piątek, 31 stycznia 2014

sukienka dla Hani (i jej lali)

Hania, tak jak Ludwik znalazła pod choinką niepowtarzalny prezent. Również do ubrania, ale w zupełnie innym stylu - tak innym jak Hania i Ludwik się różnią.
Pomysł na tę sukienkę chodził mi po głowie już od dość dawna, może nawet od chwili, gdy wypatrzyłam w szmateksie piękną suknię do ziemi z lekkiego jak mgiełka, szafirowego jedwabiu. Sporo go jeszcze zostało, spokojnie wystarczyło na bliźniaczą sukienkę dla Emilki - lalki Hani, którą uszyłam jej na 4 urodziny (jak ten czas leci...), i na pewno na coś zostanie jeszcze wykorzystany.
Czarna góra też ze szmateksowej sukienki; jest to również bardzo ciekawy materiał - 100% mikrofibra, lejąca i jednocześnie mięsista, choć cieniutka.




Trochę się porwałam z tą sukienką jak z motyką na słońce - bez wykroju, bez mierzenia. I oczywiście okazało się, że głowa nie przechodzi, w pasie zmieścić mogłoby się co najwyżej trzy czwarte Hani, a rękaw jest krzywo zszyty i wyziera na szyciu wielka dziura... Na szczęście nie zepsuło to nam humorów, wieczorem po Wigilii usiadłam znowu do maszyny: tu rozcięłam, ówdzie doszyłam, tam zamotałam - i rano sukienka była jak ta lala!



Nawet gwiazdy można w niej robić. Zresztą jak się chce, to wszystko można, czyż nie?

poniedziałek, 27 stycznia 2014

kostium klona ze star wars

Już od paru lat nasze dzieci znajdują pod choinką bardzo specjalne prezenty, niepowtarzalne i zrobione tylko dla nich (pewnie od kiedy natknęłam się na bardzo inspirującego w tym zakresie bloga soulmamy...). Oczywiście nie wszystkie naraz, elfy nie są aż tak sprawne.
W tym roku Ludwik zwięźle i bez namysłu wyjawił swoje marzenie: strój Star Warsa. Po początkowej konsternacji (nie lego?..) i doprecyzowaniu oczekiwań zapaliła mi się lampka. Krótki przegląd rynku (tandetny poliester i maska na gumce za ponad 100 zł lub półprofesjonalne imitacje za kilkaset zł..) oraz pintersta dodatkowo utwierdził mnie we wstępnej, spontanicznej decyzji - robimy. Samo ubranie wydawało się dosyć proste; wyzwaniem pozostawał hełm -papier-mache? za trudne.. -maska z filcu? słabe... Zaraz, zaraz, czy nie mamy w domu modelarza-hobbysty? Niech kombinuje... Krótko mówiąc w ciągu raptem 3 wieczorów M. z takich materiałów jak: kask rowerowy, biała farba w spreju, zdjęcie rentgenowskie i pianka hobbystyczna stworzył taki hełm, że ach!
Przykro mówić, ale część Pani Mikołajowej wypadła przy hełmie bledziutko - niestety pianka hobbystyczna daje się świetnie ciąć i przyszywać, jednak jest zupełnie nieelastyczna i już pierwszego wieczoru niektóre części z trzaskiem się odrywały - tylko zszywacz trochę ratował sytuację...
Co najważniejsze, obdarowany był absolutnie zachwycony. Oczywiście pierwszego dnia chciał w nim spać, ostatecznie zgodził się położyć kask obok na poduszce, po czym obejmując go ręką wyjaśnił, że tak właśnie śpią "star warsy". Oczywiście w dzień Bożego Narodzenia chciał iść w nim do kościoła, ostatecznie zgodził się zostawić kask w samochodzie (oraz nie ściągać w kościele kurtki i zimowych spodni, uff...). Parę razy jednak pokazywał się w swoim ekwipunku publicznie, budząc pewne zainteresowanie. Obawiam się tylko, że starszemu pokoleniu mógł się kojarzyć trochę z ZOMO, przynajmniej tak by wynikało z komentarzy...





W sezonie karnawałowym wpis ten być może będzie inspirujący :-)

czwartek, 23 stycznia 2014

nasza szopka najpięknięjsza

Mamy własną szopkę, nawet kilka, i to nie tylko w sensie przenośnym. Serio, mieliśmy mnóstwo frajdy i zamieszania przy robieniu tej szopki, a właściwie postaci - sama szopka to dzieło (kolejne) Dziadka Jurka.



W tym roku dorobiliśmy tylko trzech króli. No cóż, wszyscy mieli przybyć na zwierzętach, ale gdy trzy dni przed ostatecznym terminem mieliśmy jedynie małego słonia (który okazał się małym słoniem dopiero po uszyciu, pierwotnie miał być jedynym słoniem) plany trzeba było szybko zmodyfikować.
A skąd ten termin? Tradycją już stał się nasz udział w rodzinnym konkursie na bożonarodzeniową szopkę organizowanym przez nasz lokalny ośrodek kultury - Dorożkarnię. Trzeba przyznać, że taka mobilizacja, tzn. postawienie konkretnego celu bardzo pomaga, w przeciwnym razie chyba byśmy poprzestali na małym słoniu, ewentualnie prace trwały by do Wielkanocy i nasz salon ciągle wyglądałby jak wyjątkowo niechlujna pracownia krawiecka...
A tak - do wspomnień o trochę zwariowanym i trochę magicznym procesie tworzenia dołączymy jeszcze jedno - jak to odebraliśmy z dumą nagrodę organizatora za najpiękniejszą szopkę. To wydarzenie będzie bez wątpienia współtworzyć jej legendę... No dobrze, pora na trochę szczegółów:




Na małym słoniu ostatecznie wylądował Pan Nilsson, z tego domku


Bardzo lubimy ten konkurs w Dorożkarni, jest naprawdę świetna atmosfera. Kameralnie i wielopokoleniowo:

Głosują wszyscy, duzi i mali - z wielkim namaszczeniem i sprawiedliwie - chociaż była nas siła, nagrody publiczności nie zdobyliśmy...


W czasie liczenia głosów odbywa się mini koncert piosenek o tematyce świątecznej, mimo że to styczeń to słucha się ich z dużą przyjemnością i wzruszeniem. Czytelniczki z Warszawy gorąco zachęcam do odnotowania w pamięci i udział w przyszłym roku - to potrafi uzależnić, my byliśmy już czwarty raz (na pięć możliwych).
Za rok też się na pewno pojawimy, po prostu podziwiać kreatywność innych rodzin, bo naszej szopce już splendorów wystarczy (ale mam nadzieję, że pozostali królowie i tak doczekają się swojego konia i wielbłąda). A nagrody były nie byle jakie, bo od lokalnych sponsorów: talon na pizzę od Sergio Pizza (najlepsza pizza w tym mieście, naprawdę!) i piękny bukiet od Trendy Floor. No i ogromny piernik jako statuetka, wykonany przez opiekunkę konkursu, przemiłą Panią Kasię:


To jak, widzimy się za rok?

Czy widzicie złodziejaszków z lego? Próbują wykraść Jezuska...

wtorek, 14 stycznia 2014

koncertowo

Mój najlepszy świąteczny prezent: wizyta w filharmonii.




Czy to nie brzmi pięknie? No cóż, nie to żebym była aż takim melomanem, to w końcu moja druga taka wizyta w życiu - pierwsza tak dawno temu, że chociaż w tym samym towarzystwie to On tego nie pamięta...

W każdym razie absolutny strzał w dziesiątkę. Zaczynając od tego, że wreszcie moja jedwabna suknia ze szmateksu sprzed roku mogła ujrzeć światło dzienne - w pełnej krasie:


I blasku, (chyba już zawsze będę pilnować, żeby robić sobie prześwietlone zdjęcia, hi, hi) :


Sam koncert cudowny. W pierwszej części francuski wirtuoz wiolonczeli o aparycji Antonio Banderasa (tylko jakieś 20 lat młodszy) stworzył tak niesamowity klimat, że co chwila trzeba było wstrzymywać oddech. Maciek też był pod wrażeniem.
Co prawda w drugiej części (koncert "Dafnis i Chloe" na chór i orkiestrę) ziściły się jego obawy, że nie powstrzyma senności (biję się w piersi, ja też pod koniec przymknęłam oczy...) to całość zupełnie mnie oczarowała.
Potem przy kawie przedyskutowaliśmy cały program i wróciliśmy dzielić się wrażeniami z dziećmi. To był wspaniały wieczór - cieszę się, że tak zaplanowany, bo jednak rozrywek zawsze szukamy pod kątem dzieciaków. Obiecaliśmy sobie więcej takich wyjść w tym roku.
Myślę, że na odbiór tego wydarzenia miał też wpływ doskonały "support". Akurat tuż przed naszym wyjściem zaplanowano też w kościele koncert kolęd chórku, w którym śpiewa Hania. W końcu jedno kulturalne wyjście na dzień to dla nas stanowczo za mało, lubimy nadmiar.
Ogromne wzruszenie, choć przecież innego rodzaju. Nie mogłam oderwać oczu od jej małej, słodkiej twarzyczki.



środa, 1 stycznia 2014

Niech żyje Nowy Rok!

Tak wygląda u nas poranek w zupełnie Nowy Rok.


Mamy dużo energii. I optymizmu. Czemu by nie, skoro wstaliśmy po 10-tej (tak!).
Zabawa z imprezowiczami (z nami średnia wieku około 16 lat, czy to nie najlepszy wiek na imprezowanie?) obfitowała w dynamiczne zwroty akcji.
Były fajerwerki, jak i sklejanie modeli...


Były tańce, jak i rysowanki...



Gra w Dixit znowu okazała się hitem. A o północy Maciek ze starszakami (i ich przyjaciółmi) wyruszyli na naszą górkę. Ja z maluchami jeszcze przy oknie. Było fajnie. I będzie, mam nadzieję!