piątek, 24 maja 2013

Londyn, wiosna i my

Jeszcze nie do końca otrząsnęłam się z podróży do Londynu. Aż tak dużo znowu nie jeżdżę, raptem moja trzecia zagraniczna konferencja na przestrzeni jakichś 15 lat, więc emocje były spore.

Zupełnie nie spodziewałam się tego co zobaczę - ogrom i piękno Londynu zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Konferencja oraz hotel w którym mieszkałam w odległości 20min. spacerem znajdowały się w pięknej dzielnicy, takiej typowo angielskiej. Idąc miałam ochotę zrobić zdjęcie każdej fasadzie domu:

Moja prezentacja była wydarzeniem dość stresującym, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że omal się na nią nie spóźniłam (spóźnienie to jedno ze słów kluczy tego wyjazdu, ale to wyjaśni się na koniec) - w Anglii mamy godzinę zapasu, ze względu na przesunięcie czasowe, tylko że nie wzięłam pod uwagę tego, że mój telefon automatycznie przestawi się na czas lokalny.
No cóż, moja sesja odbywała się pierwszego dnia z samego rana. Spokojnie dopracowuję makijaż, zostawiając sobie pół godziny na fryzurę i generalną powtórkę całego wystąpienia oraz 15 min. na śniadanie. Ze stanu względnej równowagi (wszystko jest pod kontrolą) wytrącił mnie telefon od kolegi, który również w tym dniu prezentował. Gdy zorientowałam się, że jest godzina później niż myślałam sprawy nabrały oczywiście tempa. Żadnych powtórek, szybki kucyk, łyk herbaty i marsz (na obcasach).
Samo wystąpienie wypadło chyba nawet dobrze, choć jak usłyszałam  Niemców, prezentujących przede mną w nienagannym angielskim, to nogi się pode mną ugięły. Ale, zrozumiałam pytania (było nawet sporo pytań, uważam to za wielki sukces) i nawet byłam w stanie na nie zadowalająco odpowiedzieć. Plus, nawiązałam obiecujące kontakty naukowe, więc pod tym względem wszystko układało się idealnie.
Zdjęcie w stylu: przybyłem zobaczyłem, zwyciężyłem!

Pozostawało już tylko spokojnie czekać na Maćka, który przyjeżdżał następnego dnia. To miał być nasz pierwszy samotny, romantyczny weekend od ... 12 lat(!). To powinno wystarczyć.
Prawdziwa wiosna w naszym związku.
W celu zaoszczędzenia kupowaliśmy najczęściej większe porcje, do podziału

Naprawdę cudowne uczucie, gdy naszym jedynym zmartwieniem było zaplanowanie trasy, która nie musiała być idealnie dostosowana do potrzeb 6 różnych osobowości, a tylko dwu.
Poruszaliśmy się głównie na rowerach miejskich, co jest fajną opcją, ale jednak bez dzieci (nie ma w zasadzie ścieżek, po chodnikach jeździć nie wolno i nikt tego nie robi, jedyna dogodność, to to, że kierowcy wydają się być dużo bardziej pogodzeni z obecnością rowerzystów na ulicy niż w Warszawie). No i gdy nie zna się miasta to trzeba się zatrzymywać prawie co drugie skrzyżowanie, analizować mapę Londynu i konfrontować to z mapą stoisk rowerowych. Przez co nieomal nie spóźniliśmy się na przedstawienie w Globe theatre (sztuka Burza), to była szaleńcza jazda... Przeżycie świetne, mocno tradycyjne ale i odważne, można było się poczuć trochę jak gawiedź sprzed kilkuset lat. W tym krótkim czasie udało się nam zobaczyć i zwiedzić naprawdę mnóstwo, zrobić zakupy (poświęcę im następnego posta), skosztować piwa w pubie. Bardzo intensywnie przeżyty czas.



Pora na wielki finał. Finał, który sam w sobie mogłabym opisywać jeszcze na dwie strony. Ale napiszę krótko. Spóźniliśmy się na samolot. Tak. Cała seria niefortunnych decyzji, okoliczności których nie wzięliśmy pod uwagę (jak niedzielne korki, wyjątkowo długa i szczegółowa kontrola na lotnisku, itp, itd.). W ostatnim momencie próbowaliśmy jeszcze jakoś rozpaczliwie ratować sytuację - rozdzieliliśmy się, ja pobiegłam sama i był to chyba najgorszy bieg w moim życiu. Bramka była na końcu terminala, czyli jakieś pół kilometra rozpaczliwego slalomu wśród tłumów snujących się z walizkami, stojących w kolejkach. Tylko po to, żeby patrzeć bezsilnie na mój samolot, stojący z opuszczonym trapem tuż przed wyjściem z bramki, ale wyjść już nie można. Po prostu paskudne przeżycie.
Cieszę się, że Maciek też tam był, pomógł mi przywrócić właściwe proporcje temu co się przydarzyło. Pocieszał mnie też historiami o ludziach, którzy spóźnili się na samolot, który się rozbił. Mnie raczej interesowało, czy ktoś rozbił się w samolocie, którym poleciał w zastępstwo spóźnionego...
Oczywiście taka noc na lotnisku na ławce to też jakaś przygoda, i na szczęście mogliśmy liczyć na pomoc bliskich. Tu przede wszystkim ogromne podziękowania dla Babci, mojej siostry Karoli i Piotrka, jej chłopaka - szczególne, w sumie ledwie się zdążyliśmy poznać a tu musiał się zająć sam całą naszą gromadką (w czasie tej naszej nocy na lotnisku). Wszyscy przeżyli :-)
I mimo że byliśmy bez dzieci i tylko rozrywki, to psychicznie, fizycznie i emocjonalnie czuję się wykończona, co jest zadziwiające. Nie ma to jak życie rodzinne!
Cdn.

8 komentarzy:

  1. zdjęcia cudowne. ciekawa jestem czy to sprawka photoshopa czy londyn rzeczywiście jest taki hipnotajzing :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Gabrysiu! Na Londyn naprawdę nie trzeba Photoshopa - mam nadzieję, że jutro damy radę zrobić mały pokaz zdjęć i sama się przekonasz - założę się, że dość szybko również na żywo :-))

      Usuń
  2. Londyn jest fajny, i chętnie tam wróciłam w Twojej relacji. Emocje rzeczywiście spore;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Super!!!
    gratuluję strony naukowej i prywatnej przedsięwzięcia. Czas na następne :-)
    Fotki fajne, a spóźnienia to normalka :-)

    ściskam
    tatko Vslv

    tylko mi czasami z Dziadkiem nie wyjeżdżaj!!!!!! to jest zarezerwowane wyłącznie dla wnuków :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, to była niezła lekcja. Następnym razem nie puszczę Was razem tak daleko. Cieszę się, że dużo zobaczyliście, no i szkoda że na koniec straciliście tyle nerwów. Zdjęcia super, przypomniały mi Londyn z moich pracowitych wojaży... Jak dobrze być u siebie, w Polsce !

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie, Londyn wzięty żywcem z przewodnika, cieszę się, że mieliście czas dla siebie...!:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za miłe słowa, jeszcze coś tam mam w zanadrzu i pewnie wkrótce pokażę. Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Iza, Londyn jest PRZEPIĘKNY.
    Gratuluje udanej prezentacji, nowych kontaktów zawodowych
    Zazdroszczę romantycznego pobytu we dwoje. Matko, ja byłam z moim M właśnie jakieś 12 lat temu. No może 11, ale wówczas to już z brzuszkiem.
    Gratuluję tego, ze rodzinka się spisała i poratowała w trudnej sytuacji.
    A Tobie i Twojemu małżonkowi życzę jak najdłużej wiosny w związku!

    OdpowiedzUsuń