piątek, 14 listopada 2014

A w Płocku spokojnie (i pięknie)

Podoba mi się to nasze stare polskie miasto - Płock. To już kolejne odwiedziny tam, tym razem z okazji Święta Niepodległości. Zaskoczyło mnie, że Płock zapraszał do świętowania nawet w naszej stołecznej gazecie - skutecznie, a reszty rodziny nie musiałam długo zachęcać.



Obchody były takie jak trzeba, bez zbytniej pompy, nie za długo. Krótka inscenizacja z Piłsudskim, chorągiewki, pieśni patriotyczne. Przyjemnie. Oddałam Hani aparat, żeby pomóc jej podtrzymać uwagę:




Ładnie, prawda? A potem obiad w rodzinnym gronie przy najpyszniejszych pierogach (Pod Strzechą) i spacer nad Wisłą.







Gdy wracaliśmy do Warszawy z niedowierzaniem słuchaliśmy wiadomości z placu boju, jakim okazał się pewien przemarsz. Dzieci nie mogły zrozumieć, że relacja jest z Warszawy. My też. Ech, szkoda słów.

W listopadzie zawsze jesteśmy w Gostyninie przy smutnej rocznicy śmierci Babci Danusi. Staram się, żebyśmy z dziećmi jakąś symboliczną pamiątkę zrobili. Tym razem był taki wianuszek, z kwiatami z lnu uszytymi przez wnuki:



Okna (i drzwi, wcześniej) w kaplicy na cmentarzu zrobił własnoręcznie Dziadek Jurek!




Oczywiście taka listopadowa wizyta jest też dobrą okazją, aby uczcić (po raz kolejny) urodziny Ludwika. Czyli znowu tort. Tym razem sernik jaglany (!), smakował, ale to ciągle jeszcze nie to (pod względem wyglądu przynajmniej)...


I na koniec niesamowite gostynińskie lasy i jeziora. Zabawa w chowanego na sto dwa. I ta jesień...! Pięknie po prostu.









2 komentarze:

  1. Dynamicznie, jak zwykle:))) Piękne mieliście święto! Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za "spotkanie" ! Nie ma to, jak wielka rodzina ! Wzruszające.... Pozdrawiam, mama.

    OdpowiedzUsuń