wtorek, 30 lipca 2013

W ogrodzie botanicznym

To już pomału przechodzi do tradycji, że w wakacje odwiedzamy ogród botaniczny. W zwykły dzień letni mamy go właściwie tylko dla siebie. Wszyscy lubimy tu przyjeżdżać. Uruchamiają się wspomnienia - chyba nic nie przebije tego, jak Róża wpadła do sadzawki i musiałam jej obciąć pożyczonymi od ogrodnika nożyczkami mokre nogawki spodni. Ale jest też wiele innych, mniej spektakularnych. Jest pięknie.










W tym roku żałowałam, że nie wzięłam dwóch aparatów. Większość czasu musiałam ustąpić Róży - i oto efekty (nie musiałam nawet kadrować...):






Dobrze się zapowiada. Ostra dziewczyna!

wtorek, 23 lipca 2013

pałac w Wilanowie czyli nasze warszawskie wakacje vol. 1

Wakacje w Warszawie? Czy to może być przyjemne, dla kogoś kto tu mieszka? Ale przecież przyjeżdżają tu turyści. Zatem planując nasze lipcowe, bezcenne dni postanowiłam skupić się na mocnych stronach miejsca, w którym się znajdujemy. Ambitny plan opierał się na różnych przybytkach kultury, sztuki i historii.
Założenia: musi być ciekawie przynajmniej dla jednej  osoby w naszej grupie (i najlepiej, żebym to nie była zawsze ja...), raczej niedaleko i raczej za darmo (lub jak najtaniej, karty dużych rodzin póki co ciągle brak).
Na pierwszy ogień poszedł kompleks muzealny w Wilanowie. I tu niespodzianka. Okazuje się, że mój pomysł nie był taki oryginalny, co więcej różne przybytki wychodzą wręcz naprzeciw podobnym inicjatywom - w Wilanowie natknęliśmy się na akcję Muzealne Łapiduchy, czyli pięknie opracowana mapa z zadaniami do zrealizowania w sumie w trzech kompleksach muzealnych. To było to, moje nieco oporne starszaki wciągnęły się w zabawę.
Przyznam tu, że realizacja tego pierwszego wypadu była możliwa tylko dzięki łapówce. McDonalds. Tak, wiem, kompletny upadek. Ale rozpaczliwie wierzyłam, że sami przekonają się, że jest fajniej niż na szkolnej wycieczce. Udało się, w tym tygodniu byliśmy jeszcze w kilku interesujących miejscach - i już bez łapówek!

A sam Wilanów zachwycił mnie - zarówno estetycznie jak i organizacyjnie. Można nie tylko kontemplować piękno, ale też samemu podjąć wysiłek, docenić lepiej osiągnięcia przodków. Były więc warsztaty malarskie, kaligraficzne, przyrodnicze.






 I wszystko bezpłatnie, tak jak i zwiedzanie pięknego pałacu (w niedzielę).



Do tego po malowniczym kanale można pływać romantyczną łódką wiosłową (20zł/h).







O dalszych naszych zmaganiach, jak i więcej o samej akcji już wkrótce. Pozdrowienia!

wtorek, 16 lipca 2013

Pippi, czyli życie jest piękne, mimo wszystko

Na dzień dziecka Hania dostała "Piosenki do grania na nosie". Po pierwszym przesłuchaniu myślałam, że to niewypał, rockowo-punkowe aranżacje wydawały się odstraszające i za trudne dla dzieci. Jakie było moje zdumienie, gdy któregoś dnia, zwabiona dziecięcymi śmiechami zaglądam do dziecięcego pokoju, a tam Ludwik poguje w rytmie ska "Skakanki", a cała reszta dzieciarni pęka ze śmiechu. Dziś to jedna z naszych ulubionych płyt, w samochodzie leci w kółko, każdy ma swoją ulubioną piosenkę (moja to "Nie teraz":- Jeśli muszę być dorosła, trudno, chociaż wiem dorosłym być jest strasznie nudno. Arbuzowe zjem tabletki dwie, nie dorosnę dzisiaj, dzisiaj jeszcze nie"...).
Ale co to ma wspólnego z Pippi? Otóż wczytując się w okładkę uświadamiam sobie, że piosenki pochodzą ze spektakli, m.in. Pippi, Pinokio i Czarnoksiężnik Oz. Od tej chwili marzę, żeby zobaczyć spektakl, nawet jeśli trzeba by jechać do Łodzi. I proszę - jak na zawołanie, czytam w gazecie, że to teatr Pinokio wyrusza w trasę po Polsce, w ramach akcji lato w teatrze. Zahaczają też o Warszawę. A bilety są bezpłatne. Gorąco zachęcam do skorzystania. My byliśmy, zachwyceni. Zgodnie tylko stwierdziliśmy, że było za mało piosenek.


Pippi jest świetna i bardzo naturalna. Spektakl dość wiernie oddaje oryginał - jakie to ważne może przekonać się każdy, kto miał do czynienia z koszmarkiem Disneya... Przy tym ma własną tezę i ciekawą, konsekwentnie utrzymaną stylistykę.
Przedstawienie odbywa się w prawdziwym namiocie cyrkowym, to buduje nastrój!


W przerwie oraz przed spektaklem dzieciaki mogą powalczyć na poduszki.


I jeszcze próbka tego co można zobaczyć na scenie, a jest tego dużo: żonglerzy, akrobatka, świetny Pan Nilson - gimnastyk, złodzieje, nauczycielki, dom dziecka, itd., itd. I oczywiście muzyka na żywo, plus na koniec mini-koncert, na którym dzieciarnia dosłownie wyskakiwała ze skóry. Super.






W taki to kulturalny sposób rozpoczęliśmy nasze warszawskie wakacje. I mam zamiar aby kulturalnie było dalej, a co z tego wynikło napiszę wkrótce. Udanego wypoczynku, gdziekolwiek on jest!


piątek, 12 lipca 2013

cmentarzysko w Londynie

To już ostatnia z moich londyńskich impresji. Prawdziwa perełka, przynajmniej jak dla mnie. Zachwycająca tym bardziej, że zupełnie nie zaplanowana, nie znalazłam też wzmianki w żadnym (z dwóch) przewodników, które ze sobą miałam. Stary cmentarz w Hampstead.

Trafiłam na niego częściowo z przypadku, a częściowo z mojej pasji dla takich miejsc - już w podstawówce na drzwiach mojego pokoju zwiesiłam zdjęcie (autorstwa mojego taty, który też chyba lubi takie klimaty, prawda?) jakiegoś krukowatego, martwego, które opatrzyłam gustownym hasłem "memento mori".
Gdzieś to się tam wszystko dziwnie splata, tak czy owak, jednym z moich londyńskich celi było zobaczenie kruka na żywo. Gdy napotkałam informację, że kruki takie żyją w Tower (zgodnie z legendą "dopóki kruki będą w Tower, królestwo nie upadnie" hoduje się je tam w klatkach, oraz podcina skrzydła żeby nie odfrunęły, ale o tym dowiedziałam się już na miejscu) postanowiłam, że muszę to zobaczyć. Dlatego Tower to jedyny zabytek londyński, do którego nabyliśmy bilet wstępu. Wracając do głównego wątku, zamarłam z zachwytu, gdy ledwie po zbliżeniu się do cmentarza ujrzałam kruka, i to w takiej scenerii!
Niestety bliżej się podejść nie dał, ale na pewno nie jest to pospolity gawron (można to poznać przede wszystkim po dziobie - u kruka nie ma nagiej skóry, no i jest cały czarny, co wyklucza kawkę i wronę). Ewentualnie był to czarnowron, również rzadko spotykany, więc jest się z czego cieszyć.

A na cmentarz trafiłam, gdy siedząc kolejną godzinę na konferencji trafiłam na wyjątkowo nudna sesję. Wrzuciłam więc mapę w telefonie, żeby sprawdzić czy gdzieś w pobliżu nie ma jakiegoś miejsca wartego obejrzenia (za godzinę musiałam być z powrotem). Gdy ujrzałam cmentarz w odległości 5 min. spacerem nie wahałam się ani sekundy dłużej. Jednak zupełnie się nie spodziewałam, że będzie on aż tak niesamowity. Wypisz wymaluj, jak z jakiejś angielskiej powieści grozy. A pusto, jakby nie było żywego ducha.



Fascynujące pomniki w ilościach hurtowych, w przepięknym otoczeniu.




Byłam tak zaaferowana robieniem zdjęć, że zapomniałam zupełnie, żeby spróbować poczytać epitafia. Że tak powiem, forma wzięła górę nad treścią. Dopiero wychodząc główną bramą przeczytałam na tablicy informacyjnej wskazówki gdzie można szukać oryginalnych wpisów. Trzeba będzie tam wrócić. Na moich zdjęciach uchwyciła się jedynie przypadkowo taka smutna historia pewnej rodziny (na pierwszym planie):

Nie czytałam też dlatego, że czułam się odrobinę nieswojo, głównie z powodu realnego człowieka, który znienacka gdzieś tak zamajaczył na końcu zarośniętej ścieżki. Szczerze mówić przeszłam do dziarskiego marszu, na ile obcasy pozwalały. Cmentarz jest naprawdę ogromny i naprawdę zarośnięty, a przewalają się nad nim ciężkie, posępne chmury (no dobra, to pewnie nie zawsze).


Kończę piękną perspektywą od strony bramy głównej, którą uciekłam w popłochu na moją konferencję.