środa, 2 października 2013

jazda bez trzymanki

Dzieje się u nas dużo, jakże by inaczej. Akcje zaplanowane i nie, nie zawsze radosne. W ubiegłym tygodniu np. ta urocza para wymagała specjalnej troski:


Przede wszystkim Róża boleśnie się przekonała, że jazda bez trzymanki to synonim ryzyka, dużego. Koszt - ząb na przedzie... Biedna, najgorsze chwile musiała przeżyć przy wsparciu tylko od koleżanki, nie było nas (rodziców) w domu. A teraz już tylko żmudne leczenie. Na szczęście nie straciła nic na uroku, a piosenki typu The Flobots "I can ride my bike with no handlebars" nabierają nowego sensu :-)




Jeśli chodzi o Ignacego, to właściwie te parę wizyt około-okulistycznych były czystą przyjemnością. Okulary wręcz przylgnęły do niego, myślę że naprawdę ich potrzebował - gdyby nie musiał ich nosić to byłaby to niepowetowana strata na image'u.

Na dziś to tyle, pozdrowienia!

7 komentarzy:

  1. Prawdziwi z nich modele :)

    Domyślam się ile trudnych emocji za Różą ale wspomnienie dzikiej i szalonej młodości pozostanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak. Oby tylko kolekcja nie była zbyt duża... ;-)

      Usuń
  2. Jazdę bez trzymanki najlepiej trenować na pastwisku - wtedy rozsypiemy najwyżej cukier wieziony ze sklepu...:)).
    Współczuję, Różyczko, znam ten ból, bo z jedynkami przecierpiałam w życiu najwięcej. Trochę pobladła, ale i wysubtelniała !
    Życzę powodzenia w leczeniu i zapomnienia o tej traumie...

    A lgnacy - tak, okulary to ta wisienka na torcie - ależ przystojny intelektualista !!! Już słyszę wzdychania tłumu wielbicielek...")*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domyślam się że cukier te -dziesiąt lat temu to też było coś... ;-)
      Całusy!

      Usuń
    2. Nie było tak źle, większość została uratowana :)).

      Usuń
  3. Przyszłam od Czworokątnej i zostaję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie mi miło, dziękuję... i zapraszam !

      Usuń