wtorek, 12 sierpnia 2014

Bułgaria do-it-yourself

Długo dyskutowaliśmy cel naszej pierwszej dalekiej podróży - chcieliśmy żeby było nie jakoś kosmicznie daleko (około 1-2 tys. kilometrów...), ciepło, również w morzu i raczej pustawo i dziko. To dość typowe marzenia mieszkańca bloku z dużego miasta, przy czym wbrew trendowi mniej za więcej oczekiwaliśmy mniej za mniej. Nie umiałam znaleźć nic ciekawego w Chorwacji, więc padło na Bułgarię.

Domek letniskowy, który wyszukałam wydawał się spełniać te oczekiwania idealnie - usytuowany w rezerwacie przyrody u ujścia rzeki Kamczii, w promieniu kilometra żadnego hotelu. O okolicach tych nie wspomina ani przewodnik Lonely Planet, ani żaden inny, który miałam w rękach, co wzięłam za dobrą monetę. Na miejsce przybyliśmy już po ciemku i dość szybko zrzedła mi mina, gdy uświadomiliśmy sobie, że nasz piękny domek przy plaży o wdzięcznej nazwie Romantika należy do dość rozległego i popadającego w ruinę ośrodka kempingowego. Coś jak paskudny kemping blisko plaży w Świnoujściu. Już widziałam te poranne tłumy zmierzające od rana w stronę morza, po to, by uzbrojone we wszelkie akcesoria plażowicza wywalczyć swój skrawek miejsca na piachu jak najbliżej linii brzegowej - czyli to, czego tak bardzo unikamy w moim rodzinnym mieście. Rozpacz. Szybki nocny wypad na plażę tylko mnie utwierdził w tych obawach, gdzieniegdzie majaczyły namioty i obozowiska turystów koczujących na plaży. Staraliśmy się pocieszać, że zobaczymy jak to będzie wyglądać rano, tym bardziej, że bliskie morze tak pięknie i uspokajająco szumiało.

Rano, od razu po obudzeniu biegiem do okna, z którego widać kawałek plaży i morza. Pusto. Na drodze przebiegającej obok domku też nie widać procesji - ledwie pojedyncze osoby. Niesłychana ulga. Nie przeszkadzają już odrapane mury, pustostany porosłe zielskiem, krzywe, poobtłukiwane schodki. Jest dziko! Tyle że, wygląda na to, że w Bułgarii oznacza to również, że nikt nie będzie się przejmował śmieciami, czy śmietnikami. Dobra strona (zawsze lubiłam Poliannę) jest taka, że naród nasz jawi mi się jako nacja pedantów i czyścioszków.
Las dochodzi właściwie do samej plaży, jeśli chcemy rozpalić ognisko wystarczy wyciągnąć rękę wokół siebie

Droga na plażę (widoczna z okna)
Droga do naszego domku - zajmujemy pięterko po lewej u góry
Schodki z bliska, ale kto by tam patrzył na schodki...


Nasze najlepsze znalezisko w tej podróży - leżało sobie przed drzwiami naszego domku

W domku: w oczekiwaniu na obiad
Parę razy gotowaliśmy sami, choć rachunki w restauracjach, nawet tych na plaży bardzo nas pozytywnie zaskoczyły

 ***

Krótko mówiąc wszystko dobrze się skończyło, choć dopiero teraz widzę jak ryzykowaliśmy. Tym razem było warto, choć nie było do końca zgodnie z oczekiwaniami. Jest się z czego cieszyć.

I jeszcze z zupełnie innej beczki, ale ciągle w temacie DIY. Zainspirowana tym poradnikiem z ladnebebe (nie pierwszy to raz, gdy któraś z ich propozycji wydaje mi się wyjątkowo kusząca próbuję sobie zrobić sama) skleciłam dzieciakom z kartonów z Lidla i samoprzylepnej folii z Tigera piękne stoliczki do zabaw twórczych w samochodzie. Fajny pomysł, w drodze do Bułgarii był szał i stoliczki w ciągłym użyciu (dałam radę zrobić trzy!). Z powrotem żaden nie został użyty - jak to stwierdził Maciek, dobrze że są z papieru (choć jestem pewna że jeszcze jednak nie raz nam posłużą, ot choćny w chorobie?).





 I to nie koniec mojej radosnej twórczości - przed tym wyjazdem miałam jakąś nadaktywność chyba. Dziewczynki zażyczyły sobie nowych sukienek, a ja skwapliwie dałam się namówić i dzień przed wyjazdem poprzerabiałam moje stare ciuszki. Niestety Róży sukienka się zaraz popruła, trzeba by się zabrać za poprawki, bo bardzo się jej spodobała. Za to Hania pozowała mi z sukcesem. Materiał: moja stara, jedwabna tunika (ze szmateksu, a jakże). Z rękawa akurat wyszła też idealna sukienka dla lalki.






 Potem jednak najczęściej i najchętniej Hania wracała po prostu omotana w jedwabne prześcieradło (mamy takie zielone i różowe, ciocia Karola przywiozła nam z Singapuru), które po przywiązaniu do znalezionych na plaży gałęzi służyło nam za baldachim. Też ładnie.




Jeśliby kto miał ewentualnie pytania, to chętnie odpowiem, a c.d.n. Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Super pomysł z tymi stolikami, kradnę go dla swoich maluchów. Dzięki:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. W takim razie polecam karton po warzywach (ryneczek lidla), najlepiej po pieczarkach - twardy, szeroki, płaski, niewiele trzeba zmieniać. I nie zapomnij przykleić małego pudełka na kredki, bardzo przydatne. Folia co prawda nie jest niezbędna ale efekt niebo a ziemia;-) Udanej podróży!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. modelka przednia! no i jestem pod wrażeniem Twoich talentów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Hania bacznie obserwuje Różę :-) A co do talentów, to będę się upierać, że to głównie chęci :-))

      Usuń