poniedziałek, 31 sierpnia 2015

świnoujskie klimaty

Nie ma lata bez Świnoujścia. Dla mnie już od prawie 40 lat a dla naszych dzieciaków od urodzenia. Nic dziwnego, że dość bezkrytycznie uwielbiam to miasto, choć teraz już z pewnością patrzę na nie trochę z zewnątrz, z boku. I ciągle nie nadążam za zmianami, bo co roku latem nas zaskakuje - a to fontannami, a to ścieżkami rowerowymi, a to hotelami (tych ostatnich może nie witam z bezwarunkowym zachwytem, szczególnie że przecież mamy miejscówkę u Babci B.).
Ale morze, morze i plaża niezmiennie piękne. Nigdzie indziej tak dobrze mi się nie biega. I nigdzie indziej pierogi z jagodami nie smakują tak dobrze.

Trochę tegorocznych impresji:
Zdjęcia na Telesforze nigdy się nie mogą znudzić, też takie miałam w dzieciństwie.


W Świnoujściu nie przeszkadza mi nawet ten słynny parawanowy chaos.



Zresztą wystarczy przejść (lub podjechać) kilkaset metrów dalej i już strefa komfortu zdecydowanie się zwiększa.







Z deską, którą kolejny raz pożyczyliśmy od mojego Taty (Vislava) i tak nie dałoby rady inaczej niż samochodem. Coś za coś - inaczej idzie się przez piękny Park Zdrojowy, ten z Telesforem właśnie, i fantastycznym placem zabaw, o którym pisałam w zeszłym roku.

Tym razem byliśmy wyjątkowo krótko, raptem niewiele ponad tydzień, ale aż dwa razy wybraliśmy się na sąsiednią wyspę, czyli Karsibór. Chcieliśmy odwiedzić stare kąty, a poza tym było trochę za gorąco (!) na codzienne plażowanie.
Karsibór to taka mała, cicha wioska rybacka. Praktycznie bez turystów, ot tyle co zatrzyma się przy marinie. Naszym celem była Wyspa Skarbów - gospodarstwo, na którym kiedyś nawet parę razy nocowaliśmy. Dobre czasy, a tam czas jakby się zatrzymał.
Świetne miejsce na rodzinne rozgrywki - tak mi się zdawało, ale duch rywalizacji zbyt szybko i często brał górę nad duchem dobrej zabawy...











Na obiadokolację zatrzymaliśmy się w marinie na pyszną rybkę. I gdy my z Maćkiem spokojnie kończyliśmy jeść, podszedł do nas Ludwik i oświadczył niepewnie, że:
- Hania się chyba topi.
Śmiech zamarł nam na ustach gdy po chwili ujrzeliśmy Różę prowadzącą Hanię, która cała ociekała wodą. Spadła z pomostu... Biorąc pod uwagę jak Hania jest sprawna i wysportowana, oraz jak było gorąco, a także to, że wzywała Różę po cichutku "żeby rodzice się nie zezłościli", to tego... No w każdym razie współczuliśmy i użalaliśmy się jak należy (tzn. ja dostałam ochrzan za bezduszne robienie zdjęć).



Ta przygoda pokrzyżowała mi plany, bo chciałam jeszcze żebyśmy załapali się na kajaki, ale nie ma tego złego. Przyjechaliśmy na drugi dzień i to z  Marysią i Tomkiem (moją siostrą artystką i jej chłopakiem artystą, którzy właśnie w Świnoujściu osiedli na stałe, szczęściarze).
Dzięki temu i ja mam parę zdjęć na kajaku. Okazało się też, że bardzo ograniczona przestrzeń kajaku słabo się nadaje dla bujnych osobowości, chyba trzeba będzie zweryfikować nasze marzenia o przyszłorocznym spływie. A może to tylko zwykłe napięcia w relacji matka-córka..?







Z wycieczkami na Karsibór wiąże się tylko pewna niedogodność - mianowicie trzeba opuścić wyspę Uznam, na której znajduje się główna część Świnoujścia. Oczywiście również, gdy chcemy wyjechać w ogóle, tak jak i inni turyści. Trzeba poczekać na przeprawę, nieraz godzinę, albo i dwie. Na szczęście obok drogi jest piękny rezerwat paproci. Wszyscy poza kierowcą mogą korzystać.




No ale przed odjazdem jeszcze mnóstwo ciekawych rzeczy robiliśmy. Nie wszystko udało się zrealizować (na czele z moim wieloletnim marzeniem o kite-surfingu, za rok już na pewno?),


ale był i rejs żaglowcem (na zdjęciach w poprzednim wpisie), i koncert na Famie (Mela Koteluk) i niezliczone desery. W tej ostatnie kategorii bezkonkurencyjna okazała się nowa kawiarnia Hemingway polecona nam przez Marysię i Tomka, no i teraz przyjdzie mi prawie rok czekać na karmelową tartę na bezowym spodzie (!), mmm...


Do rodzinnych legend przejdzie na pewno zaskakująca jak grom z jasnego nieba reakcja alergiczna Ludwika na zupę rybną przygotowaną przez Babcię B. Ale talerz podała ciocia Marysia :-)


Krótko mówiąc działo się. Szkoda kończyć, tak jak i szkoda lata. Żegnam się krótkim spacerem po świnoujskich uliczkach. I już całkiem wracam do Warszawy.







3 komentarze:

  1. Było z Wami jak zwykle wesoło, ciekawie i przyjemnie, ale w tym roku stanowczo za intensywnie, szczególnie dla mnie. Jest co wspominać, chociaż nie wszystko udało się zrealizować( np. konferencji z Samoilem). Cieszę się, że smakowały moje z rzadka serwowane potrawy, choć pyszna zupa rybna zaszkodziła Ludwikowi... Ale - wszystko dobre, co się dobrze kończy. I niech tak będzie zawsze. Powodzenia w nowym roku szkolnym! Mama.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wakacje bez przygód to nie wakacje. Super relacja - jak zwykle u Ciebie :) A o Świnoujściu słyszę same pozytywy, zwłaszcza o ścieżkach rowerowych i cudnym klimacie tego miejsca - zapisuję na liście miejsc do odwiedzenia :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię czytać Twoje relacje a jeszcze bardziej oglądać zdjęcia :) Świnoujścia zupełnie nie znamy, nigdy nie byłam. Myślałam, żeby może w przyszłe wakacje, połączyć z wypadami do Niemiec ale z tego co sprawdzałam kiepsko w Świnoujściu z fajnymi kempingami... No ale jeszcze zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń