorowanie i kompletowanie ostatnich niezbędnych elementów. No tak, wspominałam już o kłopotach z realizacją.
Pilnowałyśmy się z Różą nawzajem, żeby nie wprowadzać nerwowej atmosfery, i było całkiem miło, nawet gdy Lulek z Hanią dostawali amoku z balonami.
Pięć minut przed przyjściem gości Róża poprosiła mnie, żebym poszła wysuszyć sobie głowę - dobrze, że to zrobiła, dziewczynki były oczywiście punktualnie, a ja, jako właścicielka Spa mogłam prezentować się nienagannie. Oto dowód (wybaczmy Maćkowi, nie jest aż tak wprawionym fotografem, do tego cała ta impreza napawała go pewnym strachem, no i Hania z Lulkiem już go nawoływali w drzwiach, w drodze do kina), Róża przygotowała mi nawet plakietkę:


Aparat wraca w moje ręce i możemy się przyjrzeć dokładniej jak to wszystko wygląda:





Z salonu zostały eksmitowane wszystkie elementy natury, na czele z ogromnym obrazem dziewczyny na konnej przejażdżce w lesie. To dzieło mojej siostry Marysi, za to na imprezach dziewczęcych zawsze lepiej sprawdza się jej słynny plakat 'Europe, my favourite mix: people, places, cultures'. Tu zawisł na miejscu ptaszków w drewnianych ramkach. Ba, kazałam nawet wymienić Ignacemu abażury na lampach - czarny z sypialni na ten w beżowe paseczki - i  tak mi się nawet lepiej podoba.

Dziewczynki zaczęły od dekorowania babeczek, które upiekła Róża. Ten pomysł z dekorowaniem nasunął nam się spontanicznie, gdy czas zaczął się bardzo kurczyć (już tylko pół godziny?!) i jest naprawdę genialny. W końcu największa zabawa jest z dekorowaniem, czemu odbierać tę przyjemność gościom?






Tak, tak, w dzisiejszych czasach przed jedzeniem należy zrobić zdjęcie!
Zapomniałam też, że nie zaczęło się od babeczek, tylko jak na porządnym przyjęciu przystało, od koktajli. Koktajle to był mój jedyny wkład kulinarny. Przygotowałam dwa rodzaje: Egzotyczna Wyspa (ananasy i banany) oraz Truskawkowe Wspomnienie Lata.
Ludwik tuż przed wyjściem do kina poprosił: "- Czy mógłbym dostać trochę tego truskawkowego wspomnienia, które lata?"


Najwyższa pora przejść do stołu, ku któremu coraz częściej kierują się zaciekawione spojrzenia dziewczynek. Co my tu mamy?




Trochę tego i owego nazbierało się od czerwca, ale po miseczki i lusterka zajrzałam do sklepu "Wszystko za 1 zł" dopiero w sobotę (naprawdę kosztowały złotówkę!).
Na początek wjechały składniki do naturalnych maseczek:


Od lewego górnego rogu, zgodnie ze wskazówkami zegara: miód (do smarowania ust), jogurt, płatki owsiane, błoto z Morza Martwego, mąka ziemniaczana, mus z mango, ogórki (na oczy).
Dziewczynki same mieszały sobie składniki (każda użyła wszystkich!) w słoiczkach po kardamonie ozdobionych przez Różę (miałam tych słoiczków już ponad 20..).
Trochę musiałam pomóc przy nakładaniu, bo niestety płatki owsiane mają tendencję do zsuwania się (następnym razem bym z nich zrezygnowała), tak samo jak ogórki z oczu.
Zdjęcia robiłam pomiędzy łapaniem plasterków, dziewczyny miały ręce zajęte moczeniem w płatkach róż i olejkach.





W tle muzyczny chillout, czyli radio Zet Chilli. To moje kolejne odkrycie z tych urodzin (nerwowe poszukiwanie płyt godzinę przed imprezą nie zakończyło się sukcesem), całkiem fajna muzyka i prawie bez reklam (nawet nie próbowałam proponować mojego ukochanego Swiss Jazz Radio, ale Was mogę tu przy okazji zachęcić).
Gdy dziewczyny zmywały maseczki (w łazience wysprzątanej przez Maćka nastrojowo paliły się świeczki) uprzątnęłam szybko stół i wjechały lakiery. W TK Maxx udało mi się dorwać takie łagodne, zmywalne wodą, bo nie jestem zwolenniczką mazania paznokci silną chemią. Nie powiem żeby ten pogląd spotkał się z jakimś wielkim zrozumieniem (podsłuchałam za to parę fachowych uwag o manicure hybrydowym), ale dziewczyny uznały, że są całkiem fajne.





Tak, moja pomoc była zupełnie zbyteczna, co przyjęłam z ulgą bo sama maluję paznokcie może raz na kwartał. A może i nie. Mogłam się za to zająć wylewaniem wody z misek, w których moje dziewczęta moczyły nogi (poprosiłyśmy o przyniesienie miski i ręcznika do stóp na zaproszeniu).

I wniesieniem tortu. Tort kupiłam w urodzinowy ranek na BioBazarze. Maciek mnie pochwalił, że odpuściłam osobiste kombinowanie. Róża jak go zobaczyła była zrozpaczona.
Przyjaciółki trochę ją pocieszyły, na szczęście.




 Naprawdę nie wiem co sobie myślałam, wybierając tort na bazie ... szpinaku (ale to tajemnica, wszystkich zapewniałam, że jest zabarwiony chlorofilem). Ale w smaku był naprawdę niezły. Wiem, bo sporo zostało.




Urodziny zakończyły się tradycyjną partyjką Dixit, aż do 10 w nocy!


Świetna była ta impreza, spałam jak zabita.
W pamięci mi utkwiło porozumiewawcze spojrzenie, które Róża wymieniła z przyjaciółkami zanim pomyślała życzenie i zdmuchnęła świeczki. Trochę się obawiam, ale co tam, niech się spełni!!!


piątek, 23 października 2015

embrace camera, czyli obiektyw na mamę!

Kiedyś, kiedyś, jak zaczynałam pisać na blogu (no dobra wtedy i wtedy, na marginesie, najwyższa pora wprowadzić tu etykietki...) to bardzo podziałała na mnie idea, aby w uwiecznianym życiu rodziny nie brakowało też fotografującej mamy. Oraz historia, która za całą ideą stoi - poczytajcie u Ashley Ann - uwaga - dość dramatyczna...

Włączam się, żeby też was zachęcić, bo dzięki takiemu pchaniu się przed obiektyw, poza wspaniałą pamiątką, może też trafić się taka perełka jak u mnie.
To był chyba jedyny raz, gdy wszyscy byliśmy ubrani na biało (tzn. zdjęcie robił Ignaś, więc co do niego to nie mam pewności) i wyglądamy jak z reklamy. A te niebieskie oczy! I umyte włosy! Nie uwierzyłabym, gdybym nie zobaczyła:


Oczywiście częściej bywało zupełnie inaczej, na przykład tak:


ale wiecie co, tego też bym już pewnie dziś nie pamiętała...

Także, wskakujmy przed obiektyw!

A ja spróbuję już jutro, w trakcie imprezy roku, czyli SPA-party u Róży, o tak! Jak przeżyję, to opiszę, pozdrowienia!

wtorek, 20 października 2015

słoneczny weekend

Nie, oczywiście ten weekend nie był słoneczny. Co przywitaliśmy z niejaką ulgą. Ja w szczególności, bo z powodu niezapowiedzianej infekcji Lulka musiałam nadrabiać skrócony o połowę roboczy tydzień.
Pogoda była świetnym usprawiedliwieniem aby zostać w domu (nie dla wszystkich, Maciek oczywiście biegał), żal byłoby ciepłego jeszcze słońca. Tak jak żal festiwali, szopenowskich, filmowych, jakich tam jeszcze - niby wszystko na wyciągnięcie ręki, a gdzieś tam się wymyka. Brakuje wieczorów.
No trudno, przynajmniej jesieni nie można przegapić, właśnie się zaczyna jej najpiękniejsza faza.
W poprzedni weekend w Kampinosie było jeszcze całkiem zielono. I początki były jak zwykle ciężkie, nikt nie chciał do lasu (z dzieci), choć Ludwik i Hania to raczej powielają tylko złe wzorce po starszym rodzeństwie.
Na szczęście jak zawsze, im dalej w las, tym przyjemniej. Kończymy wycieczkę weseli, zrelaksowani. Zaprzyjaźniamy się z jesienią.





Ludwik przesiadł się na większy rower. Który najpierw był srebrny (Ignacy i Róża), potem różowy (gdy przemalowywałam go dla Hani nie umiałam sobie wyobrazić, że już wkrótce będzie potrzebny dzidziusiowi Ludwisiowi), a czarną odsłonę zawdzięcza Maćkowi.




Róża na chwilę się dorwała do roweru, ogólnie, po zdjęciu gipsu ma zwolnienie z w-f aż do stycznia...







Pozdrawiamy! :-)

środa, 7 października 2015

10 kilometrów i ciągle boli

Chyba już wiem jak się mógł czuć zły karczmarz w finale "Stoliczku nakryj się". Wrażenie już co prawda blednie, ale jeszcze w poniedziałek byłam wypisz, wymaluj, jak po bliskim kontakcie z kijami-samobijami, tylko tak od pasa w dół.



Tak, powyżej euforia (na przemian z kompletną załamką, ale już nie tak fotogeniczną) na mecie, po przebiegnięciu pierwszy raz w życiu 10 kilometrów. Pozostałam bez złudzeń, że te moje (pożal-się-boże) treningi biegowe coś tam faktycznie dają, poza spokojem sumienia i brakiem bólów pleców (a niby czemu to nie miałoby wystarczać?).

Pokrótce wrażenia z biegu. Pierwsze trzy kilometry upłynęły mi na zastanawianiu, czy faktycznie mam zamiar tak biec jeszcze przez godzinę. Podszytym sporą dawką strachu. Czwarty kilometr był bardzo długi, bo pod górkę, na Spacerowej (też mi nazwa, grrr). Na czwartym się szczerze zmęczyłam, tak że aż dostałam kolki. Mocnej na tyle, że stwierdziłam, że jak dla mnie 5 km to jednak wystarczy i chyba zakończę na tym swoje wyczyny.
Ale na piątym kilometrze dawali wodę, i tyle tam ludzi dopingujących stało (akurat wypadał koło Łazienek), że jakoś tak, nie wiem jak, ale pobiegłam dalej. I potem to już nie bardzo było sens wracać, trzeba było dobiec do mety. A zresztą zaraz już będzie 8, może nawet 9? A nie, to 6... W każdym razie ciągnęło się to strasznie, kolka przeszła mi gdzieś dopiero koło ósmego.
Jedyny jasny punkt to ostatni kilometr, z górki, z życzliwymi zachętami tych co już skończyli i wracali radośnie do domu (co? Ta kobieta z miesięcznym niemowlaczkiem też??!). I zaraz się skończy, i już tylko wypatrywać moich Kibiców. Stali przy samej mecie. Oni plus meta i dostałam skrzydeł - Maciek z wrażenia nawet zdjęcia nie zrobił, mój piękny finisz pozostanie w pamięci.



Wysiłek był duży, ale przecież nie jakiś ogromny. Nawet nie próbujmy porównywać do ... no, innych wysiłków, z którymi już się mogłam w życiu mierzyć (czterokrotnie na ten przykład). Ale tak oboloła to nie byłam jeszcze nigdy.
I taka obolała, na drugi dzień raniutko zaczynałam swój pierwszy w tym semestrze wykład. Sala prawie pełna... i realizacja koszmaru sennego.
Otwieram komputer, który

NIE JEST MÓJ (tylko Maćka - coś sobie na nim wieczorem robił, podmieniając (!) go miejscami z moim laptopem...).


Przez kilkanaście sekund byłam tylko w stanie złapać się za głowę i wpatrywać w ten nieszczęsny komputer. A potem dawaj, biegać po schodach (auuć), w górę, w dół, podłączać się do sieci, szukać pendrivów, itp. itd. Studenci czekali cierpliwie, prawie 20 minut.

Trauma, mówię wam. Chyba skończę z tym bieganiem.