piątek, 27 lutego 2015

Paryż: dzień pierwszy

Ależ to była podróż... Podróż marzeń po prostu, a od samego początku towarzyszyły nam same sprzyjające zbiegi okoliczności - bo jak inaczej nazwać ot taki fakt, że nie usłyszałam (źle nastawiłam?) budzika a mimo to zbudziłam się o tej 4:45, czyli dokładnie wtedy, gdy teoretycznie mieliśmy wychodzić z domu? Na szczęście o tej porze nie ma korków. Pierwszy etap podróży wypadł pomyślnie, a muszę przyznać, że mam pewną traumę po moim i Maćka niesławnym powrocie z Londynu.


Tak w ogóle, to była to moja pierwsza taka podróż, gdzie cała organizacja i odpowiedzialność spoczywały na mnie i miałam naprawdę spory stres. Tym bardziej, że dość istotne było, żeby koszty były jak najmniejsze. Dlatego na przykład zamiast wygodnie dojechać z lotniska (w Beauvais) specjalnym busem zdecydowałam się na opcję kombinowaną: lokalny autobus linii 12 do miasteczka a potem przesiadka na pociąg (tym sposobem oszczędziliśmy 3x2x9=54 euro!). Brzmi prosto, ale zrealizowanie każdego podpunktu napawało mnie dumą - tu w autobusie, którego przystanek wcale nie było tak łatwo wypatrzyć...


Kolejny punkt to dworzec (cudny)


 i pierwsze zderzenie z francuską obsesją na punkcie własnego języka, której tak się obawiałam... Kasjerka za nic w świecie nie chciała zrozumieć, że chcę kupić jeden bilet dla siebie a dwa dla dzieci, które stoją obok mnie. Uparcie mówiła coś do mnie po francusku! Sytuację uratował - tak, Ignacy! Mało nie padłam z wrażenia, gdy coś tam jej odpowiedział i bilety były nasze (chodziło o wiek, na ulgowy łapała się tylko Róża).
Naszych szampańskich humorów nie psuł nawet deszcz. A pociąg super - cichy, prawie pusty, z malowniczymi krajobrazami za oknem...



I tacy podekscytowani przyjechaliśmy wreszcie do Paryża! Ale najpierw trzeba kupić bilety na metro, odszukać właściwe połączenia (za pierwszym razem zajmuje nam to zdecydowanie za dużo czasu) oraz stację, z której odjeżdża nasz numer (a jest ich tam kilkanaście!). No i wszystko się układa w logiczną całość, gdy nagle - stop - Ignacy znienacka pobladł i wydusił - Gdzie jest mój plecak?!
Plecak został w pociągu; dla ustalenia uwagi, każdy miał dokładnie po jednej torbie...
Co tam dalej się działo... Szaleńczy bieg całą tę drogę wstecz, odszukanie peronu. Ignacy nas wyprzedził i zanim zdążyłyśmy się zastanowić, w którym to mogło być wagonie (nasz pociąg ciągle jeszcze stał!) już wysiadał, cały szczęśliwy, z plecakiem w ręku. Cud. Wracamy więc znów wesoło do metra.



Nasz apartament znajduje się w samym sercu Montmarte, zachwycającego naprawdę. Przy samym wyjściu z metra pan sprzedaje gorące kasztany owinięte w gazetę! Są pyszne..!
Apartament znajdujemy bez problemu, to znaczy dom w którym się znajduje - a tu zdjęcia dokładnie z naprzeciwka:



Po przejściu przez domofon zaczynają się jednak schody. Mail ze wskazówkami nie ma numeru mieszkania tylko mnóstwo opisu po francusku. Ni w ząb nie możemy rozszyfrować błąkając się to tu, to tam. Jakiś miły starszy pan wygląda zza drzwi i chce nam pomóc, ale nie mogę mu pokazać maila, bo są w nim też namiary na skrytkę, w której znajdę klucze i zostawię pieniądze (co to ma być, Allo, allo?).
W końcu docisnęłam porządnie Ignaca, żeby wysilił trochę te swoje słynne szare komórki i wreszcie, znaleźliśmy!




Jak widać mieszkanko z bardzo artystycznym klimatem (a'la ubogi artysta) i egzotycznymi jak dla nas widokami. Zjadamy ubogi posiłek (przywiozłam ze sobą ryż, cukinię i cebulę, a co!) i wyruszamy wreszcie zwiedzać. Zaczynamy z grubej rury - na pierwszy ogień wieża Eiffela.
Bilety kupiłam przez internet na 16:00, więc dyscyplina czasowa ciągle obowiązuje (bez strachu, więcej dramatycznych sytuacji nie będzie).



I oto ona. Budzi podziw!





Dobrze, że miałam te bilety, bo tłumy się kłębią. A i tak trzeba swoje odstać przy wejściach do windy. No ale te widoki rekompensują wszystko. Najpierw 2 piętro:


A potem szczyt. I jeden z tych momentów, o których wiadomo, że zostaną w pamięci na zawsze. Tęcza?!







Naprawdę, efekt lepszy niż po szampanie, który notabene też można na szczycie wieży kupić (ale nawet nie sprawdzałam za ile).
Dla ukojenia emocji przeszliśmy się potem wzdłuż Sekwany.




Jest to jednak spacer o tyle niebezpieczny, że na każdym kroku czyhają pary proszące o pstryknięcie fotki z wieżą w tle. Ręce mi z zimna odpadały (na górze oczywiście strasznie wieje), ale jak tu odmówić. Zdecydowałam się nawet w końcu na transakcję wiązaną i proszę, nasze jedyne wspólne zdjęcie, ale jakie - klasyka turystki:


Głodni jak wilki rzuciliśmy się do ... Subwaya (dużo! tanio! i są warzywa..!) a potem kolejny punkt programu: katakumby,


czyli prawie 2 km wędrówki, pod Paryżem dla odmiany:


Już wkrótce okazuje się, że przy większej części trasy ściany są ułożone z... tak..!





I tak się idzie, i idzie. Jest czas na refleksje, których nie szczędziłam moim biednym dzieciom. Mieli za swoje!
Na koniec wychodzi się prosto na ulicę, jakby z klatki schodowej, niesamowite. I oczywiście nieodzowny sklepik, ale ten był nawet zabawny. Ignacy zaopatrzył się w pocztówkę i gumkę w kształcie czaszki.


Ale, to oczywiście nie koniec. Przenosimy się z powrotem na Montmarte, by przede wszystkim zobaczyć bazylikę Sacre Coeur - przepiękna! (schody do niej można pokonać kolejką - nie trzeba płacić, bilet z metra obowiązuje -  nie jest to jakaś wielka frajda, ale dla obolałych nóg każde ułatwienie na wagę złota)




Zdjęć w środku nie można robić, ale i tak jestem pewna, że nie zapomnę tego widoku. No i po wyjściu, te słynne dachy Paryża, ach...
Zarządzam powrót lekko okrężną drogą i tak oto trafiamy na plac jakby żywcem wyjęty z jakiejś francuskiej książeczki. Restauracyjki, kafejki, a wszystko tętniące życiem.








Nie odważamy się wejść do środka, dopiero trochę niżej.
Najlepsze w tym wszystkim, że jest tak autentycznie, to nie są stylizowane scenografie. Lampka wina i dwie szklanki kakao w takim miejscu były warte tych 10 euro.



Jutro Luwr, więc trenuję uśmiech Mona Lisy :-)
A póki co, z trudem dowlekamy się do mieszkania i padamy z nóg ('Padam, padam, padam' podśpiewuję sobie bardzo na miejscu).
Cdn, na pewno!


23 komentarze:

  1. Chyba najfajniejszy opis wycieczki, jaki kiedykolwiek czytałam:))No i mama w paryskim szyku. Pięknie. Pozdrawiam ciepło. Jola z make deccor

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, ale komplement..! Chyba najmilszy komentarz jaki tu kiedykolwiek miałam ;-))
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  2. Wspaniale! cieszę się razem z Wami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i .. wierzę - masz tę niezwykłą umiejętność :-)

      Usuń
  3. Piękny jest Paryż! Bardzo chciałabym tam zabrać moją Hanię :) Może pewnego dnia, choć chyba najpierw Londyn :) Udanego drugiego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. I wiesz, ja też bym tam chciała zabrać moją Hanię :-) Ale mimo całej wspaniałości to były naprawdę wykańczające 2 i pół dnia. A gdybym miała wybierać Londyn, czy Paryż, to chyba jednak Paryż - chociaż to raczej trudny wybór :-))

      Usuń
  4. Jestem w szoku!!! Myślałam, że jedziecie wszyscy albo sami z mężem... Ale jesteś odważna! Szacun :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to ja jestem w szoku, Jarecka u mnie komentuje..?!! Warto było jechać do tego Paryża ;-)
      Czasem okoliczności wymuszają takie akty odwagi - gdybym miała czekać aż Ludwik dorośnie do takiego wyjazdu, to może Ignacy nie chciałby już jechać... A zresztą pchać się całą gromadą to jednak koszty, ho, ho..

      Usuń
  5. Cudnie sobie radzicie :) We Francji bez francuskiego jest ciężko :) Sama mówię po francusku, ale wiele razy obserwowałam, jak tubylcy nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może ich nie rozumieć ;)
    Bawcie się dobrze!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiele osób mnie przekonywało, że po angielsku bez problemu, ale mi się jakoś nie chciało wierzyć - widziałam (i słyszałam) kiedyś Francuzów na jednej konferencji.
      A w Paryżu, nawet jak przechodzili na angielski to czuć było pewną taką ..hmm protekcjonalność. Po prostu czuło się wyraźnie, że nie jest się jednym z nich, a powinno być oczywiste, że każdy by chciał... Co mnie zadziwiło, to że nawet niecierpliwili się, gdy dzieci próbowały coś, jak to się mówi, wydukać. Ale żeby nie było, tak w ogóle to sympatyczny naród :-)

      Usuń
    2. Tobie chyba nie opowiadałam, więc opowiem pewną anegdotę rodem z Francji. Kiedy byłam tam pierwszy raz w życiu, z chłopakiem, który ni w ząb nie mówił po francusku, długo tłumaczyłam pewnemu starszemu panu, że TAK, TAK, oboje jesteśmy studentami. Nie chciał wierzyć, bo co to za wykształcony człowiek, który NIE MÓWI, po francusku ;) Do dziś pamiętam to zdumienie, że ktoś w tym świecie uzyskał maturę i nawet poszedł na studia, a przy tym NIE MÓWI po FRANCUSKU!!! ;)
      Serio, serio :)

      Usuń
    3. O, to by wiele tłumaczyło... Ta momentalna utrata zainteresowania osobą rozmówcy.
      Z drugiej strony u nas (i pewnie w wielu innych krajach) taką funkcję przejął angielski, jak się dobrze zastanowię, to też nie chciałoby mi się wierzyć, że student nawet paru słów po angielsku nie zna.
      Biedny student, szczególnie jeśli chce podróżować :-))

      Usuń
  6. Cudne! I że ten plecak zdążył się jeszcze znaleźć ! i te widoki z Wieży! zwłaszcza te z tęczą ! och i ach:) i niebo tajemnicze ! Paris.. Paris... :) pozazdrościć:)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No z tym plecakiem niezły numer - że go zaraz antyterroryści nie przechwycili (a minęło na pewno z 20 min. zanim po niego wróciliśmy).
      Dziękuję za zachwyty, sama też muszę sobie to teraz spokojnie przetrawić :-)

      Usuń
  7. Ależ piękny francuski look :) ja to jestem ciekawa skąd to mieszkanko wytrzasnęłaś....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, w kapeluszu (mój tata-fashionista Vislav upolował go z rok temu w szmateksie ;-) czułam się bardzo na miejscu, fantastycznie też chronił przed deszczem.
      A miejscówek poza krajem już od jakiegoś czasu szukam tylko na homeaway.co.uk - świetne mieszkania można wynaleźć, za cenę podrzędnego hotelu (ten nasz 50 euro doba). Pozdrowienia!

      Usuń
  8. miasto, które ciągle przede mną ...
    męża do Paryża nie ciągnie, może więc za jakiś czas sama z Młodym pojadę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest dobre podejście! Mój mąż tak kiedyś zażartował na moje nagabywania (weź sobie Ignaca i Różę i jedź) i proszę.
      Ale jednak chciałabym też kiedyś z Nim pojechać, ta cała romantyczna atmosfera wywołuje pewną tęsknotę.. :-)
      Mam nadzieję jeszcze i na taki scenariusz, kiedyś w przyszłości.

      Usuń
  9. Ja tym razem ostatnia z komentarzem - trudno będzie błysnąć :)). Jak zwykle cieszę się, że ta szalona eskapada zakończyła się szczęśliwie ! Oczywiście podziwiam zdjęcia, ( prawdziwa z Ciebie paryżanka ), no i zazdroszczę paryskiej atmosfery, której mieliście okazję popróbować osobiście. Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ostatnia, nieostatnia :-)
      Dobrze, że jest, brakowało tu czegoś :-))

      Usuń
  10. Ale super! Rzeczywiście odważna jesteś Iza! Brawo :) ale Ignacy też się wykazał ;)
    Na przyszłe wycieczki polecam też tutaj szukać noclegu: https://www.airbnb.pl/
    Czekamy na resztę zdjęć!
    Marysia i Tomek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu nie na darmo Ignacy jest pupilkiem pani od francuskiego :-)) I obydwoje z Różą mają bezbłędne francuskie 'rrr', podziwiam...
      Ten airbnb też kiedyś sprawdzałam, ale na większe gromadki homeaway jednak lepszy ;-)

      Usuń