czwartek, 2 lipca 2015

dramatyczne przeżycia w jedwabnej spódnicy

Wczoraj chciałam napisać o czymś zupełnie innym. Ale przygoda wzięła mocny poślizg i popołudnie, wieczór i noc spędziłam poza domem. W szpitalu dokładnie.
A było tak wesoło - jechałam na rowerze wywołać zdjęcia z bardzo radosnego wydarzenia (którymi też się podzielę, ale jednak troszkę później). W koszyku przed sobą miałam dwie najnowsze zdobycze ze szmateksu: jedwabną suknię w botaniczny print jak na mnie szytą, oraz święty graal takiego szmateksowicza jak ja, czyli jedwabną kolorową spódnicę, jeszcze z metkami (na 799 koron duńskich), dokładnie w moim rozmiarze oczywiście. Tym też zamierzałam się pochwalić.
I tu nagły zwrot akcji. Przy lekkim zeskoku z siodełka zdradziecko zawiodła mnie siła tarcia (piasek!) i z pełnym rozmachem wyrżnęłam w ramę. Zabolało jak diabli. Ale że byłam w samym centrum Warszawy, skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami, rozpaczliwie próbowałam zachować fason, wdrapałam się z powrotem na siodełko i pomalutku potoczyłam w stronę najbliższej toalety.

Już czułam, że dobrze nie jest, pojawiła się krew, ale myślę sobie - jak wspaniale, że mam tę nową spódnicę, przebiorę się i wracam do domu autobusem. Jak się jednak przekonałam, i bielizna nadawała się tylko do kosza. Przynajmniej w torebce miałam środki higieniczne, które zawsze tam są. No i byłam tuż obok domów centrum, kupię sobie szybko jakieś majtki, myślałam, założę w przebieralni i gotowe. Stojąc w kolejce do kasy (wyprzedaże...) zrozumiałam, że to był bardzo zły pomysł.
Pewnie wtedy powinnam była pójść na zaplecze, poprosić o jakąś pomoc, ale byłam chyba w jakimś szoku. Do tego taka krępująca przypadłość, czułam się strasznie zażenowana. No cóż, zdołałam dojść tylko parę kroków przed sklep, gdzie w toalecie restauracji najpierw narobiłam niezłego bajzlu, a potem stałam z piętnaście minut w powiększającej się kałuży krwi, czekając na karetkę.
Trauma, słowo daję. I te żałośnie brzmiące tłumaczenia o rowerze. I że nie, nie jestem w ciąży.



Maciek pęknie ze śmiechu, jak zobaczy, że zrobiłam sobie selfie w szpitalu (w oczekiwaniu na szycie w pełnej narkozie). Ale chciałam uwiecznić dramatyczne okoliczności pierwszego założenia tej spódnicy, która też musiała przejść długą drogę. I jeszcze żeby pamiętać o twardych ograniczeniach rzeczywistości. I może tak nie chojraczyć?

Dziś już w domu, jak dobrze. Straciłam sporo krwi i hemoglobina zjechała mi do siedmiu, więc na obiad zrobiłam sobie spaghetti z pesto pietruszkowym. Pycha! Zaraz wracają dzieci (Ignacy z Letniej Szkoły Fizyki, dziewczynki z Letniego Sztuk Mix-a, a Ludwiś z przedszkola) i naprawdę się cieszę, że dziś już jest tak, jak miało być wczoraj.


21 komentarzy:

  1. A może to jakaś przeklęta SPJÓDNICA- jakby to powiedziałą moja 5-letnia siostrzenica? ;)

    Kuruj się i odpoczywaj dużo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, wtedy to raczej by z tymi metkami dalej została - no wiesz, jednak wróciłam żywa ;-))
      Dzięki za dobre słowo :-)

      Usuń
  2. Duzo zdrowia życzę. Mam nadzieje, że mnie też taki wypadek czegoś nauczy no dziś trochę poszalałam na rowerze ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z piaskiem trzeba uważać - nie dalej jak w niedzielę Ignacy się też na rowerze poślizgnął i rozwalił ucho i nogę. Na szczęście bez szycia...
      Dzięki jeszcze raz za telefon :-))

      Usuń
  3. Duzo zdrowia życzę. Mam nadzieje, że mnie też taki wypadek czegoś nauczy no dziś trochę poszalałam na rowerze ....

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niesamowite!
    jak dobrze, że wszystko się dobrze skończyło -
    jestem jednak pełna podziwu i oszołomienia jak szybko potrafisz się zebrać w sobie! jesteś super dzielna Dziewczyna aczkolwiek powiem jak mój mąż: "Nie kozakuj!" - czasem trzeba dać sobie czas, czas swojemu organizmowi a nie wrzucać od razu na najwyższy bieg!
    ja wszystko rozumiem, dzieci, obowiązki ale jak mogłaś tak bagatelizować to, co się z Tobą działo!
    piszesz "szok" , "zażenowanie" - rozumiem, rozumiem dobrze ale z drugiej strony - o pomoc też trzeba czasem poprosić. Nic to, już nie będę więcej pouczać ale to emocje, Twój wpis przejął mnie bardzo, przepraszam, trzymaj się i wracaj do zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, nie chciałam być aż tak poruszająca, chyba nie wyszło...
      No ten mój plan ten nie był najlepszy, ale - raz że mam dość wysoki próg bólu, a dwa to nie tak łatwo było ocenić od razu skalę zranienia. Niestety, z intymnym problemem ciężko się zwrócić do postronnych osób, nawet z dużym, przynajmniej mi. Cała ta sytuacja trwała około godziny, dużo przystawałam i rozmyślałam co tu dalej zrobić...
      Bardzo Ci dziękuję za "opiernicz" (przecież wiem, że nie ;-) i troskę, uściski!

      Usuń
  6. Iza, uff, też się przejęłam. Ale już jest dobrze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dziękuję. Do wyjazdu do Chorwacji się zagoi :-)

      Usuń
  7. O matko, Kochana, współczuję:( Mam nadzieję, że już wszystko ok. Bardzo niefajna ta przygoda, szybkiej rekonwalescencji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za słowa otuchy. Tak to się czasem wydarzy, niestety...

      Usuń
  8. Brak słów, co Ty córcia wyprawiasz... Czwórka dzieci, a Ty jeździsz na niebezpiecznym rowerze Z RAMĄ! Proszę, kup odpowiedni rower, jak już będziesz mogła jeździć! Bardzo Ci współczuję, dobrze, że finał zdarzenia jednak "szczęśliwy"?! Ja wczoraj spędzałam czas głównie w podróży z Sierpca, z przerwami na Włocławek i Ciechocinek, niczego nieświadoma... Może i dobrze, bo bym i tak nie pomogła... Wracaj szybko do zdrowia, weź się za tę hemoglobinę i dużo poleguj, żeby rana dobrze się wygoiła. Uważaj na siebie! Uściski i pozdrowienia, mama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już sobie z Mamą wyjaśniłyśmy ;-) ale tu jeszcze publicznie oświadczę, że rower nic tu nie zawinił. No tak się składa, że każdy ma ramę (chyba, że monocykl :-)), raczej nikt jej kocem nie obwiązuje żeby zabezpieczyć...
      A wypadki takie jak się okazuje nie są wcale wielką rzadkością - w szpitalu gdzie mnie szyli tydzień wcześniej mieli dziewczynę z taką samą historią, tyle że parę dni przed ślubem...
      Dzięki za troskę Mamo! I też uważaj :-)

      Usuń
    2. Mama pewnie "damkę" miała na myśli. Rower z obniżoną ramą.

      Usuń
  9. Aż mnie wszystko rozbolało, au. Uważaj na siebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i wyszło na to, że nie uważam ;-))
      Kiedyś to może i nie uważałam - mój szczytowy wyczyn, to jazda w ciąży z Ludwikiem, z Hanią niespełna dwuletnią w foteliku na kierownicy i z Różą niespełna pięcioletnią w foteliku z tyłu... I z siatkami po obu stronach kierownicy. To było nieodpowiedzialne, dziś już bym tak nie zrobiła (6 lat później).
      Cieszę się, że dzieci ze mną nie było, wolałabym im oszczędzić takiego widoku...
      Pozdrowienia!

      Usuń
  10. Straszne!!!! Ale to że się tak dzielnie trzymałaś to dopiero jest wyczyn! Ja bym tam 100 razy zemdlała i zrobiła scenę na środku skrzyżowania...
    Buziaki! Dobrze że już po wszystkim.
    Maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Maria, może i byłaby lepsza scena. Ale wiesz, jak się urodzi 4 dzieci to się trochę okrzepnie ;-)

      Usuń
    2. No tak licząc jeszcze urodzenie 4 dzieci to już 400 razy bym mdlała na twoim miejscu ;))

      Usuń
  11. Pani Izo,
    Szybkiego powrotu do zdrowia!
    Pozdrawiam ciepło.
    Magda

    OdpowiedzUsuń