czwartek, 6 listopada 2014

wieczne życie

Czy zastanawialiście się kiedyś co się dzieje z truchłami zwierząt potrąconych przez samochód? Ja właściwie nie. Ale Bernd Heinrich, emerytowany profesor biologii w swojej książce pochyla się nad nimi i opowiada jaki niesamowity świat można odkryć, a raczej pozwolić sobie zauważyć. Bo Bernd nie tylko się pochyla, on otwiera oczy na całe nowe obszary rzeczywistości, które normalnie są silnym tabu, narzucającym uczucie wstrętu na samą myśl o różnych mniejszych i większych stworach uwijających się wokół martwych ciał. Tymczasem Bernd potrafi odblokować ten temat, sprawić, że przykładowo takie larwy chrząszcza rozwijające się w ciele myszy, pracowicie zagrzebanej przez dorosłe chrząszcze, wzbudzą prawdziwy zachwyt.
 Bernd dogłębnie temat śmierci bada i analizuje. A jakim językiem wspaniałym! Ot, pierwsze zdanie któregoś z rozdziałów "Podobnie jak ciała zwierząt drzewa najchętniej zjadane są jeszcze świeże."
Tak erudycyjnej książki na temat śmierci nie czytałam wcześniej. Przewrotnie, choć w pełni zasadnie wskazującej w tytule na życie. I czego tu nie ma - początki życia na ziemi, i faraonowie, sępy, łososie, korniki, mamuty, itd., itd. Ale przede wszystkim niezwykle ciekawe refleksje łączące wszystko w jedną całość.
Świetna lektura na jesień. Jak bardzo pasuje do tej pory roku, ba, do wizyt na cmentarzu. O ludzkiej śmierci też jest, niewiele, ale bardzo ciekawych spostrzeżeń. W szczególności odnośnie pogrzebu. Mam nadzieję, że zielona opcja upowszechni się w Polsce, do czasu gdy będę jej potrzebować.
Książka przypomniała mi też jak bardzo lubiłam czytać książki przyrodnicze, jeszcze w podstawówce. Po skończeniu kupiłam sobie od razu "Pająki Pana Roberta" z tej samej serii (Menażeria, wydawnictwo Czarne).
Oraz dodała mi energii do zajęcia się wreszcie naszym pięknym chrząszczem, znalezionym już martwym w Bułgarii (to jelonek jak się okazuje) - podeszłam profesjonalnie do sprawy i przed oprawieniem go rozmoczyłam, zgodnie z instrukcjami z googla (tu jeszcze w wersji naturalnej, czyli z krzywo podkurczonymi nogami). Na zdjęciach jeszcze przed zawieszeniem, jakoś nigdy u nas wieszanie czegokolwiek na ścianie nie przebiega zbyt sprawnie, no chyba że na taśmę klejącą.






A pod koniec książki spotkała mnie niespodzianka - nareszcie dowiedziałam się, po ponad 10 latach (!) cóż to za dziwnego owada zobaczyłam pewnego pięknego lata w Dębinie. Wyglądał całkiem jak malutki koliber i tak samo zawisał nad kwiatem trzepocząc skrzydełkami. Ten owad, dawno temu w Ameryce zachwycił też Bernda Heinricha. Dzięki niemu ja już też wiem, że to była ćma, o wdzięcznej nazwie fruczak. Widzieliście kiedyś takie dziwo?


4 komentarze:

  1. o matko!!! za chrząszcza chyba bym się nie wzięła, ale książka dość intrygująca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam gorąco! Równie fascynująca co chrząszcz, czyż nie piękny? ;-)

      Usuń
  2. O chętnie pożyczę i przeczytam :)

    Pamietam tego niby koliberka!!! A to ćma :)
    Maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio pamiętasz..?! Chyba zrobiłam z tego niezłą aferę :-)

      Usuń