czwartek, 3 lipca 2014

huczna 40-ka

Takiej imprezy jeszcze tu nie mieliśmy. Zaczęła się z hukiem, dosłownie, gdy w zamieszaniu podczas przybywania kolejnych gości Ludwik spadł ze szczytu naszej sznurowej drabinki... A zakończyła mocnym akcentem, wręcz nierzeczywistym, mianowicie podróżą karetką z wyżej wymienionym na dyżur do szpitala. Na szczęście po prześwietleniu wszystko wskazywało na objawy przejedzenia się pizzą, a nie wstrząsu mózgu, więc ostatecznie, po całych tych emocjach, lekko jeszcze zamroczeni alkoholem udaliśmy się spać o trzeciej nad ranem.
No dobrze, ale wróćmy do początku, bo wbrew pozorom Ludwik wcale nie skradł tacie show i bawiliśmy się wyśmienicie, w szczególności jubilat. Goście dopisali i stawili się licznie, punktualnie i w doskonałych humorach.




Postawiliśmy na 'stand-up party', które jednak w większości było na siedząco, ale łatwiej było zmieniać podgrupy dyskusyjne, no i zdecydowanie łatwiej w obsłudze.
Zaczęliśmy oczywiście od powitalnych drinków i przekąsek.
 Starannie zaplanowane menu wydrukowałam, dzięki czemu każdy wiedział czego się spodziewać. Moją wirtualną inspiracją był oczywiście pinterest - sprawdził się w tej roli znakomicie.
Szczególnie udane były indykoni na patyku (w oryginalnej wersji zamiast indyka był kurczak). Trochę się ich z Mamą nazawijałyśmy, ale było warto, znikły co do jednego (niestety zabrakło dla spóźnionych gości, choć zrobiłyśmy ich furę).
Miło też mnie zaskoczyły grillowane warzywa po marokańsku, gdyż przy obtaczaniu dzień wcześniej w marynacie wydawało się, że dominujący smak kolendry będzie niemożliwy do przełknięcia. Tymczasem po upieczeniu cała ta intensywność uleciała i nawet na drugi dzień dokończyliśmy je ze smakiem (nawet Ignacy nie narzekał).
Sałatki (dwie) oczywiście również eksperymentalne (wzorowane na tej i na tej) wypadły nie najgorzej, ale chyba zrobiłam ich stanowczo za dużo (czy naprawdę wierzyłam, że nasi goście są w stanie zjeść m.in. pół kilograma soczewicy?)...
Bardzo fajną pozycją były vol-au-vents, jednak ich przygotowanie jest dość czasochłonne - u nas udało się tylko dzięki Mamie, która pracowicie cały ranek wykrawała i przyklejała kółeczka. Za to o wiele szybciej poszło z ziemniaczkami, które bardzo malowniczo wyglądały na gałązkach rozmarynu.
Rozmaryn przydał mi się też do przyrządzenia syropu w rozmarynowych drinkach - pyszne (robiliśmy sobie jeszcze po imprezie, chyba wejdą na stałe do naszego repertuaru). Ale uroczo różowe drinki truskawkowo-rabarbarowe też miały swoich fanów.
Wszystkie te dania były dla mnie taką samą niespodzianką jak dla gości (lubię tę adrenalinę), dlatego cieszyłam się podwójnie i odetchnęłam z ulgą, że wszystko się względnie udało.

Zdjęć potrawom zbyt dużo nie zrobiłam, bo chyba nie da się tego połączyć z przygotowaniem i podaniem. Ale zapewniam, że wszystko wyszło jak na pintereście.





Jednym z hitów imprezy były zdjęcia wywoływane od razu w aparacie Fuji (kiedyś były takie polaroidy) - takie gadżety ma tylko Marysia (artystka)..!



Gdy już podstawowe potrzeby zostały zaspokojone zaproponowałam rundę wspomnień, co zostało ochoczo podchwycone. Śmiechom i wzruszeniom nie było końca. Co ciekawe, wiele z historii usłyszałam pierwszy raz..!


Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero, gdy ulegliśmy namowom mojej Mamy (Babci B., pozdrawiamy!) i rozpoczęły się tańce. Nie pamiętam już imprezy domowej z tańcami, chyba jakoś na studiach? Dość powiedzieć, że pod koniec, w okolicach północy Ciocia Karola demonstrowała Róży break-dance'owe figury...! Oj, było wesoło!


Gdzieś tam w międzyczasie jeszcze był tort (udał się!), którego przygotowanie tego dnia również przyprawiło mnie o bicie serca. Dobry, choć masy cytrynowej (z serka mascarpone i śmietanki) i truskawek powinno dwa razy więcej. Zapomniałam też przystroić go chorągiewkami przygotowanymi przez Różę. W każdym razie 'poszedł' cały.



Były też i prezenty, w ramach realizacji marzenia o kursie paralotniowym Maciek dostał piękny album Efekty uboczne ze zdjęciami wykonanymi z paralotni a wyglądającymi jak czysta abstrakcja - zaostrza apetyt na latanie. Dość zabawna była też konsternacja Maćka na widok tajemniczego pudełeczka od Laloux (tak, tak, gościliśmy projektantów), na szczęście w środku był absolutnie klasyczny (przy tym pięknie wykonany) pasek do spodni, uff, kamień z serca. Plus parę innych ciekawostek, z beczką piwa na czele. Czemu muszę czekać jeszcze dwa lata na swoje przełomowe urodziny?



Póki co muszę obmyślić dobry sposób ekspozycji na te wszystkie małe zdjęcia, które zdobią teraz pianino.

Tę imprezę jeszcze długo będziemy wspominać. Może jeszcze dodam, że w zasadzie wszyscy mniej lub bardziej odchorowaliśmy te szaleństwa - gorączka pourodzinowa udzieliła się wszystkim domownikom po kolei. Mam nadzieję, że ominęła gości, którym jeszcze raz ogromnie dziękujemy!

12 komentarzy:

  1. Piękna zabawa! i te wszystkie potrawy brzmią bardzo apetycznie! wyobrażam sobie ile było pracy ale też ile radości i przyjemności. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego dla Jubilata!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję! Tak pracy było, ale przede wszystkim planowania - przekonałam się np. że jak nie zapiszę to najprawdopodobniej zapomnę, i tak nie wrzuciłam do sałatki awokado... Warto też było wcześniej zaplanować makijaż i fryzurę - ja fryzurę zostawiłam na ostatnią chwilę i zostałam bez fryzury :-))
      Ale cieszę się, że wszystkim udzielił się nastrój radosnego podniecenia, był moment 'wszystkie ręce na pokład'. Ale tak na marginesie, do Ciebie na przykład to mi ooo daleko...!!! Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Wspaniała impreza - głównie za sprawą wyjątkowego, doborowego towarzystwa. Było rodzinnie, wzruszająco, wesoło, smacznie - i co najważniejsze wszystko dobrze się skończyło, choć nie brakło i groźnych momentów. Może tylko szkoda, że nikt nas nie nagrał !? :)).

    Dzięki i pozdrowienia !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafne podsumowanie :-) A za pomoc i tańce jesteśmy Ci dozgonnie wdzięczni :-))

      Usuń
  3. O Matko! Jaka impreza! Jaki tort! Jakie smakołyki!!!! Jesteście nieprawdopodobni:) Serdeczności dla wesołego Czterdziestolatka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, dzięki..! No tak, jak się taki wesoły 40-latek trafi to musi być wesoło. Mam nadzieję, że i ja nie stracę rezonu za dwa latka..!

      Usuń
  4. świetna relacja! z przyjemnością ją czytałam :-))) aż chce się mieć 40 lat :-))) Wszystkiego co najlepsze dla Jubilata i dla Was wszystkich!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie! Gdybyś jeszcze usłyszała Maćka przemówienie na początku imprezy, to naprawdę pozazdrościłabyś mu tego wieku - jak i wszyscy nasi młodsi goście :-))

      Usuń
  5. Po pierwsze, oczywiście, sto lat! sto lat!
    Po drugie, masz przecudowne drzwi, tak te białe ze szprosami. I ta klamka, moje marzenie. Możesz zdradzić gdzie je dostać? Edith

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam i dziękuję za przemiły komentarz! Niestety co do pytania zbyt wiele nie pomogę - mieszkamy tu już 7 lat i trochę się zatarło w pamięci... W każdym razie drzwi wynalazłam w jakiejś polskiej firmie - jak się wie czego się szuka, to się znajdzie (w poprzednim 37 metrowym mieszkaniu też mieliśmy takie, uwielbiam je!). A klamka? Jestem bardzo wzruszona, bo jesteś pierwszą osobą, która ją dostrzegła :-)) A ile ja się jej naszukałam - pamiętam tylko, że jest włoska, znaleziona w którymś z małych pawiloników na Bartyckiej... No to życzę owocnych poszukiwań ;-)

      Usuń
  6. Podsumowanie tak jak impreza - na medal, dobrze pamiętać takie fajne wieczory :)
    Maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, a myślałam, że tylko ja mam opóźnienia blogowe ;-) Stay tuned, Bułgaria już wkrótce ;-)

      Usuń