piątek, 18 października 2013

wiersze

Mój repertuar ćwiczę już od ponad 10 lat. Prawdzim miłośnikiem wierszy był Ignacy, to przy nim nauczyłam się większości wierszyków na pamięć. Świetnie sprawdzają się do zaśnięcia, gdy już zgasimy światło. Moje popisowe "Ptasie radio", gdy nie pomoże to "Słoń Trąbalski", jeśli i to nie starczy to z reguły "Lokomotywa" pokonuje nawet najwytrwalszych zawodników. W gorsze dni, które na szczęście trafiają się rzadko, trzeba sięgnąć po cięższy arsenał i rusza Brzechwa: Arbuz, Spóźniony słowik, Kwoka, Wyspy Bergamuta, Zapałka, Hipopotam i żaba, Wrona i ser, Sum... itd., itd.
Swego czasu miałam wizję, że kandydatki na opiekunki będę odpytywać z pamięciowego opanowania wierszy. Porzuciłam ten pomysł, bo żadna nie umiała (mimo to twierdzę, że mieliśmy całkiem sporo szczęścia do opiekunek)...
Co mnie skłoniło do przywołania tego samochwalczego wstępu? Otóż wielka duma i zadowolenie, gdy Ignacy pochwalił się swoim sukcesem szkolnym: szóstka z polskiego za ułożenie wiersza, limeryka. No jak nic, miłość do poezji wpajana mu od niemowlęctwa zaprocentowała.
Na moim zachwycie legła jednak mała chmurka zaniepokojenia, gdy mój genialny przyszły poeta za nic nie chciał zacytować swojego dzieła. No wił się i bronił rękoma i nogami. Proszę, jaki skromny do tego! W końcu przyparty do muru przemówił:

*****

Pewien facet z Żulina
wypił pięć flaszek wina.
Walił wciąż o latarnie
i czuł się dość marnie,
a wszyscy mówili: "To świnia!"

******

O rety. Życzę miłego weekendu, raczej bezalkoholowego...

1 komentarz: