wtorek, 11 marca 2014

Na przednówku

Na przednówku jakoś ciężko się zmobilizować - wieczory lubię ostatnio przesypiać, co nie wpływa na zbytnią produktywność. Ta realizuje się u mnie głównie w kolejnych cyklach prania po-zimowo-po-wyjazdowego. Których lekko licząc, od powrotu (9 dni) było już jakoś 14... Ale przecież ja nie o tym.
Zanim zatem zaczniemy witać wiosnę jeszcze ostatnie migawki zimowe.

Ostatniego dnia naszego pobytu w Kościelisku odwiedziliśmy Dolinę Chochołowską. Przeszliśmy tylko kawałeczek, ale robi wspaniałe wrażenie. Przede wszystkim jest bardzo szeroka, ta przestrzeń jest wyjątkowo malownicza.
Tym razem dorożki podziwialiśmy już tylko z odpowiedniej perspektywy:


Dzieciaki właściwie mogłyby nie odchodzić od strumyka, który wije się od chwili wejścia do doliny (czytaj- pięć kroków po wejściu utknęliśmy na dobre pół godziny, a może i więcej?):



No i w zasadzie Ludwik i Hania niewiele dalej zaszli, ja zaciągnęłam Ignaca i Różę na kawałeczek Scieżki nad Reglami, żeby spojrzeć z góry na Chochołowską. Czy byli szczęśliwi? Do dziś zgrzytam, gdy wspominam...





Koniec końców na rodzinnym zdjęciu już było wszystko w porządku :-)

Ale zanim wrócimy do Warszawy muszę jeszcze wspomnieć o innej dolinie - mniej popularnej a noszącej nazwę "Ku Dziurze". Tak, była jaskinia i to jaka!





A po drodze dużo zwalonych drzew i fajna, wąska dość droga. Bardzo łatwa - świetna na wyprawę z dziećmi.



Najpiękniejsze pamiątki - według mnie. Gdyby jeszcze przekonać do tego dzieci...


Muszę też wspomnieć o naszym odkryciu - pomiędzy doliną Kościeliską a Chochołowską wspaniała restauracja Ziębówka. Klimat starej, zakopiańskiej willi ale bez nadmiaru folkloru. Jedzenie przepyszne (szczególnie pierogi ziębówki z oscypkiem - marzenie..., dzieciakom bardzo przypadły do gustu wspaniałe, grube naleśniki posypane prażonymi ziarenkami) a miejsce bardzo przyjazne dzieciom - menu, przestrzeń, książeczki i zabawki. No i te widoki za oknem; Krupówki mogą się schować.
Byliśmy dwa razy, bo chyba się uzależniłam od ich cytrynówki -  nastawiłam już sobie taką w domu, zobaczymy czy się uda.








I już zupełnie na koniec, nie mogę nie wspomnieć o narciarskich wyczynach Ludwisia. To taki nasz samouk (na marginesie, to nasz pierwszy sezon bez instruktorów, uff), pojętny i odważny. Na oślej łączce trochę się nam buntował i nie był zbyt chętny do współpracy...



Złapał wiatr w żagle, gdy uprosił nas w końcu by wjechać na dużą górę. Po pierwszym zjeździe, mocno wspomaganym przez rodziców przepłakał z 10 minut, by wreszcie wyjaśnić, że on chciał sam zjechać. No i zjechał..!





W drodze powrotnej mijaliśmy górę, na której po osiągnięciu zaawansowania zjeżdżały 2 lata temu starsze dzieci, wydała mi się teraz taka mała... Jednak czwarte dzieci to mają ciężko..!

Żegnam się naszym rodzinnym narciarskim zdjęciem. Teraz już mogę zacząć myśleć o wiośnie.


3 komentarze:

  1. Z widoków najbardziej przypadła mi piąta fotografia. Marzenie... A Wy wszyscy piękni i młodzi, zdjęcia przesympatyczne. A z cytrynówką wyglądasz, jak byś mówiła: " No co, to dopiero druga lampeczka..." Cieszę się, że ferie się Wam udały ! Na nartach już nie pojeżdżę, ale Ziębówka chyba jeszcze w moim zasięgu... Muszę pomyśleć.... Dzięki za reportaż, pozdrowienia!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to był bardzo udany wyjazd - na pewno nie opisałam wszystkiego (np. koncertu Trybunie Tutki, itd., itd.). Musisz kiedyś pomyśleć nad dołączeniem do nas - z kijkami śmigali nie tylko narciarze :-))

      Usuń
  2. Za dużo tego "A", przepraszam...

    OdpowiedzUsuń