czwartek, 9 października 2014

inaczej

Ostatnio rzeczywistość nam zazgrzytała i kilkukrotnie przekręciła plany. Niczym w kostce rubika, zamiast prostego wzoru trzeba było sobie znienacka radzić z mozaiką. Cała sprawa zakończyła się w ten sposób:




A było to tak. Planowaliśmy, jak co roku rodzinny wyjazd na wieś, do rodziny Maćka, do Owni i Zarytego. Oczywiście nie w tę właśnie niedzielę, w którą odbywa się maraton warszawski, do którego Maciek przygotowywał się całe wakacje. Tylko, że w zeszły poniedziałek Maćkowi na codziennej rowerowej drodze do pracy nagle stanęły gwałtownie otwarte drzwi od samochodu i... pęknięcie kości łokcia.
W takim razie zamiast na maraton, wybieramy się na wieś. Nawet mi to bardzo pasuje, już sobie planuję jakie fajne zrobię zdjęcia (pogoda!) i jak to potem ładnie opiszę na blogu, łącząc ładnie z wcześniejszą niedzielą, gdy na wsi byliśmy na Święcie Michała (jakoś w ubiegłym tygodniu nie było kiedy napisać).
Zatem (akcja się kondensuje) w piękny niedzielny poranek siedzimy już wszyscy w samochodzie, weseli, gotowi i zapakowani, ale... Akumulator. To nie pierwszy raz jak pada nam akumulator (takich traumatycznych prób odjazdu, gdy już wszyscy siedzimy z dzieciakami gotowi do drogi mamy już na koncie, hmm.., kilka), więc wiadomo co robić. Maciek z rezygnacją idzie szukać kabli po sąsiadach (kiedyś mieliśmy swoje, ale się.. zepsuły). A ja ordynuję krótki spacerek, bo co tak będziemy siedzieć w garażu.
I masz ci los, ledwie zdążyliśmy wychylić nos zza bramy, a tu spomiędzy krzaków rzuca się na Figę znienacka ogromne psisko, któremu towarzyszy wątła dziewczyna. Pies był naprawdę agresywny, pierwszy raz widziałam coś takiego. Próbowałam go uderzać smyczą, ale to nic nie pomagało. Dopiero dziewczynie po krótkiej chwili udało się jakoś odciągnąć swojego psa.
Na pierwszy rzut oka nic Fidze nie było  - obejrzałam dokładnie okolicę karku i wszystko wyglądało ok. Wtedy Ignacy ze zgrozą krzyknął "-Mamo! Zobacz..!!". Spojrzałam i mnie zmroziło. W pachwinie widać było około 10 centymetrowe rozdarcie, prawie bez krwi, ale wyzierały przez nie wnętrzności...
No cóż, dziewczyna zachowała się bardzo w porządku - zawiozła nas do weterynarza, pokryła (niemałe) koszty szycia, i w ogóle widać było, że jest jej bardzo, bardzo przykro. Bardzo budująca postawa, mieliśmy potem z dziećmi rozmowę, jak bardzo jest ważne, gdy ktoś próbuje naprawić zawinioną, nawet niechcący krzywdę.
W całej tej sytuacji najbardziej mnie jednak zaskoczyły moje emocje. Jakoś nigdy nie czułam się, abym specjalnie szalała na punkcie tego naszego kundelka, który jest z nami niewiele ponad rok. Ale spojrzenie tego psiego nieszczęścia, takie smutne i jednocześnie ufające, no kompletnie mnie rozsypało. Nie spodziewałam się, że aż tak może mnie poruszyć wypadek tego psa. Czegoś się o sobie dowiedziałam.

Zresztą okazało się, że nie jest aż tak źle, zszyta rana ładnie się goi, Figa nie ma problemów z chodzeniem, no chyba że między wąskimi przejściami (kołnierz!). Tylko ominął nas wspólny wyjazd (Maciek pojechał z dziewczynkami, które ominęło całe zajście i dziadkiem Jurkiem), niedziela na wsi no i zdjęcia. A tak liczyłam na jeszcze trochę walk na sianie.
Załączam więc na koniec parę fotek z najwspanialszego naturalnego placu zabaw - całego ze słomy. Takie cudo przygotował Pan Hruby, który piecze najwspanialsze żytnie chleby (kupuję zawsze na Biobazarze). Pierwszy raz mogliśmy spróbować chleba prościutko z jego pieca, ale to już zupełnie inna historia...






4 komentarze:

  1. Oj, tyle trudnych emocji za Wami. Cierpiące zwierzaki zawsze mnie napawają takim żalem, przeżywam bardzo razem z nimi - nasza kicia niedawno chodziła w podobnym kołnierzu bo miała wyszarpane dwie duże rany. Na szczęście dobrzeje, czego i Waszemu psiaczkowi życzę.
    Dzielności i uśmiechu, M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ciepłe słowa. Pamiętam zdjęcie Waszego kociaka - ten to dopiero był pokiereszowany... Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Straszna historia, ale na szczęście dobrze się skończyła. Współczuję Wam i Fidze. No i uważajcie na siebie !

    OdpowiedzUsuń