sobota, 22 czerwca 2013

londyńskie cuda-niewidy

Zgodnie z obietnicą dziś o zakupach w Londynie. Mnie zawsze ciekawi co ludzie kupują w zamorskich podróżach, więc i ja się tu podzielę. Szczególnie, że przy sporej gromadce zadanie jest niebanalne i wiąże się z ciekawymi odkryciami.

Na zakupy postanowiliśmy poświęcić piątkowe popołudnie, tak aby zdążyć na przedstawienie w Globe Theatre.  Prawie się udało. Zaczęliśmy od najstarszego sklepu zabawkowego w Londynie: od Hamleys'a.

Myślałam, że będzie bardziej, hmm, brytyjsko, tymczasem wchodzi się jakby na wielki jarmark. Już od progu roześmiany pracownik dmucha na wchodzących bańkami, co krok natykamy się na młodych chłopaków (głównie) prezentujących z pasją najnowsze wynalazki przemysłu zabawkarskiego. A to auta jeżdżące po suficie, a to ufo sterowane dłońmi, a to mini bumerangi. I tak przez kolejne piętra, a jest ich (chyba) pięć. Oferta sklepu to poza tym głównie to co w naszym typowym Smyku, ale jest też trochę lokalnego kolorytu. Na przykład taki pułk angielskich żołnierzyków za, bagatela 500 funtów. Albo królowa z klocków lego. Czy cudne cukierki. I samochodziki:
Spędziliśmy tam stanowczo za dużo czasu... Ale przynajmniej z sukcesem: zamówienie dla Hani (Top Model, ech..) i dla Lulka (zestaw Lego) zostało sprawnie zrealizowane. Poza tym zdecydowaliśmy się na dwie kulki na sznurku dla Ignacego, z zapałem reklamowane przez uprzejmego pracownika jako "jojo nowych czasów" (w wolnym tłumaczeniu). Faktycznie robił z nimi cuda, ale i Ignacemu idzie całkiem nieźle (stracił tylko trochę zapał, gdy zabroniono mu przynosić do szkoły takiej niebezpiecznej zabawki, hmm):


Potem kontynuowaliśmy spacer ulicą Regent Street, która robi absolutnie oszałamiające wrażenie - kilkumetrowe witryny najelegantszych sklepów i tłumy ludzi. Ja marzyłam, żeby zobaczyć na żywo ten sklep, z jego słynną ścianą całą z roślin. Faktycznie, cudo, ale trochę poza zasięgiem, wyprzedaży jeszcze nie było...
Zresztą samo oglądanie witryn jest w Londynie całkiem pasjonujące, szczególnie jeśli chodzi o cukiernie. A w chińskiej dzielnicy trafiliśmy na sklepik z asortymentem... bożonarodzeniowym:

Ale największy szok był dopiero przed nami. W sobotę, kolejnego dnia, wybraliśmy się na koniec zwiedzania do pubu. Wracaliśmy koło północy, na ulicach nierzednące tłumy, często ciekawie przebrane:
I wtedy zobaczyliśmy TO. Czteropoziomowy sklep poświęcony tylko... M&M's. Tak! W sobotę przed północą, sklep wielkości hangaru, w którym można kupić tylko M&M's (i gadżety związane z tymi niezbyt smacznymi cukierkami). Szczęki nam opadły, patrząc z niedowierzaniem na ludzi ochoczo opuszczających sklep z firmowymi reklamówkami, zgodnie obwieściliśmy upadek cesarstwa rzymskiego.....
Ale, co z prezentem dla Róży, spyta czujny czytelnik. Nic nam jakoś nie odpowiadało i w końcu w niedzielę, w katedrze westminsterskiej po mszy (wspaniałej!) wypatrzyliśmy ten piękny krzyż:

Róża nawet była zadowolona, mimo że to nie zabawka. Pewnie również dzięki temu, że trochę różnych innych drobiazgów też przywieźliśmy, głównie wypatrzonych przeze mnie w second-heandach, głównie książek. Po funcie, po pół. Takie zakupy lubię chyba jednak najbardziej.

Życzę udanego weekendu, mi zapowiada się wiele emocji - jutro idziemy z Różą i Ignacym na Paula McCartneya, a w niedzielę mój pierwszy zorganizowany bieg!

1 komentarz:

  1. Byłam w Londynie, ale ciekawie poczytać, jak Wy go widzieliście. To rzeczywiście inne obserwacje, niż moje. Ja z przyjemnością korzystam z milutkiej, bawełnianej koszuli nocnej, prezentu od Was ( GreenGate, limitowana kolekcja !).
    Uważajcie na siebie na tym koncercie ! My z Alicją może posłuchamy Formacji Nieżywych Schabuff i obejrzymy pokaz fajerwerków o północy ( jeśli wcześniej nie zaśniemy :))( Dni Morza ).
    A w niedzielę trzymamy kciuki, córeczko !

    OdpowiedzUsuń