niedziela, 18 maja 2014

weekend przyjemnie (męczący)

Czy można być zmęczonym po weekendzie? Też coś, oczywiście. Ale u nas to najczęściej bardzo przyjemny typ zmęczenia. A już ten, właśnie mijający to dopiero był pełen wrażeń.
Pominę już opisywanie co porabialiśmy do obiadu, bo to powtarzamy co tydzień i może napiszę kiedy indziej. Dość, że już obiadu kompletnie nie miałam siły robić - na szczęście, odwiedzająca nas dzień dwa dni wcześnie Ciocia Ala zostawiła słoiki z przepysznymi zupami, barszczem i pomidorową (chciałam sobie zostawić na czarną godzinę, ale uznałam, że właśnie nadeszła..). Lokalny Sergio Pizza też ma prawo czasem zarobić, prawda?
Tak pokrzepieni wyruszyliśmy na Noc Muzeów. Próbowaliście już tej przyjemności? Ja z całą moją latoroślą po raz pierwszy. Maciek się wyłamał - uznał, że on już raz był. Po moim falstarcie, gdy zapakowałam wszystkich do samochodu w piątkowy wieczór, by dopiero szarpiąc za klamkę Teatru Guliwer uświadomić sobie, że to o dzień za wcześnie... Ale o czym to ja miałam...
Aha, no więc w sobotni wieczór wyruszyliśmy na nocny podbój muzeów. Trasa po ciekawych, choć przezornie nie najciekawszych atrakcjach szczegółowo zaplanowana. Zaczęliśmy od Pałacu Kultury, gdzie akurat Ciocia Marysia (czyli moja artystyczna siostrzyczka) na bardzo dizajnerskich targach prezentowała wyroby swojej firmy. Zgodnie uznaliśmy, że skórzany daszek jest ekstra!


W sąsiedztwie stoiska Marysi ulokowały się takie cuda i cóż, jako że wkrótce Dzień Dziecka ciocia nie dała się długo prosić...



No, ale nie zabawiliśmy długo i raźno ruszyliśmy do Muzeum Ewolucji. I choć było tuż przed rozpoczęciem nocy, to kolejka już się ciągnęła długo po chodniku. Udało się przekonać Lulka, że nie warto czekać i pojechaliśmy do Polsko-japońskiej szkoły technik komputerowych: tam miała być sala strachów i ogólnie klimaty horrorowe.
Trochę nam zrzedły miny, gdy po drodze złapała nas burza, a przed szkołą ciągnął się długi ogonek ludzi pod parasolami.


Przemoknięci i rozczarowani postanowiliśmy trochę się tylko rozejrzeć po dziedzińcu - i to nas uratowało. Okazało się, że najważniejsze atrakcje są właśnie w budynku za dziedzińcem - tam gdzie jeszcze tłumy nie zdołały dotrzeć. Mimo wszystko nie zdecydowałam się na zwiedzanie z dziećmi zainscenizowanego prosektorium. Ale i tak skorzystaliśmy z paru możliwości - na przykład rzeźbienie linorytów (na szczęści skończyło się bez krwi), które udały się pięknie, pokażę, jak zawisną w ramkach.




Trzeba przyznać, że mroczny klimat stworzono naprawdę realistycznie. Po korytarzach kłębiła się para, podświetlana na czerwono, z której co chwila wynurzali się znienacka zwiedzający. Do tego duchy (na innych warsztatach dzieci też zrobiły sobie same), pająki, demoniczne laleczki, czego chcieć więcej.





Jeszcze tylko dla porządku zajechaliśmy i pod Guliwera, tylko po to, żeby się przekonać, że kolejka jest na jakieś dwie godziny stania i wróciliśmy przed 22 do domu. Chyba trzeba w Noc Muzeów przyjąć strategię taką, żeby się nastawić na jeden konkretny obiekt, bo planowanie trasy jednak mija się z celem...

A dziś nie było odsypiania, bo już o dziesiątej rano była rocznica Róży komunii. Tak uroczo było ją znowu zobaczyć przejętą, w komunijnym stroju.



Hania wystąpiła w sukience, w której Róża zadawała szyku na komunii Ignacego...




Tym razem sama ozdobiłam opaskę Rózi kwiatkami. Podobała mi się nawet bardziej, niż profesjonalny wianek z zeszłego roku za .. yyy 15 bukiecików konwalii.



Po mszy pojechaliśmy na uroczyste lody. Och, nie mogę nawet patrzeć na te zdjęcia.





W lodziarni nie zabawiliśmy zbyt długo, bo na obiedzie mieliśmy dziś specjalnego gościa - aż z Singapuru. To Ciocia Karola (moja naukowa siostrzyczka) co jakiś czas przyprowadza swoich dawnych współpracowników, odwiedzających nasz piękny kraj, w ramach obowiązkowych, warszawskich atrakcji. Podobno jesteśmy już słynni, mam nadzieję, że z pysznych obiadów.
Lecz to jeszcze nie wszystko! Nie mogliśmy też sobie odpuścić lokalnej majówki na Siekierkach. I znowu było świetnie, lepienie z gliny, malowanie szklanek, i wiele innych.



Ale najważniejsze wydarzyło się zupełnie niezapowiedzianie. Ludwik zarządał odkręcenia bocznych kółek ... i pojechał! Kolejny kamień milowy...


I tak to u nas było w ten szalony weekend. Oczywiście nie licząc czterech, czy pięciu cykli pralki i zmywarki (niech żyją pralki i zmywarki!).
A jutro będę w pracy odpoczywać. Szykując prezentację na konferencję w Kazimierzu. Jadę już w środę, więc następny weekend z Kazimierza. Miłego tygodnia życzę!

4 komentarze:

  1. Kiedyś były obiady u króla Stasia, a teraz są obiady u Żółtowskich ! Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć...:)).
    Kawał historii ten weekend, po prostu weekendowe tornado ! Tylko dla zuchwałych ?, wytrwałych ?. Ale pooglądać w domowym zaciszu - sama przyjemność !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, chyba wszyscy dziś z ulgą przywitali poniedziałek :-))

      Usuń
  2. Ależ z was wesola rodzinka i ileż sie u was dzieje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś dla mnie wzorem matki :) Podziwiam za to wyjście do muzeum taką dużą ekipą :) Skąd Ty czerpiesz energię i siłę na te domowe historie typu pranie i sprzątanie ?! Wyglądacie cudownie :) Piękna familia :)

    OdpowiedzUsuń