sobota, 30 listopada 2013

listopad - podsumowanie

Zawsze przygnębia mnie latem wizja zbliżającego się wielkimi krokami listopada, a on jak zwykle tak szybko mija... I okazuje się, że nawet nie jest taki straszny. W każdym razie ani się obejrzałam, a tu już jutro grudzień. Pozgrywałam zdjęcia z aparatu, których jakoś tak niewiele (najlepsze światło mija mnie w pracy), ale kilkoma na podsumowanie listopartoda by warto by się podzielić...

Zacznę od Ludwika, to w końcu jego miesiąc i dużo się wokół niego kręci. Na przykład mój pierwszy wytwór uzyskany przy pomocy własnej maszyny. Tak, wreszcie ją mam, ku uciesze mojej i dzieciaków - wszyscy aż się palą, żeby realizować swoje liczne pomysły. Ze wstydem muszę przyznać, że szyję w stylu bardzo podobnym do dzieci - byle jak najszybciej zobaczyć efekt, co tam prasowanie i mierzenie. Chylę czoło przed Mamą i Babcią, które swego czasu szyły mi takie piękne, idealne kreacje...

Wracając do Ludwika, dostał swojego Małpiszonka, zbliżonego stylistycznie do Emilki i Zosi uszytych na urodziny Hani i Róży. Jest uszyty z różnych naszych starych ubrań, czyli z materiałów najwyższej jakości, hi, hi. Na zdjęciu na pierwszym planie, dalej widać też plakat, który wydrukowałam Lulkowi ze zdjęcia zrobionego w legolandzie.

A tu sam solenizant, niestety w dniu urodzin zapadła mi się pod ziemię karta do aparatu, więc zdjęcie trochę słabe, w dobrym świetle będę musiała zrobić mu kiedyś całą sesję.


Urodziny to oczywiście nie wszystko, w halloween mieliśmy tu niezłą bandę potworów (tylko które to moje dzieci??):


Codzienne życie z potworami bywa też czasem trudne, na przykład dziś w kuchni zastał mnie taki widok po wczorajszej awanturze:


Na szczęście rękoczyny skończyły się na papierze.
A co jeszcze można zobaczyć w mojej kuchni? Ostatnio obserujemy wzrost zapotrzebowania na wypieki i dochodzę już do prawdziwego mistrzostwa w przyrządzaniu muffinek z pozostałych resztek po kaszy jaglanej/ ryżu/ owsiance. Oczywiście bez jajek i produktów krowich. Do tego owoce jakie są pod ręką - jabłka, gruszki, banany lub w wersji lux śliwki z zamrażarki. Robię je chyba ze dwa razy w tygodniu, zawsze znikają.


I jeszcze na koniec jedno z ostatnich zdjęć Hani z jej pięknymi, mlecznymi ząbkami. Gdy usłyszałam, że się jej ruszają od razu chwyciłam za aparat. Czy to możliwe jak ten czas pędzi?


3 komentarze:

  1. Piękne muffinki :-) w ogóle pięknie u was i rodzinnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne te muffinki :) Mój syn też ma alergię na jajka i krowy. Mogę się uśmiechnąć o przepis?:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za komplementy pod adresem muffinek. Te ze zdjęcia to rzeczywiście jedna z bardziej udanych wersji (kasza jaglana i śliwki), niestety najczęściej robię na oko, więc nie zawsze efekt udaje się powtórzyć. Sam sposób jest jednak prościutki:
    - do pozostałych z poprzedniego dnia ugotowanych kaszy jaglanej/ ryżu lub płatków owsianych (czasem około szklanki, czasem dwóch, lub pół) dodaję około szklanki mąki - na pewno ziarenka muszą być obtoczone mąką
    - posypuję cukrem (2-3 łyżki?)
    - i sodą lub proszkiem do pieczenia (1 łyżeczka?)
    - dodaję szczyptę soli, cynamon
    - następnie wlewam około szklankę mleka sojowego wymieszanego z olejem lub roztopionym masłem (proporcje 4:1), mieszam dość szybko ciasto, które czasem jest rzadkie jak na naleśniki, a czasem gęste jak, hm, no nie wiem co ;-)
    - na koniec wrzucam pokrojone owoce - 2-3 lub 4; albo układam na wierzchu

    Tak naprawdę możliwości są nieograniczone, jadalne jest to zawsze, no może moi domownicy nie są wybredni, w każdym razie nigdy ani jednej muffinki nie wyrzuciłam, a taki los pewnie spotkałby stary ryż czy nadtłuczone jabłka ;-)

    OdpowiedzUsuń