piątek, 25 kwietnia 2014

Wielkanoc u nas

Ledwie tydzień temu przygotowania do Wielkanocy pędziły pełną parą, a dziś już ze świąt ledwie wspomnienie. Zapisuję więc, zanim się zupełnie rozmyje.
W tym roku było zupełnie wyjątkowo, bo po raz pierwszy udało się nam całą rodziną wyruszyć na mszę rezurekcyjną. Wspaniałe przeżycie, było bardzo uroczyście i po prostu pięknie. U nas na Siekierkach procesja ma do przejścia całkiem spory kawałek - kilkaset metrów, wśród ogródków z kwitnącymi bujnie drzewami, słońcem świecącym w oczy, przy śpiewie najradośniejszych pieśni wielkanocnych. Szliśmy trzymając za ręce nasze dzieci i było cudownie.
To nic, że przy prosto udekorowanym stole kleiły mi się potem trochę oczy, z pewnością było warto.


Pogoda sprzyjała nam całe święta - po południu zaczął padać deszcz i bez najmniejszych wyrzutów sumienia można było sobie uciąć drzemkę.

Gdy byliśmy w kościele zajączek przyniósł dzieciom upominki, wśród książek była na przykład taka futurystyczna pozycja: "Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu". W 3D!


Dużo radości sprawiła też kula do przeskakiwania. Gramy w zielone!



Były też niesłychane ilości czekoladowych jajeczek czy zajączków (Babcia B. też tu dołożyła swoje..!) - mam wrażenie, że po śniadaniu dzieci już niewiele więcej poza czekoladą zjadły... Oczywiście jeśli nie liczyć np. mazurka kajmakowego, który znikł pierwszy.

Figa też na zielono:



Okazało się, że drzemka w niedzielę bardzo się nam przydała, bo w lany poniedziałek Róża i Hania zrobiły pobudkę o ... 4:30 ...! Oczywiście miały na tyle rozsądku, że nie próbowały nawet nosa wsunąć do naszej sypialni, jednak odgłosy walki z Ignacym, piski, bieganina i co chwilę wybuchające sprzeczki o to, kto ma ścierać wodę skutecznie wybijały nas ze snu (dobrze, że Asia nie zdecydowała się zostać na noc).
W końcu o 6:30 trzeba było wstać. Stwierdzam przy tym, że jednak duch w narodzie ginie, bo mimo licznych prób podwórkowych naszych dzieciaków (pierwsza około 8), rówieśnicy dołączyli do nich dopiero po 13:00 - nie do pomyślenia za naszych czasów!
Po południu wybraliśmy się z Asią nad Wisłę na rowerach. Jakoś tak mam, że jak jestem niewyspana nie chce mi się robić zdjęć, nie wzięłam więc aparatu, czego natychmiast po dotarciu na miejsce pożałowałam. No trudno.

Za to następnego dnia (wzięliśmy sobie wolne, żeby dotrzymać towarzystwa naszym uczniom) wyspaliśmy się już normalnie i z werwą wzięliśmy się za uprawianie sportu - z InfoTrenerką z youtuba (fajne ćwiczenia pilatesowe). No może nie wszyscy - Ignacy nie wyjrzał nawet z pokoju, Róża dała sobie spokój po 5 minutach, Ludwik całkiem skutecznie próbował się włączyć lądując mi co chwila na plecach lub chwytając się nóg.
Tylko Hania nie zawodzi w takich konkurencjach!



Przy okazji, Hania jest naszym pierwszym dzieckiem eskortowanym przez policję...!!!
Dokładnie wczoraj zgubiła się na szkolnej wycieczce - zapatrzyła się w okno i nie zauważyła kiedy jej klasa wysiadła z autobusu. Co gorsza, Pani też nie zauważyła braku Hani... Na szczęście Hanusia wiedziała do jakiej chodzi szkoły - jakaś miła pani wyciągnęła z naszej dzielnej, zapłakanej dziewczynki te informacje i zawiadomiła policję. Także Hania wróciła do szkoły z fasonem radiowozem. Ignacy nie mógł odżałować, że Hania nie poprosiła o włączenie syreny, choć taka propozycja ze strony panów policjantów padła. Uff...

No dobrze, ale cofnijmy się z powrotem o dwa dni (nie do wiary, że tyle może się przez tydzień wydarzyć).
Sportowo rozpoczęty poranek w piękny, słoneczny dzień zakończył się wycieczką do Ogrodu Botanicznego - ja z maluchami pojechaliśmy samochodem, a Maciek ze starszakami na rowerach (ponad 30 km!).
Chciałam bardzo zobaczyć słynne kwitnące magnolie, ale nie tak szybko - najpierw musiałam spędzić godzinkę przy strumieniu. Chyba powinniśmy zamieszkać przy jakimś...


Hani było chłodno, więc pożyczyłam jej swoją koszulę. Zaczyna się!



Ogólnie to Hania to kwintesencja "szybciej, wyżej, dalej":




Braciszek też by tak chyba chciał (swoją drogą, w poszukiwaniu jego też ostatnio omal nie wezwaliśmy policji, gdy po prostu postanowił samowolnie oddalić się z placu zabaw pod szkołą i wrócić do domu - około kilometra dalej - ale to już zupełnie inna historia..).


I wreszcie wymarzone magnolie: jak ze snu.




Koło magnolii spotkaliśmy się z ekipą rowerową, zjedliśmy drugie śniadanie, pstryknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i trzeba było wracać.



Czy to nie dziwne, że samochodem byliśmy tylko parę minut przed rowerzystami?






I to by było na tyle tego bardzo długiego wpisu. Udanego weekendu dla wszystkich!


4 komentarze:

  1. Uff, dużo, fajnie, pięknie ! Chyba będę musiała komentować na raty, tyle tego... Stół bogaty, bo aż dwa pieczone baranki i baba - bardzo ambitnie. Hania robi ogromne postępy - brawo ! Ogród botaniczny - raj na ziemi... Jajeczka nie babcine, tylko ze sklepu :)). Wnuczęta, proszę, nie gubcie się, bo rodzice za szybko osiwieją ! Święta Wielkanocne magiczne i szczęśliwe - będzie co wspominać !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Haniu, realizujesz moje i cioci Ali marzenia. Naszym miejscem ćwiczeń akrobatycznych była łąka, a Ty trenujesz w Pałacu Kultury ! Dzięki , Haniu, podziwiamy Cię i trzymamy kciuki za Ciebie ! Powodzenia !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Hania nas wszystkich wprawia w zadziwienie (z niewielką nutką zazdrości :-)). Hania z dumą dziękuje za słowa uznania, całuski!!!

      Usuń