poniedziałek, 31 marca 2014

biegasz czy kibicujesz?

W ten weekend ja tylko kibicowałam, półmaraton to jeszcze zdecydowanie nie dla mnie.


Ale kibicowanie z wesołą gromadką to też pewne wyzwanie i niemały stres.Mamy to szczęście, że mieszkamy w okolicy trasy różnych biegów, przy tym na tyle daleko od mety, że zdążymy się z dzieciakami doturlać zanim Najważniejsza Osoba będzie biegła.



Czyli trzeba wszystkich zmotywować do wyjścia, zadbać o zapełnienie brzuszków i nastawiać rosół. Phi!


(swoją drogą też już zaczęłam trening biegowy, mój bieg już w czerwcu)

środa, 26 marca 2014

pudełko zwane wyobraźnią

Wczoraj pomagałam Ignacemu w lekcjach i sporo pracowaliśmy z tym (tytułowym) wierszem Herberta. A wieczorem Ludwik postanowił przemienić się w nietoperza. Wyciągnął strój, który mu uszyłam ponad rok temu i zażądał zamiany go z piżamką, już wtedy włożoną.
Tak mi się to wszystko poskładało, że rano, zamiast pośpiesznie szykować się do wyjścia sięgnęłam po aparat.
Przypomniałam sobie rolę i siłę wyobraźni (spóźniłam się tylko o 5 minut).






sobota, 22 marca 2014

marzanna: rozpoczynamy wiosnę!

"Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, w wodę cię wrzucamy i wiosnę witamy!"


Taką wiosnę to ja rozumiem! Jak sobie przypomnę zeszły rok, brr... No ale w tym roku mogliśmy w pełni kultywować pogańskie obrzędy. Mieszkamy tak blisko Wisły, aż dziw, że pierwszy raz poszliśmy topić Marzannę. Kto wie, może taka piękna wiosna nie powtórzy się szybko.
Pojechaliśmy na rowerach, Figa była przeszczęśliwa.


I tu jak zwykle wyprzedziło wyobrażenia. Ludwik postanowił sprytnie ominąć kłopotliwy moment ustalania kto właściwie ma Marzannę wrzucać i zanim ktoś zdążył pisnąć już raźnie płynęła...


Maciek bohatersko uratował zimową pannę i można było procedurę powtórzyć. A potem jeszcze raz. Aż wreszcie daliśmy jej odpłynąć.




Ludwika brak, bo się pogniewał, że ktoś śmiał poprawiać jego wyczyn

A potem rozpoczęliśmy piknik. Wiosna się zaczęła.


Na fali akcjo 'embrace camera' użyłam funkcji interwałów w aparacie - fajna sprawa!







czwartek, 20 marca 2014

Embrace camera, czyli obiektyw na mamę

Gdy dwa z trzech ulubionych amerykańskich blogów ogłaszają fajną akcję, to naprawdę żal się nie przyłączyć. I chociaż u nas to nie Ameryka, to idea stojąca za inicjatywą jest jak najbardziej słuszna i u nas.
Chodzi mianowicie o takie mamy jak ja (my?) uwielbiające fotografować codzienne chwile swojej rodziny, utrwalać te wszystkie drobne przebłyski szczęścia i po prostu życia. Dla przyjemności oglądania, dla wzmacniania wspomnień.
Otóż tak się składa, że w tych wszystkich fantastycznych momentach brakuje nas - jesteśmy, tylko po drugiej stronie. Zawsze przeczuwałam, że to ważne żeby dać również siebie uchwycić, choć niejednokrotnie trudne, poczynając od dylematów co do wyglądu poprzez trudności techniczne. Ale warto, również, a może przede wszystkim dla naszych bliskich. W końcu ta codzienność nie jest nam dana na zawsze. I choć to trochę smutne, to właśnie taka tragiczna historia stoi u źródła całej akcji, o czym można sobie poczytać na blogu robiącej niesamowite zdjęcia Ashley Ann. Razem z Ashley rozkręciła wszystko nie mniej niesamowita Emily.

W takim razie moje próby wskoczenia przed obiektyw.
Postanowiłam utrwalić dość intensywne popołudnie, jakie jest moim udziałem w większość czwartków. W ten dzień dowożę Hanię na zajęcia z akrobatyki do Pałacu Młodzieży i sama też się muszę nieźle wtedy nagimnastykować, choć raczej mentalnie.
A więc - najpierw muszę się urwać po angielsku z naszego seminarium zakładowego (najczęściej dość nudnego, tak jak dziś na przykład; konieczność przedwczesnego wyjścia chroni mnie skutecznie przed drzemką). Następnie pędzę po Hanię, pokonuję tę drogę w drugą stronę już z Hanią, znowu wracam po Ludwika (jego przedszkole jest blisko mojej pracy) i z Ludwikiem pędzimy znowu po Hanię. Wszystko w godzinach szczytu.
Dziś był większy luz, bo Hanię odbierał Maciek, a ja mogłam się zrelaksować na zebraniach u Ignacego i Róży. Ale to już inna historia...
Zdjęcia trudno było zrobić - ze względu na pośpiech. Oraz przechodniów, którzy trochę dziwnie patrzyli. Nie umiem się też powstrzymać od uśmiechu. Więc nie jestem z rezultatu zadowolona. A może by tak co tydzień (miesiąc) powtarzać podobną próbę? To jak, przyłączycie się?



Nie mogłam się powstrzymać...


Zajęcia zaczynają się o 16.10 (na zegarze 16.15 - aparat do torby i gazu)

Warszawska ulica, modnie prawda?

piątek, 14 marca 2014

Prezent dla Mila

Pierwszy raz odważyliśmy się podarować prezent DIY, czyli zrobiony samodzielnie. Milo to najlepszy przyjaciel Ludwika i zasługiwał na coś specjalnego. Instrukcję (czy raczej inspirację, bo właściwie nic skomplikowanego tu nie ma) znalazłam w książce mojej ulubionej soulemamy: The Creative Family.

Myślę, że wyszło całkiem fajnie, nie idealnie i tak powinno być. Ludwik pomagał (naciskał pedał maszyny i poukładał kredki) a Milo docenił podarunek.
Chciałabym częściej wplatać takie drobiazgi w nasze życie, dzieciaki też - wszystkie zażądały takiego samego pokrowca...






wtorek, 11 marca 2014

Na przednówku

Na przednówku jakoś ciężko się zmobilizować - wieczory lubię ostatnio przesypiać, co nie wpływa na zbytnią produktywność. Ta realizuje się u mnie głównie w kolejnych cyklach prania po-zimowo-po-wyjazdowego. Których lekko licząc, od powrotu (9 dni) było już jakoś 14... Ale przecież ja nie o tym.
Zanim zatem zaczniemy witać wiosnę jeszcze ostatnie migawki zimowe.

Ostatniego dnia naszego pobytu w Kościelisku odwiedziliśmy Dolinę Chochołowską. Przeszliśmy tylko kawałeczek, ale robi wspaniałe wrażenie. Przede wszystkim jest bardzo szeroka, ta przestrzeń jest wyjątkowo malownicza.
Tym razem dorożki podziwialiśmy już tylko z odpowiedniej perspektywy:


Dzieciaki właściwie mogłyby nie odchodzić od strumyka, który wije się od chwili wejścia do doliny (czytaj- pięć kroków po wejściu utknęliśmy na dobre pół godziny, a może i więcej?):



No i w zasadzie Ludwik i Hania niewiele dalej zaszli, ja zaciągnęłam Ignaca i Różę na kawałeczek Scieżki nad Reglami, żeby spojrzeć z góry na Chochołowską. Czy byli szczęśliwi? Do dziś zgrzytam, gdy wspominam...





Koniec końców na rodzinnym zdjęciu już było wszystko w porządku :-)

Ale zanim wrócimy do Warszawy muszę jeszcze wspomnieć o innej dolinie - mniej popularnej a noszącej nazwę "Ku Dziurze". Tak, była jaskinia i to jaka!





A po drodze dużo zwalonych drzew i fajna, wąska dość droga. Bardzo łatwa - świetna na wyprawę z dziećmi.



Najpiękniejsze pamiątki - według mnie. Gdyby jeszcze przekonać do tego dzieci...


Muszę też wspomnieć o naszym odkryciu - pomiędzy doliną Kościeliską a Chochołowską wspaniała restauracja Ziębówka. Klimat starej, zakopiańskiej willi ale bez nadmiaru folkloru. Jedzenie przepyszne (szczególnie pierogi ziębówki z oscypkiem - marzenie..., dzieciakom bardzo przypadły do gustu wspaniałe, grube naleśniki posypane prażonymi ziarenkami) a miejsce bardzo przyjazne dzieciom - menu, przestrzeń, książeczki i zabawki. No i te widoki za oknem; Krupówki mogą się schować.
Byliśmy dwa razy, bo chyba się uzależniłam od ich cytrynówki -  nastawiłam już sobie taką w domu, zobaczymy czy się uda.








I już zupełnie na koniec, nie mogę nie wspomnieć o narciarskich wyczynach Ludwisia. To taki nasz samouk (na marginesie, to nasz pierwszy sezon bez instruktorów, uff), pojętny i odważny. Na oślej łączce trochę się nam buntował i nie był zbyt chętny do współpracy...



Złapał wiatr w żagle, gdy uprosił nas w końcu by wjechać na dużą górę. Po pierwszym zjeździe, mocno wspomaganym przez rodziców przepłakał z 10 minut, by wreszcie wyjaśnić, że on chciał sam zjechać. No i zjechał..!





W drodze powrotnej mijaliśmy górę, na której po osiągnięciu zaawansowania zjeżdżały 2 lata temu starsze dzieci, wydała mi się teraz taka mała... Jednak czwarte dzieci to mają ciężko..!

Żegnam się naszym rodzinnym narciarskim zdjęciem. Teraz już mogę zacząć myśleć o wiośnie.