czwartek, 29 sierpnia 2013

surf, baby

W tym roku  Świnoujściu dużo surfowaliśmy, i to nie po internecie! Zainspirował nas, a przede wszystkim wyposażył w odpowiedni sprzęt dziadek Wiesiek, znany w kręgach blogowych jako Vislaff. Na desce którą nam wypożyczył odbywał zresztą niesamowite wyprawy - warto zajrzeć. My o wiele skromniej, właściwie to nie ruszyliśmy się z "psiej plaży" (zwanej przewrotnie przez Maćka "kocią plażą", diabli wiedzą czemu). Ale zabawy było co niemiara, ja sama spędzałam w wodzie nawet po 2 godziny (ogromne dzięki za piankę Vislaff!).



surferki muszą mieć odpowiednie fryzury

I chociaż glony i wiatr, to deska cały czas była w obiegu. Była nas spora grupa, bo dołączyli też siostra i brat Maćka z rodzinami, więc trzeba było ustalać kolejkę.


Na piachu deska leżała tylko dopóki nie wskoczyliśmy w stroje kąpielowe.

Profesjonalny strój Hani skompletowany w second-handzie by Vislaff & ja (zresztą ten powyżej też)
Utrzymywanie równowagi przychodziło mi całkiem łatwo, na tyle że odważałam się pływać bez pianki. I z Lulkiem. Morze w Świnoujściu jest bardzo płytkie, można zajść jakieś 200-300 metrów wgłąb. Mimo to (oraz moich umiejętności) Lulek wpadał w lekką panikę, więc właściwie poza tym jednym razem mogłam pływać sama. Oczywiście wtedy gdy nie pływałam z Różą. Lub Hanią. Samotność na morzu mi nie grozi.

A, odważyłam się też sprawić sobie dwuczęściowy kostium, po raz pierwszy po wielu latach. Dlatego zdjęcia z bliska nie będzie :-)
I na koniec z zupełnie innej beczki (bo więcej plażowych wpisów nie planuję, chociaż Świnoujście się jeszcze pojawi) znalezisko, bardzo dla mnie fascynujące, a z niezrozumiałych dla mnie przyczyn mijane obojętnie przez plażowiczów (oczywiście poza tą chwilą, gdy leżałam przed nim fotografując z zapałem).


środa, 28 sierpnia 2013

w legolandzie

Uatrakcyjniliśmy sobie do maximum pobyt w Świnoujściu i wyskoczyliśmy na 5 dni do Danii. Główny cel: legoland, głównie dla naszego najmłodszego legomaniaka. Ale reszta gromadki też była mocno podekscytowana, szczególnie (albo mimo) że byliśmy tam już dwa lata temu. Obiecaliśmy wtedy dzieciakom powtórkę, gdy wzrost pozwoli każdemu z nich na korzystanie z większej ilości atrakcji.


Pobyt ze starszymi dziećmi jest oczywiście o wiele łatwiejszy i chyba przyjemniejszy. O ile oczywiście jest pogoda - pierwszego dnia deszcz był trochę zniechęcający, ale w sumie odpowiednie ubrania pozwalały łapać chwile rozpogodzeń (na szczęście nie lało bez przerwy). Zresztą tłumy innych odwiedzających uważały zapewne podobnie, bo swoje i tak trzeba było w kolejce odstać.
Ta dwójka szybko odłączyła się od grupy i szalała na własną rękę.



Dopiero w porze posiłków odczuwaliśmy, że przyszliśmy z czwórką dzieci (drogo, oj drogo w tym legolandzie...). Oczywiście po obiad też trzeba było swoje odstać, Hania wykorzystała na przykład ten czas na naukę sznurowania butów. Lulek po prostu się nudził (uroczo).




Ponieważ starszaki szalały na własną rękę, na zdjęciach mam głównie maluchy i ich miłe, spokojne atrakcje.












Ale gdy spotkaliśmy Ignacego i Różę, uparli się, że muszę iść z nimi na najgorsze rollercostery. Bawiłam się jak należy i tak też piszczałam.


Najważniejsze są chyba jednak cudne miasteczka całe z klocków lego, odwzorowujące prawdziwe duńskie miasta, oraz miasta sąsiadów - Szwecja, Niemcy - żadnego polskiego póki co nie ma, choć myślę, że takie np. Świnoujście mogłoby się prezentować bardzo ciekawie. Zresztą bardzo wielu Polaków można w legolandzie spotkać, więc powinni to przemyśleć.







Dla prawdziwego fana lego jest to z pewnością niezapomniane przeżycie. Ale chyba dwa razy wystarczy...


środa, 21 sierpnia 2013

10 lat Róży - w Świnoujściu

Cicho u nas, bo wakacje nad morzem nie komponują mi się z internetem. I dobrze. Ale te wszystkie piękne miejsca, spotkania, przygody zasługują na upamiętnienie, więc parę wpisów postaram się nadrobić.
Moje rodzinne miasto (prawie, bo mieszkam tu od kiedy skończyłam jakieś kilkanaście... miesięcy) to powoli tradycyjna destynacja naszych rodzinnych wakacji. Jednym z kulminacyjnych wydarzeń są urodziny Róży, które jeśli mnie pamięć nie myli już od jej roczku świętujemy właśnie w Świnoujściu. Właściwie powinnam była urodzić ją w Świnoujściu. Gdyby nie to, że Róża lubi być warszawianką.


Do rytuałów należy już szalony deser na promenadzie i promenadowe atrakcje. Wesoło i rodzinnie.





Przy "tłuczeniu robali" padł rekord automatu... Nie mogło się też obejść bez old-schoolowej strzelnicy.



Jeszcze tylko 10 fikołków na trampolinie by uczcić tę okrągłą rocznicę i pomknęła na hulajnodze w dal.



Chyba wszyscy trochę zazdrościmy Rózi tych sierpniowych, nadmorskich urodzin...