poniedziałek, 14 września 2015

Wenecja śladami Króla Złodziei

Najwyższa pora na trochę weneckiego turkusu.


Obiecywałam relację już ho, ho, jak dawno temu, więc postaram się porządnie wszystko opisać. Pochwaliłam się w którymś z komentarzy autorskim pomysłem na Wenecję - po tytule można się już domyślać, że aż tak strasznie autorski to on nie jest - zwiedzanie miasta, a nawet całych krain, śladami literackich bohaterów to już swego rodzaju klasyka, ale jednak w odniesieniu do tego szczególnego miasta z takim typem wycieczki się nie spotkałam, już raczej filmowy trop gdzieś tam w internecie się przewijał.

Dla mnie jednak fascynacja Wenecją ma zdecydowanie korzenie literackie, już nawet nie pamiętam wszystkich źródeł, może poza Jeanette Winterson (Namiętność). Oraz obrazami  Tomka Sętowskiego, drukowanymi swego czasu regularnie w Nowej Fantastyce. Zawsze to było dla mnie takie mityczne miasto, poza zasięgiem - a jednak, na szczęście, lub nieszczęście, okazuje się, że zwiedzić je można bez najmniejszego problemu, z czego skwapliwie korzystają prawdziwe tłumy turystów. Mi w każdym razie bardzo zależało, żeby ta podróż była zachwycająca nie tylko dla mnie, ale i dla reszty członków rodziny, dlatego trop literacki wydał mi się obiecujący.

I tak właśnie docieramy do sedna, czyli "Króla Złodziei" Cornelii Funke - książki samej w sobie cudownej, przygodowej, ale i wieloznacznej - i jeszcze do tego idealnej, jeśli chodzi o zaciekawienie Wenecją dzieci (i młodzieży, Ignacy i Róża przeczytali wyrywając sobie sami w parę dni, nie czekając na dawkowane przeze mnie Ludwikowi i Hani cowieczorne rozdziały). Fabuła tak wciągająca, że w dniu wycieczki wszyscy już z niecierpliwością wyczekiwaliśmy, by przekonać się na własne oczy jak wygląda opuszczone kino, w którym mieszkała grupka bezdomnych dzieci - bohaterów książki, czy dom Scipia, tytułowego Króla Złodziei. Jeden z wątków książki jest kryminalny, i jak na porządny kryminał przystało są dokładne adresy wszystkich ważniejszych miejsc akcji - to idealnie się wpisało w moją misję.

Zatem z karteczką, na której mieliśmy wypisane z pięć adresów wsiedliśmy o siódmej rano do pociągu i wyruszyliśmy zmierzyć się z wyobrażeniami. Do pociągu właśnie, uznałam go za najlepszy sposób na dotarcie do Miasta na Wodzie. Poza romantyzmem, również najpraktyczniejszy - bez korków, parkingów (drogich!) i z biletami dla dzieci za 1 euro (!). I prawie tak było, trasa piękna, z Triestu, nad Adriatykiem, tylko... W drodze powrotnej nasz pociąg się zepsuł (serio?) i zamiast półtorej godziny jechaliśmy trzy, czyli zamiast dotrzeć do porotnego celu o północy, byliśmy o drugiej nad ranem. Po całym intensywnym dniu dreptania to robi różnicę... Ale, uprzedzając fakty, to jedyny kiks w całej wycieczce.

Pierwsze zetknięcie z Wenecją, koło dziesiątej rano, to wielki zachwyt - mnóstwo uwijających się łodzi, łódek, motorówek - aż trudno uwierzyć w realność tego widoku. Zamurowało mnie tak, że nawet nie robiłam zdjęć. A po chwili trzeba było nieomal przytrzymywać Różę przed pobiegnięciem w stronę najbardziej luksusowych motorówek-taksówek. Przez cały dzień próbowała nas przekonać, puszczając mimo uszu argument ekonomiczny - jak dla Róży, to żaden argument...
Po ochłonięciu z pierwszego wrażenia ruszyliśmy sobie niespiesznie przez mosty, place, mosty, place, mosty...











Nota fotograficzna - nawet się nie starałam robić jakiś specjalnie wyjątkowych zdjęć, zdając sobie sprawę, że każdy z kadrów tysiące fotografów już uchwyciło, i uchwyci, zapewne znacznie, znacznie lepiej. Dlatego dałam sobie zielone światło na po prostu pstrykanie, niczym typowy japoński turysta, dla samej radości pstrykania. Inna sprawa, że tam chyba nie można zrobić złego zdjęcia, wszystko warte sfotografowania.
Przekonaliśmy się o tym w bardzo zabawny sposób. Otóż gdy w jednej ze ślepych uliczek, w którą się zapędziliśmy, usiedliśmy sobie, by spokojnie podziwiać przepływające wąskim kanałem łódki, bardzo szybko zorientowaliśmy się, że okazaliśmy się wdzięcznym tematem fotograficznym praktycznie każdej azjatyckiej wycieczki przepływającej obok. Trochę konsternujące, ja nie miałam odwagi tak im robić zdjęć symetrycznie, dopiero jak trochę odpłynęli:


ale zapragnęłam na własne oczy zobaczyć ten widok, który tak wszystkich zaciekawił. Rzuciłam więc wyzwanie Maćkowi - czy da radę przedostać się na drugą stronę kanału żeby też nas sfotografować? Dał, jakże by inaczej:


Pasjonujące, prawda? W każdym razie warto zwrócić uwagę na wielki talent orientacyjny Maćka. Wszystkie lepsze porady interesującego zwiedzania Wenecji sugerują, aby się zgubić. I że i tak praktycznie nie da się nie zgubić. No to z Maćkiem się nie da. Prowadził nas jak strzelił przez te wszystkie bliźniaczo wyglądające uliczki i mostki - tylko po nazwach orientowałam się, że nie kręcimy się w kółko. 
Pierwszy cel, czyli plac Campo Santa Margherita przy którym miał stać dom ekscentrycznej Idy Spavento (to w nim zawiązuje się wątek kryminalny) osiągnęliśmy w porze około-obiadowej. Na pierwszy rzut oka plac nie jest jakiś specjalnie piękny, ale może właśnie przez to bardziej autentyczny. I, wbrew pozorom, o ławeczkę w cieniu trzeba było zawalczyć.





Za to obiad - bajka, nie do wiary, ale byliśmy kompletnie sami. Fakt, że bohatersko wybraliśmy ogródek a nie klimatyzowane wnętrze, ale mimo wszystko..! Jesteśmy w szczycie sezonu, i co z tego? A jedzenie wspaniałe, żeby nie było.


Nie wiem dokładnie co pokazuje Róża, ale chyba chodziło o rozmiar pizzy.

Chwila konsternacji. Mimo wszystko jednak Ignacy jest bardzo odważnym wegetarianinem i zjadł swoją pizzę z owocami morza z wielkim smakiem.
Nieubłaganie jednak kierujemy się w stronę najbardziej znanego placu - Świętego Marka. Nie może być inaczej, w "Królu Złodziei" wyczytaliśmy, że każdy wenecjanin co najmniej raz dziennie przechodzi przez ten osławiony plac.
Zaczyna być coraz tłoczniej, i coraz więcej masek.






Wydaje się wręcz, że w weneckich sklepach sprzedają tylko maski i artykuły hydrauliczne (naprawdę!). Na zdjęciach powyżej Róża przymierza maski w sklepiku, który chlubi się oprawą scenograficzną do filmu "Oczy szeroko zamknięte". Przepiękne te maski, ale my jako pamiątkę przywieźliśmy sobie... cykadę origami, którą jakiś sympatyczny pan o azjatyckiej urodzie składał z liści palmy. Dzieciaki, jak tylko się zorientowały, że to kosztuje 'jedynie' 5 euro (faktycznie, jak na Wenecję to grosze), to już nie dały spokoju: "Są takie piękne" i "On to robi własnoręcznie", itp. itd. To znaczy, mnie tam nie trzeba było długo namawiać. Wisi teraz po mojej stronie łóżka w sypialni i muszę przyznać, że jest to piękna mobila.

Ta przydługa dygresja sprowadza mnie znowu w stronę placu Św. Marka i kolejnej historii o 5 euro (kolejnych). A było to tak. Wszyscy wiedzą, że na placu Świętego Marka zaraz obok architektury najważniejsze są gołębie. A największą frajdą jest je karmić. Przygotowałam się więc doskonale i wzięłam ze sobą woreczek płatków owsianych. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że mam czwórkę dzieci chętnych karmić gołębie. I że Ludwiczek będzie bardzo rozczarowany, jeśli gołąb nie usiądzie mu na ręku.




I kiedy ten mały bidul tak siedział uparcie ze swoją wyciągniętą rączką, a mamusi płatki się skończyły, a gołębie nie chciały współpracować, to nagle pojawiła się bardzo usłużna, ciemnoskóra dłoń. Nie zdążyłam zaprotestować, zresztą pan polecił szybko pstrykać zdjęcia, co też skwapliwie robiłam:




Tak, słusznie się domyślacie, ten miły gest kosztował tyle co najdroższa filiżanka kawy na świecie, nie to żebym skosztowała.

Nie wiedzieć czemu Maćkowi popsuł się humor, więc i ja straciłam ochotę na zdjęcia. Poza tym za tłoczny ten plac, nawet dobrze mu się nie przyjrzałam. Ucieka się z niego bardzo wąskimi, ciemnymi uliczkami, w potoku turystów - dobrze, że to nie było nasze jedyne doświadczenie z Wenecji.

Ale jak tak szliśmy dalej dotarliśmy wreszcie do kryjówki bandy z "Króla Złodziei"!


Najważniejsze, że znowu jest spokojniej, mimo że od Placu to jakieś 15 minut drogi. Znowu można spokojnie przysiąść tu i tam i się porozglądać.

Wenecki korek, w okolicach mostu Rialto.







Właśnie podczas takiego spokojnego kontemplowania zobaczyliśmy nagle... szczura - wypłynął z kanału i po schodkach wdrapał się do jednego z domów.
Sensacja, wiem. Ale była też i romantyczna scenka. W pewnym momencie przepłynął tuż pod nami chłopak w motorówce, na dnie której leżała sobie dziewczyna, w burzy loków, wpatrywała się z zachwyconym uśmiechem w migające przed jej szeroko otwartymi oczami dachy kamienic.
A na poręczy poniższego mostku, dosłownie chwilę przed nami siedziała para, tak na oko osiemdziesięcioletnich zakochanych.



Wygląda na to, że napisałam już o wszystkim (czyżby?), co mi chodziło po głowie po tej cudnej podróży. Jeśli pozostawiłam jakiś niedosyt (w co wątpię) to będzie mi miło podrążyć w komentarzach.
To jeszcze parę zdjęć z drogi powrotnej, pozdrowienia!










16 komentarzy:

  1. Trudna ta Twoja, Izuniu, relacja, biorąc pod uwagę ilość tytułów i autorów książek - to ja zostaję daleeeeeko w tyle za Wami. I z książkami, i z podróżami. Jednak póki Wam się chce, korzystajcie z uroków tego świata. Zastanawiam się, czy to w Wenecji jest grób Romea i Julii? Jak zawsze jestem pod wrażeniem relacji - i tekstu, i zdjęć, i czekam na dalszy ciąg Twojej "książki" o Waszym niezwykłym życiu.
    Izunia, polecam do przeczytania relację z III Mistrzostw Świnoujścia w scrabble, również napisaną piękną polszczyzną - znajdziesz na facebooku.
    Pozdrawiam Was z Maćkiem na czele, który trochę się na tych zdjęciach kamufluje...Maćku, jesteś bardzo fotogeniczny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki :-)
      A ja specjalnie dla Ciebie weszłam na 'fejsa' ale tylko zdjęcie tam znalazłam, chyba musisz mi podlinkować... :-)

      Usuń
  2. Przepraszam, zapomniałam o pięknych fotografiach " Izabela i Maciej w Wenecji"! Więc i Maćka nie jest tak mało w całej wyprawie. Pozdrawiam, mama.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Król złodziei". Muszę zapamiętać.
    Też roiłam sobie, że wracając z wakacji zahaczymy o Wenecję ale uznaliśmy, że z tym musimy zaczekać aż Piątek zmądrzeje; wyławianie go z kanałów byłoby zapewne kłopotliwe ;)
    Byłam w Wenecji 17 lat temu. Dotarlismy tam ok.ósmej rano i zachwycił mnie widok Włochów wychylających swoje naparstki espresso w drodze do pracy. Ale przede wszystkim byłam zaskoczona, że to urzekające na zdjęciach miasto jest aż tak ciasne, zagrzybiałe i śmierdzące wilgocią :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jarecka, jeśli chidzi o smród i brud moja mama mowi, że jest o niebo lepiej niż 17 lat temu. Ja z tamtego okresu pamietam przede wszysrkum gołębie, a one są niezmiennie śmierdzące ;)

      Usuń
    2. O, to chyba tak! To jest naprawdę niesamowite, ale powietrze jest świeże, rześkie, morskie. Żadnego zalatywania szlamem, czy mączką rybną (to dopiero jest smród),a wiem co mówię, jako autentyczna dziewka portowa :-))
      A co najdziwniejsze było dla mnie, to że woda jest naprawdę czysta i turkusowa, bez oporów pluskaliśmy w niej nogami. Także, musisz Jarecko zrewidować swoje niekorzystne wrażenie, chociaż może rzeczywiście nie z dwulatkiem. Inna sprawa, że dwulatek w ogóle się średni nadaje na kompana w miejskim zwiedzaniu. Tak mi się przynajmniej wydaje - ale ja zaczęłam pisać na blogu, gdy mój najmłodszy miał trzy latka ;-)

      Usuń
    3. O tak, doznaliśmy tortury z Dubrovniku. Zwłaszcza Jarecki, który całe mury miejskie obszedł z Piatkiem na "barana". No i dźwiganie wózka po niekończących sie schodach. Ale i tak było warto ;)

      Usuń
    4. Oj warto! My z Waćpanną we wozku niczym w lettyce po tych spietrzonych mostach pomykalismy ocierajac pot z czola.
      Ale, ale jakbyscie widzialy (Iza widzialas?) Jaki wynalazek jest przy nowym moscie wlasnie dla wozkow i inwalidow - kapsula podwieszona z boku mostu, ktora mknie ponad kanalem. Brrr! Wybralam schody, co po dzis dzien jest mi wypominane przez Starszaka :)

      Usuń
  4. Och, alez super pomysl na zwiedzanie Wenecji. Zaluje, ze ja postanowilam "zgubic" wycieczke dopiero pod koniec trasy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jednak zgubiłaś? :-) Zresztą ja nie miałabym nic przeciwko błąkaniu się w ciemno przez cały dzień, potrzebowałam jednak jakiegoś haczyka na dzieci, bo nie sądzę, żebyśmy taki kawał Wenecji przeszli bez konkretnego, w miarę atrakcyjnego celu.
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. Czekałam na Twoje wspomnienia z Wenecji :) niezwykle miło było wrócić z Wami do tego wyjątkowego miasta. Kiedy byliśmy tam ostatni raz, hasłem naszej wycieczki było uciec od tłumów ;) cudnie było tak włóczyć się bez celu całkiem pustymi uliczkami, nieraz tak jak u Was uliczka okazywała się ślepa i kończyła się kanałem :) Czasem tylko przecinaliśmy jakąś główną arterię turystyczną i musieliśmy przebić się przez dziki tłum ;) "Króla złodziei" nie znałam ale zachęcona Twoim opisem przed chwilą nabyłam ;) I mam nadzieję, że za jakiś czas wrócimy do Wenecji i będziemy ją zwiedzać śladami literackich bohaterów ;)
    Pozdrawiam ciepło
    Asia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nasze zwiedzanie sprowadzało się do tego samego :-) Czy u Ciebie są wrażenia z tej podróży - jakoś się nie natknęłam, podlinkuj jeśli możesz, chętnie poczytam. I jestem prawie pewna, że z "Króla .." będziecie zadowoleni, dawno nie czytałam (dzieciom) tak dobrze napisanej książki. A wrócić też na pewno wrócę - udało mi się wypożyczyć "Co mówią kamienie Wenecji" Ewy Bieńkowskiej i jak zaczęłam czytać, to dopiero otworzyły mi się oczy - koniecznie muszę poszukać tych Giudich i Tycjanów, ciekawe czy ktoś będzie chciał mi towarzyszyć...

      Usuń
    2. Ostatni spacer po Wenecji opisałam na blogu: http://podrozujsnijodkrywaj.blogspot.com/2011/01/adriatyk-i-wenecja-na-zakonczenie.html
      pierwsze dwa były w czasach przed_blogowych ;)

      Usuń