czwartek, 30 kwietnia 2015

droga przez Rumunię


To dobry czas na wakacyjne wspomnienia, chyba nie tylko ja coraz tęskniej myślę o lecie. Co prawda my jak prymusi wyjazd już mamy zaplanowany i zaklepany od ponad miesiąca (sama w to ciągle nie wierzę), ale może jeszcze ktoś szuka właśnie inspiracji.

Na nasze ubiegłoroczne wakacje w Bułgarii (o czym było tu i tu) jechaliśmy przez Rumunię. Więcej, nie tylko jechaliśmy, ale też nocowaliśmy - w jedną i drugą stronę. To była zdecydowanie dobra decyzja, przy tym duże zaskoczenie i wielki niedosyt. Na pewno któregoś lata Rumunia musi być celem naszej podróży, jeszcze nie w tym roku, ale może już w kolejnym? Bardzo bym chciała.

Zacznę od nawiązania do mojego poprzedniego wpisu, mianowicie o podłodze. A tak, bo właśnie turkusowy kolor na podłodze jest zainspirowany naszą podróżą, a raczej zdjęciem z podróży, które wisi nad stołem w kuchni: fragment rumuńskiego wozu, lubię je bardzo:


Wróćmy więc do Rumunii. Najpierw w-tę. Wjeżdżaliśmy bladym świtem (coś koło 4 rano), gdy Maciek w końcu poczuł się senny i przekazał mi kierownicę. Miałam więc cały nasz śpiący samochód we władaniu i wszystkie widoki tylko dla siebie. Widoki przepiękne - zielone wzgórza aż po horyzont, kojarzyły mi się z Hobbitem. W miasteczkach przez które przejeżdżaliśmy co chwila zadziwiające koszmarki-cudeńka, tym większe zdziwienie w naszym docelowym mieście na nocleg: Sibiu. Prawdziwa Francja-elegancja. Maciek padł, a ja jeszcze wyciągnęłam dzieciaki na wieczorną włóczęgę po mieście. Niestety część zdjęć w podróżnym ferworze gdzieś mi przepadła, ale troszkę jeszcze też zostało:



Dopiero potem na zdjęciach zauważyłam charakterystyczne oczy na kamienicach. Trzeba było przeczytać przewodnik wcześniej...




Tu spaliśmy (znaczy w środku, nie na tarasie), dosłownie za bramą piękne stare miasto
Sporo takich tajemniczych przejść na starówce, uwielbialiśmy je




I to właśnie drugiego dnia w Sibiu w skansenie zrobiłam zdjęcie naszemu wozowi. Oraz dziesiątkom wiatraków-młynów. Najbardziej niesamowite były te z żaglami.







Maciek zamarzył o takich spodniach jak tylko je zobaczył

Skansen jest ogromny, ścieżek chyba z kilkanaście kilometrów. A na końcu prawdziwe, działające miniatury młynów, fascynujące nie tylko dla dzieci! Gdy odbywają się warsztaty, to są naprawdę poruszane wodą.






Kolejny etap podróży to pokonanie pasma gór. Maciek wyszukał Trasę Transfogarską - naprawdę mamy wjechać na tę spiczastą górę?!



I rzeczywiście. Wrażenia niesamowite!




Namawiam Maćka żeby się zatrzymał, średnio co pół minuty, ale jest nieubłagany. A tu konie! osiołki!! świnki!!! strumyk!!! A ten tylko jedzie i jedzie, z nieubłaganą logiką, że musimy dotrzeć na miejsce przed północą. Może i tak, ale nie mogę odżałować. Przynajmniej na szczycie wyskoczyłam dosłownie na sekundę i kupiłam u starego pasterza (autentyk!) sery i czekoladę (też ręcznie robioną). Zaproponował mi też napój w plastikowej butelce - próbowałam grzecznie odmówić, bo dzieci raczej nie będą tego piły, a wtedy nalał mi trochę do nakrętki. O rety, co za nalewka! Wypiliśmy całą jeszcze w Bułgarii, a ja do dziś pluję sobie w brodę, że nie kupiliśmy z 10 butelek (to samo tyczy się sera, zjedli całe pół kilo zanim jeszcze zjechaliśmy z góry). Wracaliśmy inną drogą.

Potem, po przejechaniu przez szczyt długaśnym tunelem zrobiliśmy jeszcze przystanek przy wielkiej tamie. I wielkim psie, który wychynął gdzieś z krzaków, ale jaki przyjacielski!






Jadąc dalej mijamy znienacka wyścigi... wozami konnymi. I jakiś stary Rumun siedzi w polu na krześle i gra na akordeonie. Ciągle nie jestem pewna, czy faktycznie to widziałam.

Dobrze, widzę że tu muszę zrobić przerwę, bo coś mi się ten wpis za bardzo rozrósł.
Zatem cdn. a póki co, udanej majówki wszystkim życzę (my jako wielcy podróżnicy lecimy - wszyscy - do Gdańska na komunię, bilety były po 9 zł...!)!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

magnolie

W sobotę można było się zmęczyć tym wiosennym słońcem - wreszcie. Był to też najlepszy moment, żeby nazachwycać się magnoliami w ogrodzie botanicznym. Cudowne widoki. I ludzie jak te pracowite pszczółki też się uwijali wśród kwiatów, zamiast bzyczenia wydając jedynie trzaski migawkami aparatów. No i ten zapach...









Zresztą pięknie jest teraz wszędzie, czy to możliwe, że co roku wiosna wydaje mi się jeszcze piękniejsza?









Ja też zapragnęłam mieć zdjęcie. Tylko czemu łatwiej złapać ostrość na scence zabawnej, a nie romantycznej?



Maciek z Różą i Ignacym wybrali wariant ambitny i pojechali na rowerach (ponad 15 km), tylko że do samego ogrodu nie dojechali. Szkoda, straciłam jeszcze taką modelkę:


Miłego, wiosennego tygodnia życzę!

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

korkowa podłoga w kuchni: pomalowana

Podłoga jak malowanie. Pionierska, być może jedyna taka w całym internecie...! Jak to możliwe? W każdym razie ja innej nie znalazłam. A szukałam sporo, i u nas, i za morzami, jak tylko stało się jasne, że będzie ją trzeba wymienić, bo jednak korek w kuchni po siedmiu latach nie przeszedł próby czasu.
Krótko mówiąc wyglądała okropnie. Prawdziwa podłoga, na której nie widać brudu. Bo zawsze wygląda jak brudna. Ale jednak lubiłam ten korek - bo ciepły, i nic się na nim nie tłucze. Inne opcje: nie podobały mi się (linoleum? nie..) lub były zbyt kosztowne (wymiana całej podłogi?). Co innego malowanie - małe nakłady i kupa zabawy.


Martwiło mnie trochę, że wszelkie wzmianki o malowaniu korka wiązały się z ostrzeżeniami, że się nie da, bo farba się za bardzo wchłania. To na szczęście okazało się nieprawdą - pomalował się doskonale.
Inna sprawa, że cały proces był bardzo czasochłonny. Naprawdę bardzo. Byłam na to przygotowana i cieszyłam się każdym etapem (ekhm). Dokumentując go oczywiście.
Zapraszam na przyśpieszony kurs malowania podłogi korkowej w szachownicę.

Najpierw oczywiście całą podłogę trzeba obkleić taśmą malarską. Zaskoczyło mnie, że w nasze 12 metrowej kuchni poszło tej taśmy ponad 100 metrów. Trochę było przekątnych, jak widać na zdjęciu (widać też w jak tragicznym stanie jest podłoga).



W pierwszym etapie mogłam pomalować tylko połowę kwadratów, żeby mogły się stykać. Rozmiar i położenie dobrałam tak, żeby przekątna zamalowanego kwadratu wypadała na spojeniu, bo tam podłoga wyglądała najgorzej.

Przed malowaniem trzeba było każdy kwadrat zetrzeć papierem ściernym i starannie wyczyścić. Papieru ściernego też nie doszacowałam, podobnie jak taśmy musiałam dokupić.


Efekt pierwszego etapu - dość późno w nocy, ale nastroił mnie optymistycznie. Kwadraty doskonałe. Farba ładnie, równo się nakładała, brzegi równiutkie.



W etapie drugim całą zabawę z obklejaniem trzeba było powtórzyć. Zaskoczyło mnie tylko, że odklejanie taśmy też zajmuje sporo czasu.

Przez kolejne dni pilnuję, żeby domownicy poruszali się ruchem konika szachowego, ale nikt mnie nie słucha.


Ostatni etap to nutka koloru, czyli część pól pomalowanych na turkusowo ma tworzyć dywanik. Tak jak to bywa, ostatni etap zajmuje mi najwięcej czasu, choć to relatywnie już najmniej pracy. Chyba mi się już trochę znudziło.

Ostatecznie, w ten weekend mam moją wymarzoną podłogę.




Koszt całości to sporo poniżej 300 zł, z czego 170 to czarna farba do podłóg Benjamina Moora - warta jednak tych pieniędzy - jest matowa, nie ma zapachu i narzędzia po prostu się myje wodą. Turkusowa jest o połowę tańsza, nie trzeba było jej tak dużo, ale w użyciu jest bardziej kłopotliwa (i się błyszczy). Minimalna pojemność to jeden litr - spodziewam się wielu czarnych i turkusowych elementów w tym domu w nadchodzących miesiącach. Szczególnie turkusowych - zostało mi trzy czwarte puszki... Róża zaproponowała przemalowanie na turkusowo całej kuchni, do tego chyba mimo wszystko nie dojdzie.



Mam teraz podłogę jak z obrazka, no prawie.


Radość, satysfakcja i wzmocnienie mięśni pleców - gratis!