środa, 30 kwietnia 2014

wiosenne księżniczki

Chciałabym się podzielić zdjęciami, które zrobiłyśmy na konkurs "W koronie" organizowany przez ladnebebe.pl. Co prawda w konkursie się nie przebiły, a i drzewa pod którymi robiłyśmy zdjęcia już przekwitły, ale nie umniejsza to ich uroku. Na pewno nie dla mnie.

Cieszę się, że się zmobilizowałam, bo to zdjęcie Różyczki będę chciała powiesić powiększone w salonie:


Tak, wyciągnęłam nawet starego Nikona na kliszę. Chyba muszę częściej go używać. Z innych staroci (w pozytywnym znaczeniu) Różyczka ma na sobie bluzeczkę, którą uszyła i wyhaftowała dla mnie moja Mama (Babcia B. :-) - jakieś 30 lat temu... A dziadek Wiesiek (znany w niektórych kręgach jako Vislaff ;-) podarował nam w zeszłe wakacje pióra - m.in. orle.


Hani też zrobiłam zdjęcia, dosłownie 20 min. zanim słońce się schowało. Razem z przyjaciółką, w naszych starych, urodzinowych filcowych koronach:



Jak widać powyżej, niczym profesjonalny fotograf miałam też drugi aparat, z którego trochę zdjęć w kolorze:








Mam nadzieję w długi weekend znowu poszaleć trochę z aparatem. Życzę wszystkim cudownego wypoczynku!

piątek, 25 kwietnia 2014

Wielkanoc u nas

Ledwie tydzień temu przygotowania do Wielkanocy pędziły pełną parą, a dziś już ze świąt ledwie wspomnienie. Zapisuję więc, zanim się zupełnie rozmyje.
W tym roku było zupełnie wyjątkowo, bo po raz pierwszy udało się nam całą rodziną wyruszyć na mszę rezurekcyjną. Wspaniałe przeżycie, było bardzo uroczyście i po prostu pięknie. U nas na Siekierkach procesja ma do przejścia całkiem spory kawałek - kilkaset metrów, wśród ogródków z kwitnącymi bujnie drzewami, słońcem świecącym w oczy, przy śpiewie najradośniejszych pieśni wielkanocnych. Szliśmy trzymając za ręce nasze dzieci i było cudownie.
To nic, że przy prosto udekorowanym stole kleiły mi się potem trochę oczy, z pewnością było warto.


Pogoda sprzyjała nam całe święta - po południu zaczął padać deszcz i bez najmniejszych wyrzutów sumienia można było sobie uciąć drzemkę.

Gdy byliśmy w kościele zajączek przyniósł dzieciom upominki, wśród książek była na przykład taka futurystyczna pozycja: "Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu". W 3D!


Dużo radości sprawiła też kula do przeskakiwania. Gramy w zielone!



Były też niesłychane ilości czekoladowych jajeczek czy zajączków (Babcia B. też tu dołożyła swoje..!) - mam wrażenie, że po śniadaniu dzieci już niewiele więcej poza czekoladą zjadły... Oczywiście jeśli nie liczyć np. mazurka kajmakowego, który znikł pierwszy.

Figa też na zielono:



Okazało się, że drzemka w niedzielę bardzo się nam przydała, bo w lany poniedziałek Róża i Hania zrobiły pobudkę o ... 4:30 ...! Oczywiście miały na tyle rozsądku, że nie próbowały nawet nosa wsunąć do naszej sypialni, jednak odgłosy walki z Ignacym, piski, bieganina i co chwilę wybuchające sprzeczki o to, kto ma ścierać wodę skutecznie wybijały nas ze snu (dobrze, że Asia nie zdecydowała się zostać na noc).
W końcu o 6:30 trzeba było wstać. Stwierdzam przy tym, że jednak duch w narodzie ginie, bo mimo licznych prób podwórkowych naszych dzieciaków (pierwsza około 8), rówieśnicy dołączyli do nich dopiero po 13:00 - nie do pomyślenia za naszych czasów!
Po południu wybraliśmy się z Asią nad Wisłę na rowerach. Jakoś tak mam, że jak jestem niewyspana nie chce mi się robić zdjęć, nie wzięłam więc aparatu, czego natychmiast po dotarciu na miejsce pożałowałam. No trudno.

Za to następnego dnia (wzięliśmy sobie wolne, żeby dotrzymać towarzystwa naszym uczniom) wyspaliśmy się już normalnie i z werwą wzięliśmy się za uprawianie sportu - z InfoTrenerką z youtuba (fajne ćwiczenia pilatesowe). No może nie wszyscy - Ignacy nie wyjrzał nawet z pokoju, Róża dała sobie spokój po 5 minutach, Ludwik całkiem skutecznie próbował się włączyć lądując mi co chwila na plecach lub chwytając się nóg.
Tylko Hania nie zawodzi w takich konkurencjach!



Przy okazji, Hania jest naszym pierwszym dzieckiem eskortowanym przez policję...!!!
Dokładnie wczoraj zgubiła się na szkolnej wycieczce - zapatrzyła się w okno i nie zauważyła kiedy jej klasa wysiadła z autobusu. Co gorsza, Pani też nie zauważyła braku Hani... Na szczęście Hanusia wiedziała do jakiej chodzi szkoły - jakaś miła pani wyciągnęła z naszej dzielnej, zapłakanej dziewczynki te informacje i zawiadomiła policję. Także Hania wróciła do szkoły z fasonem radiowozem. Ignacy nie mógł odżałować, że Hania nie poprosiła o włączenie syreny, choć taka propozycja ze strony panów policjantów padła. Uff...

No dobrze, ale cofnijmy się z powrotem o dwa dni (nie do wiary, że tyle może się przez tydzień wydarzyć).
Sportowo rozpoczęty poranek w piękny, słoneczny dzień zakończył się wycieczką do Ogrodu Botanicznego - ja z maluchami pojechaliśmy samochodem, a Maciek ze starszakami na rowerach (ponad 30 km!).
Chciałam bardzo zobaczyć słynne kwitnące magnolie, ale nie tak szybko - najpierw musiałam spędzić godzinkę przy strumieniu. Chyba powinniśmy zamieszkać przy jakimś...


Hani było chłodno, więc pożyczyłam jej swoją koszulę. Zaczyna się!



Ogólnie to Hania to kwintesencja "szybciej, wyżej, dalej":




Braciszek też by tak chyba chciał (swoją drogą, w poszukiwaniu jego też ostatnio omal nie wezwaliśmy policji, gdy po prostu postanowił samowolnie oddalić się z placu zabaw pod szkołą i wrócić do domu - około kilometra dalej - ale to już zupełnie inna historia..).


I wreszcie wymarzone magnolie: jak ze snu.




Koło magnolii spotkaliśmy się z ekipą rowerową, zjedliśmy drugie śniadanie, pstryknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i trzeba było wracać.



Czy to nie dziwne, że samochodem byliśmy tylko parę minut przed rowerzystami?






I to by było na tyle tego bardzo długiego wpisu. Udanego weekendu dla wszystkich!


sobota, 19 kwietnia 2014

radosna Wielkanoc - po naszemu

W tym roku wyjątkowo spędzamy Wielkanoc u siebie, w swoim gronie (prawie - będziemy mieć też przy stole Miss AWF :-), więc na luzie i bez stresu. A skoro tak, to można zaszaleć iw kuchni już przysmaki poupychane po szafkach i lodówce: przede wszystkim baby (trzy i dwa baranki) i mazurki. Bezmleczne i bezjajeczne ma się rozumieć. W drożdżowych wypiekach jajka zastępuję upieczoną dynią, ten patent wypróbowałam już rok temu i sprawdza się świetnie. W mazurkach odważyłam się zrobić masę kajmakową na mleku sojowym i wyszła niespodziewanie pysznie, karmelowa, klejąca i ciągnąca, pycha..


Ale to wszystko czeka na jutrzejszy odświętny stół, a dziś jeszcze troszkę z przygotowań.
Co powiecie na przykład na takie jajeczka?


Ale oczywiście mamy też bardziej tradycyjne - nawet bardzo, w łupkach cebuli, zdobione woskiem.



Przygotowaliśmy też własnoręczne kartki, niektóre ciut psychodeliczne. Ale z dużym zapałem (przynajmniej na początku) i najlepszymi intencjami. Mam nadzieję, że doszły, bo niestety wysłaliśmy, gdy do nas już właściwie wszystkie doszły... (znowu..)




To tyle na szybko, jutro mamy ambitne plany wyruszyć wszyscy na mszę rezurekcyjną. Może nie aż tak ambitne, bo zaczyna się o siódmej, ale zawsze.
Kończę niezbyt udanym zdjęciem rodzinnym z koszyczkami. Koszyczków nie widać, dzieci nie współpracują, miny nie jak z obrazka. Ale kiedyś miło będzie wspominać, mam nadzieję. Te nasze Święta.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Figa - nasz pies ze schroniska

Dzisiaj właśnie mija rok od kiedy mamy psa. Świetna jest ta nasza Figa naprawdę. Właściwie to nie wiem kiedy postanowiliśmy, że jeśli będziemy mieli psa, to bezdomnego. Może od kiedy Marysia, moja uzdolniona plastycznie siostra obroniła dyplom - opracowanie akcji społecznej zachęcającej do przygarnięcia właśnie takiego psiaka ("Pies na księżycu", ładnie opisany np. tutaj). Nas w każdym razie zachęciła.
Figę poleciła nam wolontariuszka współpracująca ze schroniskiem - z grubsza wyjaśniłam o jakiego psa nam chodzi, ona przysłała zdjęcie i już po paru dniach jechaliśmy po naszego psa.
Róża to główny duch sprawczy całego zamieszania, niżej na pierwszym zdjęciu w domu:



I rzeczywiście Figa pasuje do nas idealnie, przede wszystkim ma niezmierzone pokłady cierpliwości. Objawów miłości jej nie brakuje, szczególnie Hania uwielbia ją miętosić...:


Ciężko znaleźć zdjęcie Figi bez Hani w pobliżu...




Tak, Hania ciągle nie ma dosyć, z Figą bywa różnie ale poza rozpaczliwym szczeknięciem inaczej tego na szczęście nie okazuje. Znosi wiele z godnością.



Przy tym, jak na rasowego kundla przystało ma w sobie sporo prawdziwej, psiej natury. Lubi się włóczyć, biegać, nawet na wielokilometrowych dystansach. No właśnie, jestem pewna, że z mojego biegania nic by bez Figi nie wyszło, mijane biegaczki wręcz mi jej zazdroszczą.
Również przy rowerze świetnie biega, tylko zawsze musi prowadzić.


Tak, nasza Figa jest świetnym towarzyszem, również i w dalszych wyprawach - uwielbia na przykład (i doskonale znosi) jazdę samochodem, nawet bardzo długą.



Czy nie ma wad? Oczywiście ma, kto ich nie ma. Nie znosi innych psów. No po prostu żadnych, małych, dużych, starych, młodych - schroniskowa weteranka. Nie aportuje, niczego, ku rozczarowaniu dzieci.
No i wyleguje się na kanapie, łóżkach, fotelu, gubiąc na wiosnę stosy sierści.
Ale wybaczamy. Dobrze, że jest z nami.