czwartek, 19 września 2013

wrześniowe zamieszanie

Początek roku szkolnego to właściwie większe wyzwanie niż początek roku. W tym drugim przypadku mierzymy się ewentualnie jedynie z własnymi noworocznymi postanowieniami. A szkoła to ho, ho, organizacja całego miło-wakacyjnego życia staje na głowie.
Trzeba się wdrożyć w obowiązki, stare i nowe. No i oczywiście rozwijać zainteresowania. W zeszłym roku trochę odpuściłam temat i miałam potem wyrzuty sumienia. Taki Ignacy na przykład to właściwie przeleżał na kanapie wszystkie szkolne popołudnie, skandal po prostu.
W tym roku ambitnie stanęłam w kolejce do Pałacu Młodzieży i Ignacy jest na modelarni a Hania przeszła przez kwalifikacyjne sito na akrobatykę. Wreszcie ma gdzie prezentować swoje wspaniałe, szmateksowe stroje.
Róża jeszcze się nie zdecydowała, które zajęcia taneczne wybrać, ma co najmniej trzy możliwości, zobaczymy pewnie na co zdecydują się jej koleżanki. Róża to taki bardzo towarzyski charakter, gdyby ktoś nie wiedział. Zostaje jeszcze angielski i pianino, ale tu chcę znaleźć kogoś o umiejętnościach wszystko-w-jednym, żeby ograniczyć dojazdy no i koszty. Przy najbliższej okazji planuję więc powiesić stosowne ogłoszenie na Akademii Muzycznej.
Wspomniałam o obowiązkach - testujemy nowy system kontrolno-motywacyjny, poświęcę mu jeden z najbliższych wpisów, bo sprawdza się bardzo obiecująco. Do tego stopnia, że poza ogarniętym mieszkaniem mam nawet takie niespodzianki po powrocie z pracy:
Własnoręcznie przyrządzona rybka z tuńczyka i ziemniaków (ugotowanych też własnoręcznie)
Do tego wrzesień to wysyp różnych kulturalnych wydarzeń, przed nami m.in. pokomunijna wycieczka do Lichenia, finał akcji Muzealne Duchołapy (wspominałam o tym tutaj), 40-lecie szkoły i parę innych, pomniejszych. W ostatni weekend np. świętowaliśmy lokalność w Dorożkarni (tuż po zaliczeniu muzeum w Sulejówku, koniecznym do ukończenia Duchołapów).


Bardzo fajne wydarzenie, dużo sportowych konkurencji, pokazy, degustacja domowego ciasta i chleba, wszystko w bardzo miłej, sąsiedzkiej atmosferze. A ta para zdobyła 2 miejsce w biegu "związanym" (noga do nogi i ręka do ręki)!

Na koniec przedstawienie w oparciu o prozę Mirona Białoszewskiego. Nawet my (rodzice) zrozumieliśmy z tego może z połowę, ale wykonanie było tak profesjonalne, że nawet Ludwik obejrzał w skupieniu cały spektakl...

Naprawdę dobrze nam się tu na Siekierkach mieszka. Nawet gdy większość deszczowego września spędzamy w domu. Pozdrowienia!

czwartek, 12 września 2013

window-shopping v Vejle

Dzisiejsza pogoda dobrze mi się komponuje ze wspomnieniami z Danii. Podobnie szaro i chłodno, choć z przebłyskami.


Jednego popołudnia wybraliśmy się do uroczego nadmorskiego miasteczka. Bardzo szybko okazało się, że w zwiedzaniu najbardziej przyciągają mnie egzotyczne jak na nasze standardy wystawy. Już na początku uparłam się na wizytę w szmateksie, który zresztą minęłam za pierwszym razem, myśląc że to jakiś luksusowy sklep - witryny, oświetlenie, przestrzeń - a to był zwykły punkt charytatywnej zbiórki i sprzedaży odzieży... Parę fajnych rzeczy udało się upolować, m.in. moją obecnie ulubioną czarną sukienkę. Pewnie mogłoby być jeszcze lepiej, ale mają naprawdę dziwne pory zamykania: 16.30, czy 17.30 na równi z 17.00 i 18.00.
Zaraz potem natknęliśmy się na cudny sklep ze starociami, ale tu już ceny zdecydowanie z wyższej półki.


W witrynie można było nawet podziwiać prawdziwą kozę!

Mój zachwyt w pełni podzielała Róża, która dość szybko wyrwała mi aparat. Parę jej ciekawych odkryć:


No cóż, reszta ekipy była raczej spragniona lodów i trochę się na nas wściekli, gdy okazało się, że kawiarenka którą sobie upatrzyli zamknęła się w międzyczasie (o 17.30...), gdy my z Różą pogrążałyśmy się w zachwycie (widziałam na żywo chyba z połowę mojej zbieraniny na pinterest!). Musieliśmy się zadowolić taką z wyglądu sieciową kawiarnią, z dość kosmicznymi cenami, niestety.

Humory poprawiła (przynajmniej dzieciom) wizyta w sklepiku z żelkami na wagę, który nawet dla mnie wyglądał kusząco. Ale jak tu się oprzeć? Każdy mógł wybrać po 10 cukierków, ciężko było podjąć decyzję.




To jeszcze na koniec parę widoczków, żałuję że nie było czasu żeby przyjrzeć się temu wszystkiemu dokładniej. Nie dotarliśmy nawet do wybrzeża. Może kiedyś?









poniedziałek, 9 września 2013

Dębina



To miejsce wiele dla mnie znaczy. Tutaj spędzałam pierwsze dni mojego życia oraz sporą część każdych jednych wakacji. Staramy się podtrzymywać tę tradycję i chociaż na tydzień przyjechać z dzieciakami w odwiedziny.
Zawsze nachodzi mnie refleksja, jak wiele się zmieniło - nie budzi mnie już kogut, dzieciaki z samego rana nie pędzą do stodoły (tylko przed telewizor, grr..) i babcia Hela nie wita nas szklanką świeżo wydojonego mleka, ale... Dębina ciągle ma coś w sobie i uwielbiamy tu przyjeżdżać.

Na starej gruszy, na której ja w dzieciństwie godzinami czytałam książki moje dzieci potrafią godzinami huśtać się na linie. Trochę im zazdroszczę, wtedy nikt nie wpadł na taki pomysł.




W tym roku udało się nam wyskoczyć tylko na weekend i nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć, ale mam jeszcze trochę z lat ubiegłych... Na przykład ta czarno-biała seria uchwycona moim starym analogowym Nikonem, do której zawsze z przyjemnością wracam:


Z pola cioci Basi i wujka Franka wracamy zawsze sowicie obdarowani. Tak było i w tym roku, a to zdjęcie z ubiegłego:



Ważnym punktem jet też wizyta w autobusie wujka Kazika, jak starcza czasu, to nawet połączona z przejażdżką - wielka frajda!



Najlepsze na świecie kiszone ogórki, których dostajemy zawsze więcej niż pozwalałaby na to przyzwoitość...


Mogłabym tak jeszcze wyliczać i wyliczać (może kiedyś to zrobię), ale najważniejsze to spotkanie i rozmowy z kochanymi ludźmi. Niech żyje Dębina!



poniedziałek, 2 września 2013

pierwszy dzień szkoły

Skończyły się wakacje. Piękne, długie, pełne spotkań z bliskimi, dawno niewidzianymi jak i nowymi ludźmi, sycące oczy i wszystkie zmysły widokami, naturą. Po takich wakacjach przyjemnie wrócić do szkoły - dziś wszyscy byliśmy podekscytowani. Witaj szkoło!



Podobnie jak w ubiegłym roku zamiszcam zdjęcia dzieciaków z pierwszego dnia. To niesamowite jak się zmienili...

Ignacy, pierwszy dzień 6 klasy
Róża, pierwszy dzień 4 klasy
Hania, pierwszy dzień 1 klasy
Ludwik, pierwszy dzień 2 roku w przedszkolu
Ten dzień był jednak przede wszystkim zupełnie wyjątkowy dla Hani i zdecydowanie do Niej należał.




A dla nas pewną nowością będzie bycie rodzicami trójki dzieci z podstawówki. Trzymajcie kciuki...!