czwartek, 30 lipca 2015

Chorwacja (Istria) nieomal idealna


Spełnione marzenia. O dalekiej podróży, słońcu, ciepłym morzu. O czasie razem, tylko dla nas. Trafiliśmy do pięknego miejsca, w którym prawie każdy dzień był podobny do siebie, szybko znaleźliśmy odpowiedni rytm.

Ciągle jeszcze przeglądam zdjęcia, których oczywiście narobiłam setki. Mam też w planach wakacyjny filmik z krótkich migawek, które po raz pierwszy próbowałam łapać, ale pomału, nie spieszy się. Część toreb wypakowana, a część ciągle stoi nie zdecydowana, w końcu już w sobotę znowu jedziemy, na wieś (tak, Dębina!).

Dlatego dziś wreszcie mobilizacja i trochę relacji z tych pięknych dwóch tygodni. Więcej też powinno być, z niewielu, bo niewielu, ale jakich wycieczek. A póki co nasze wakacyjne miejsce.

Obawiałam się kamienistych plaż Chorwacji, i rzeczywiście, pudełko plastrów, które wzięłam ze sobą szybko się skończyło. A potem już po prostu nie naklejaliśmy plastrów. Z drugiej strony, te kamienie były całkiem przyjemne w dotyku, wygładzone. A z betonowych, przyjemnie nagrzanych pomostów świetnie się skacze. Szczególnie, gdy mają zamontowane takie pale z linami. Skakałam i ja - na główkę i z liny!






W ostatnich dniach nawet Ludwik odważył się skakać, co było niesłychane, bo do tej pory bardzo bał się wody głębszej niż do pasa. Widoczna na zdjęciu płetwa rekina daje świetne wsparcie, a i wyjątkowo zasolony Adriatyk jest idealny do nauki pływania.




Ja zresztą martwiłam się nie tylko o to, że takie plaże kiepsko się sprawdzą z dziećmi, ale też że będzie ścisk. Nie śmiałam marzyć, że może być jak było - często w ciągu dnia byliśmy praktycznie sami w naszej idyllicznej zatoczce.







Te skały za plecami były świetne do wspinaczki.



Do tego, poza skokami i pływaniem dużą popularnością cieszyło się łapanie krabów...



... jak też po prostu leniuchowanie. I zbieranie skarbów. Itd, itd.


Zabawę w "kolory natury" chyba ja wymyśliłam, ale dziewczyny stały się jej prawdziwymi pasjonatkami.


Kolekcja codziennie rosła. Anakin ze Star Wars też wyłowiony z morza.
Po paru godzinach ja zwijałam się, żeby przygotować nam szybki obiad. Zawsze z jakimś małym pomocnikiem, albo dwoma.




Po drodze odrywałam z mijanych żywopłotów gałązkę rozmarynu (tak, używają tam rozmarynu za żywopłot!), jakiś listek laurowy, garść szałwii i świeżej mięty. Jechaliśmy głównie na pomidorach, których kupiłam 15 kilo, za niespełna 30 złotych. Raz trafił się nawet prawdziwy rarytas - świeżo złowione dorady, sprzedawane z samochodu, który objeżdżał wioski nawołując przez megafon: "-Riiba, riiba! Dejszy, dejszy (?)!!".


Obiad (jak też pozostałe posiłki) jedliśmy sobie we własnym ogródku przy apartamencie.


Tak, to zdjęcie Hani też z ogródka. Jak i dwa poniższe. Zapragnęliśmy takiego ogródka...!

Róża w ulubionej pozie. Że jakiej? Wielkiej Gwiazdy oczywiście!



Mieliśmy sporo szczęścia, bo pięterko naszego domku, które teoretycznie mogło być wynajęte ośmioosobowej grupie, przez cały nasz pobyt stało puste. Byliśmy kompletnie sami. Poranne awanturki nikomu nie przeszkadzały, uff.
My mieszkaliśmy w takim obniżonym parterze - okna na wysokości trawnika. Dość ciemno i staromodnie (brązowa boazeria...), ale czysto i bardzo przestronnie. Polubiliśmy nasz apartamencik, choć pierwszej nocy miałam myśli, żeby wracać do Polski. Po prostu wieczorem nawpuszczaliśmy komarów i potem przez całą noc trwał koszmar, z płaczącymi dziećmi i trzaskaniem ścierkami. A wystarczyło pozamykać okna i włączyć klimatyzację...



No, to już prawie wszystko wiecie. Dość powiedzieć, że przez większość wyjazdu mój nastrój można by zilustrować tak:


Ale to jeszcze nie wszystko, jeszcze co najmniej trzy wpisy około-chorwacyjne się tu pojawią.
Serdecznie pozdrawiam!

PS Informacja dla najwiernieszych Czytelniczek, które dotarły aż do tego miejsca - gdy nas nie było, zostaliśmy bohaterami trójkowego reportażu..! Dla mnie to jakiś kosmos, bo Trójka leci u nas na okrągło. Dlatego nawet byłam zadowolona, że nie byliśmy przy emisji - za duży stres. Zresztą wyobraźcie sobie, że ciągle nie miałam jeszcze odwagi odsłuchać...
Ale jeśli macie jej więcej to tu jest źródło: http://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/1474650,4-dzieci-i-2-kariery-To-mozliwe. Tylko błagam o dużą dozę pobłażliwości...


sobota, 11 lipca 2015

baltic book.

Gdy to czytacie, jesteśmy już najprawdopodobniej w Chorwacji.

Ale pomyślałam, że być może ktoś z Czytelników zawita nad nasz polskie morze, ot na przykład do Świnoujścia, więc należałoby uprzedzić, że wśród gazetek turystycznych warto się rozglądać za 'baltic book'.
A czemu? A choćby dlatego, że na okładce ni mniej, ni więcej, tylko nasza Hania (i Figa, nie zapominajmy). Ma się te wtyki ;-)







Kolejny będzie Vogue? He, he, chyba się już mogę ustawiać w kolejce do klubu Toksycznych Matek ;-)

A Świnoujście warto odwiedzić tak, czy siak. Kiedyś napiszę o tym więcej, obiecuję...

czwartek, 9 lipca 2015

przed nami długa droga - a tak było rok temu w Rumunii

Wyjazd już w piątek, jestem bardzo podekscytowana. Nowy kierunek, nowe wrażenia, nowy skład (zabieramy Figę). I może nawet marzenia o Wenecji się spełnią..?

Oczywiście towarzyszy mi też zdenerwowani i lekki strach. Dla dodanie sobie otuchy publikuję obiecaną drugą część podróży naszej zeszłorocznej wielkiej podróży, czyli drogi powrotnej przez Rumunię (pierwsza tu, naprawdę to było ponad dwa miesiące temu?! oj, chyba nie jestem zbyt sumienna).

Wracając z Bułgarii zatrzymaliśmy się w mieście Kluż-Napoka. Wtedy jeszcze nie znałam Paryża i uważałam, że on tak właśnie wygląda. No nie do końca, ale miasto ma taki europejski sznyt.













W końcu założyciele miasta pochodzili z Cesarstwa Rzymskiego, co widać na każdym kroku.

Nocowaliśmy w przecudnym apartamencie, urządzonym jakby w antycznej piwniczce, chętnie spędziłabym tam więcej czasu.





Tym bardziej, że miasto jest bardzo kuszące - pyszne lody, ciekawe sklepy u nas nieznane (kupiłam sobie strój kąpielowy!), parki. No i (ponoć) bogate nocne życie.
Jak już położyliśmy dzieci spać wyskoczyliśmy z Maćkiem za róg naszej miejscówki i w najbliższej kawiarni po raz pierwszy wypiłam Aeperol Spritz. I przepadłam. W Polsce robiłam potem jeszcze parę prób, licząc że odtworzę ten smak, ale to już nie było to. Może we Włoszech będzie też tak dobry, liczę na to...

Jeszcze zrobiliśmy sobie zdjęcie w lustrze na wystawie:


I wróciliśmy by zastać taki widok:


Obiecaliśmy sobie, że do Rumunii musimy wrócić. Na dłużej, i jak się da, to też na sam weekend tylko we dwoje - trafiają się tanie loty z Wizzairem na trasie Warszawa-Kluż.

A teraz już naprawdę zabieram się za pakowanie!