wtorek, 15 lipca 2014

Miejskie rozrywki

Lato w mieście to wcale nie tragedia. No, szczególnie w takiej metropolii. Czekałam na te dni. Zapraszam więc na garść warszawskich impresji.
***
Jeśli to środa, to czas na zakupy. Od Biobazaru uzależniłam się już ze dwa lata temu. Ale jeszcze nigdy tak pięknie nie wyglądał jak tego lata. Wielka przyjemność, choć oczywiście nie taka, gdyby samemu sobie te wiśnie pozrywać i marchewki wykopać... (Zdjęcia by Hania&Róża, ja pracowicie zapełniam koszyk).




Potem prostą drogą do Lidla (nie jestem ortodoksyjną eko-ideolożką). Już nie tak malowniczo, ale trzeba patrzeć na pozytywne strony. Przede wszystkim zakupy z czwórką mych uroczych dzieci nie wiedzieć kiedy z udręki stały się bułeczką z masłem. I jaka radocha ze spryskiwacza pod sklepem.
No i dziesięć par rąk przetransportowuje wszystko pod drzwi w try miga.


***
Jeśli to czwartek, to jesteśmy w galerii sztuki, ba! W czwartki wstęp wolny. To ważne, bo dzieciaków może się nie udać zatrzymać dłużej niż pół godziny... Tym razem wybraliśmy Centrum Sztuki Współczesnej (na następny ogień pójdzie Zachęta). Jak to dobrze, że jedna z wystaw została zatytułowana "Zmory" (Nightmares) - zadziałało jak lep. Nic to, że początkowo za "Zmory" wzięliśmy eksponaty z wystawy "Slow Future" - jeśli kto liczył na łatwe wystraszenie się, to się srogo zawiódł. Pouczyłam dzieci, że chodzi tu raczej o wywołanie refleksji nad życiem, które jako takie może zatrważać.Oskarżyli mnie, że ich nabrałam.
Najpierw jednak trzeba było się dostać do środka. Z tego co się orientuję, artyści dość często lubią uwzględniać wejście jako część instalacji. Tu po raz pierwszy zderzamy się ze "Zmorami" - zgodnie z wyjaśnieniami autora, to nie jest oczywiste, po której stronie bramy rzeczone zmory się znajdują.





Ciekawie było. Zdjęć więcej nie mam, bo trzeba bardzo pilnować, żeby kto z podopiecznych czasem nie dotknął jakiegoś dzieła. Panie z CSW to chyba najgroźniejsze strażniczki, ofuknęły mnie nawet za próbę oparcia się o parapet przy wyglądaniu przez okno... 
Muszę też wspomnieć zabawną sytuację z zeszłego roku, gdy to na dziedzińcu była piękna ekspozycja "interaktywna", (tak zachęcająco przedstawiały ją tabliczki), a chodziło o interakcję ze światem przyrody (tak!). No wiecie, "zerwij liść, powąchaj kwiat, posmakuj mięty", itd. Dzieciaki z należytym nabożeństwem dotykały kolejnych instalacji w skrzynkach, gdy nagle przez cały dziedziniec dobiegł nas krzyk Pani strażniczki wychylającej się z okna: "-Nie wolno jeść poziomek!". Chyba trochę próbowałam wykłócać się polemizować, ale Róża, która jest bardzo wrażliwa na nakazy władzy wyciągnęła mnie nieomal na siłę. 
To może parę zeszłorocznych okazów?

Miejsce akcji.

Na teksty w stylu "-Nudzi mi się!" trzeba być uodpornionym.

Uff, to nie my.

To nie jest rysunek, tylko prawdziwa rzeźba z drutu!

W każdym razie nie warto się zniechęcać. Szczególnie, że otoczenie CSW, zwane Zielnym Jazdowem jest bardzo urokliwe. Z uroczą restauracyjką. I hamakami!
W restauracyjce (prawie) same zdrowe rzeczy, ładnie wyglądające. Ale cóż, że lód z liczi, którego wybrał sobie Lulek pięknie się komponował z sukienką Hani . Ignacy też go nie chciał. No to padło na mnie, ale nie narzekałam. Róży malinowy też smakował.



Kawę kończę w pośpiechu, bo jest wezwanie do guza. Nie ma jak u mamy.
***
Gdy trafi się deszczowy dzień, to warto pohulać po wyprzedażach. Uwielbiam szczególnie taką coroczną akcję w Kappahl, gdy robią 50% obniżki na przecenę. Po prostu muszę się pochwalić: dwa sweterki, dwa tiszerty, bluzka, dżinsy, kąpielówki, sukienka oraz 6 par skarpet, spinki, rajstopy i pasek. I wszystko za 170 zł. I wybierali sobie sami. Tylko był niezły cyrk, gdy co chwilę musiałam studzić zapały i wśród gromkich wybuchów płaczu przypominać podstawowe zasady, że "tylko z wyprzedaży!", "tylko z tych stojaków, z półek nie!", czy "musi być czerwona metka!". To były emocje.
Ale wcześniej jeszcze większe, i bardziej pozytywne, bo byliśmy w kinie na "Jak wytresować smoka". Fantastyczny i naprawdę warty zobaczenia. Wszystko cudne, akcja, widoki, nawet muzyka!
W samochodzie analizowaliśmy jeszcze poszczególne sceny. Nawet tak marginalne jak ta, w której jeden ze smoków mityguje się i zwraca (dosłownie) smakołyk, bo podzielić się z drugim. Bez obaw, to nie jest reprezentatywny żart z tego filmu, przytaczam ze względu na ciąg dalszy naszej konwersacji. No więc ta sytuacja przypomniała Ignacowi jakże ważny fakt z życia Indian, mianowicie, że wytwarzali piwo z kukurydzy wcześniej ją przeżuwając. Napełniło to Lulka wielkim obrzydzeniem: "-Błe, piwo z kukurydzy?!". 


Na zdjęciu jeden z łupów wyprzedażowych, piękny kombinezon z tukanami. Mój ze szmateksu, ale też mnie uszczęśliwia.
***

Zakupy w sobotę mają tę zaletę, że w niedzielę można się odstroić w nowe ciuszki i nawet Maciek nie może nic zaprotestować. W niedzielę wszyscy (poza Maćkiem, chyba nikt nie sądzi, że dałby się zaciągnąć na wyprzedaże z dzieciakami) odstawiliśmy się jak na Boże Ciało, aż z wrażenia zapomniałam aparatu zabrać.
Wzięłam go, gdy przyjechaliśmy pod kościół jeszcze raz po południu, na koncert Maleo Reggae Rockers, a co! Oczywiście już w zwykłych ubraniach, oczywiście poza Różą (trzy zestawy nowych ubrań dziennie, czemu nie?).
Lipcowe popołudniowe słońce byłoby idealne do portretów, gdyby tylko tak nie świeciło w oczy...





Przechodzimy u nas właśnie szał na bransoletki z gumek. Na wąsy już chyba minął.
Koncert jak koncert, ale co się najeździliśmy na rowerach!




***
I już zupełnie na koniec (znowu za długi wpis, ale co tam, przecież jestem na swoim blogu, tak?) absolutny hit, czyli odkryty basen na Szczęśliwicach. W samym sercu Parku Szczęśliwickiego, piękny, zadbany i bardzo funkcjonalny.
Gdy transportujemy zawartość bagażnika do basenu mijamy szereg świetnych placów zabaw, siłowni i Górkę Szczęśliwicką (można zjeżdżać kolejką lub na pontonach, tylko trzeba mieć gotówkę).


Hulajnoga z Biedronki, deska z Lidla i pełnia szczęścia!
Naprawdę, gdybym chciała spędzić wakacje nad basenem nie jechałabym do żadnej Turcji, czy innego Egiptu. Trawka, wierzby, delikatny cień. Bajka!




Ignacy trochę leniuchuje, ale można mu wybaczyć, bo postanowił do domu wrócić na piechotę. Ponad 7 km, byłam pod wrażeniem! Zajęło mu tylko dwa razy dłużej niż samochodem...
Uważny czytelnik dostrzeże brak Róży. No cóż, w niedzielę, tuż po powrocie z koncertu wpadła na przyjaciółkę, która zaprosiła ją do babci na wieś na trzy dni. Spakowała się w pół godziny i tyle ją widzieli. Choćby dlatego będziemy musieli na basen wrócić, coś mi się zdaje, że się jej spodoba.

I to by było na tyle, dzisiaj za to robimy sobie lato, ale w zupełnie innym mieście. To jednak zasługuje na całkiem nowy wpis, dlatego
c.d.n.!

5 komentarzy:

  1. Fajnie tak do Was zaglądać jak żyjecie i szalejecie - każdy wpis to duża dawka energii :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarze pełne pozytywnej energii :-)

      Usuń
  2. Widzę, że wakacje w wielkim mieście też mogą być fajne ! Wszyscy pięknie się prezentujecie, tylko Ty, Izunia, musisz potrenować inne miny, prócz tej prezentowanej( skądinąd bardzo wesołej).

    Proszę, szczególnie uważajcie w wodzie ( jestem przewrażliwiona po tragedii nad morzem w Świnoujściu ).

    Bawcie się dobrze !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie pobiorę parę lekcji :-))

      Usuń
  3. Wystarczy brać przykład z Twoich modeli !:))

    OdpowiedzUsuń