środa, 29 maja 2013

Pierwsza Komunia White&Black

Nie dałam rady poświęcić na tę sesję tyle czasu ile bym chciała, akurat 20 min. zanim słońce schowało się za górkę. Modelka też niezbyt chętna do współpracy, ale cieszę się że spróbowałyśmy, zdjęcia dość dobrze oddają słodko-niepokorny charakterek mojej córeczki.








poniedziałek, 27 maja 2013

W dzień Mamy

Przede wszystkim najlepsze życzenia dla mojej Mamy,
oraz dla wszystkich Mam, tak w ogóle.
To wzruszające, że to święto tak wiele znaczy przede wszystkim dla dzieci, to trochę jak z Bożym Narodzeniem.
Moje macierzyństwo, bez makijażu i "efektu glamour", w okolicznościach euforyczno-nadąsanych, z niepohamowanymi wykwitami miłości i złości, to coś co w tych dniach zdecydowanie definiuje mnie najmocniej, i jest dla mnie najważniejsze.


piątek, 24 maja 2013

Londyn, wiosna i my

Jeszcze nie do końca otrząsnęłam się z podróży do Londynu. Aż tak dużo znowu nie jeżdżę, raptem moja trzecia zagraniczna konferencja na przestrzeni jakichś 15 lat, więc emocje były spore.

Zupełnie nie spodziewałam się tego co zobaczę - ogrom i piękno Londynu zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Konferencja oraz hotel w którym mieszkałam w odległości 20min. spacerem znajdowały się w pięknej dzielnicy, takiej typowo angielskiej. Idąc miałam ochotę zrobić zdjęcie każdej fasadzie domu:

Moja prezentacja była wydarzeniem dość stresującym, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że omal się na nią nie spóźniłam (spóźnienie to jedno ze słów kluczy tego wyjazdu, ale to wyjaśni się na koniec) - w Anglii mamy godzinę zapasu, ze względu na przesunięcie czasowe, tylko że nie wzięłam pod uwagę tego, że mój telefon automatycznie przestawi się na czas lokalny.
No cóż, moja sesja odbywała się pierwszego dnia z samego rana. Spokojnie dopracowuję makijaż, zostawiając sobie pół godziny na fryzurę i generalną powtórkę całego wystąpienia oraz 15 min. na śniadanie. Ze stanu względnej równowagi (wszystko jest pod kontrolą) wytrącił mnie telefon od kolegi, który również w tym dniu prezentował. Gdy zorientowałam się, że jest godzina później niż myślałam sprawy nabrały oczywiście tempa. Żadnych powtórek, szybki kucyk, łyk herbaty i marsz (na obcasach).
Samo wystąpienie wypadło chyba nawet dobrze, choć jak usłyszałam  Niemców, prezentujących przede mną w nienagannym angielskim, to nogi się pode mną ugięły. Ale, zrozumiałam pytania (było nawet sporo pytań, uważam to za wielki sukces) i nawet byłam w stanie na nie zadowalająco odpowiedzieć. Plus, nawiązałam obiecujące kontakty naukowe, więc pod tym względem wszystko układało się idealnie.
Zdjęcie w stylu: przybyłem zobaczyłem, zwyciężyłem!

Pozostawało już tylko spokojnie czekać na Maćka, który przyjeżdżał następnego dnia. To miał być nasz pierwszy samotny, romantyczny weekend od ... 12 lat(!). To powinno wystarczyć.
Prawdziwa wiosna w naszym związku.
W celu zaoszczędzenia kupowaliśmy najczęściej większe porcje, do podziału

Naprawdę cudowne uczucie, gdy naszym jedynym zmartwieniem było zaplanowanie trasy, która nie musiała być idealnie dostosowana do potrzeb 6 różnych osobowości, a tylko dwu.
Poruszaliśmy się głównie na rowerach miejskich, co jest fajną opcją, ale jednak bez dzieci (nie ma w zasadzie ścieżek, po chodnikach jeździć nie wolno i nikt tego nie robi, jedyna dogodność, to to, że kierowcy wydają się być dużo bardziej pogodzeni z obecnością rowerzystów na ulicy niż w Warszawie). No i gdy nie zna się miasta to trzeba się zatrzymywać prawie co drugie skrzyżowanie, analizować mapę Londynu i konfrontować to z mapą stoisk rowerowych. Przez co nieomal nie spóźniliśmy się na przedstawienie w Globe theatre (sztuka Burza), to była szaleńcza jazda... Przeżycie świetne, mocno tradycyjne ale i odważne, można było się poczuć trochę jak gawiedź sprzed kilkuset lat. W tym krótkim czasie udało się nam zobaczyć i zwiedzić naprawdę mnóstwo, zrobić zakupy (poświęcę im następnego posta), skosztować piwa w pubie. Bardzo intensywnie przeżyty czas.



Pora na wielki finał. Finał, który sam w sobie mogłabym opisywać jeszcze na dwie strony. Ale napiszę krótko. Spóźniliśmy się na samolot. Tak. Cała seria niefortunnych decyzji, okoliczności których nie wzięliśmy pod uwagę (jak niedzielne korki, wyjątkowo długa i szczegółowa kontrola na lotnisku, itp, itd.). W ostatnim momencie próbowaliśmy jeszcze jakoś rozpaczliwie ratować sytuację - rozdzieliliśmy się, ja pobiegłam sama i był to chyba najgorszy bieg w moim życiu. Bramka była na końcu terminala, czyli jakieś pół kilometra rozpaczliwego slalomu wśród tłumów snujących się z walizkami, stojących w kolejkach. Tylko po to, żeby patrzeć bezsilnie na mój samolot, stojący z opuszczonym trapem tuż przed wyjściem z bramki, ale wyjść już nie można. Po prostu paskudne przeżycie.
Cieszę się, że Maciek też tam był, pomógł mi przywrócić właściwe proporcje temu co się przydarzyło. Pocieszał mnie też historiami o ludziach, którzy spóźnili się na samolot, który się rozbił. Mnie raczej interesowało, czy ktoś rozbił się w samolocie, którym poleciał w zastępstwo spóźnionego...
Oczywiście taka noc na lotnisku na ławce to też jakaś przygoda, i na szczęście mogliśmy liczyć na pomoc bliskich. Tu przede wszystkim ogromne podziękowania dla Babci, mojej siostry Karoli i Piotrka, jej chłopaka - szczególne, w sumie ledwie się zdążyliśmy poznać a tu musiał się zająć sam całą naszą gromadką (w czasie tej naszej nocy na lotnisku). Wszyscy przeżyli :-)
I mimo że byliśmy bez dzieci i tylko rozrywki, to psychicznie, fizycznie i emocjonalnie czuję się wykończona, co jest zadziwiające. Nie ma to jak życie rodzinne!
Cdn.

środa, 15 maja 2013

Uroczysty dzień Komunii...

... jest moją wielką radością! -Tak śpiewała Róża w tę piękną niedzielę, i cóż, tak było...
Niezwykle wzruszająco, pięknie, mocno przeżyty dzień.
Dziś wrzucam na szybko parę zdjęć, pewnie jeszcze jakiś porządniejszy wpis przygotuję, bo ja już właściwie myślami w Londynie - dziś lecę, o rany!




Dziękujemy wszystkim gościom!


A do tego rodzinnego zdjęcia trzeba było 3 z 4 naszych dzieci przytrzymać na siłę... Oczywiście.


piątek, 10 maja 2013

Moje bieganie (z psem)

Trochę się obawiałam i decyzji o wzięciu psa, i decyzji o podjęciu treningów biegowych (brzmi strasznie).
Efekt synergii zadziałał i w zasadzie jedno i drugie rozpoczęło się prawie jednocześnie. Już na drugi dzień, od kiedy Figa się pojawiła w naszym domu wstałam raniutko (tzn. koło 6, różnie to może zostać odczytane) i rozpoczęłam moje bieganie. W zasadzie truchtanie.

W maju nasyp wygląda bajecznie, Maciek przekonuje mnie, że w październiku też będzie mi się podobał.
Pokrótce: moja początkowa trasa to bieg żwirowanym nasypem przez ogródki działkowe, długim na ok. 800m. Tam i z powrotem to jakieś 2,5km (trzeba jeszcze do niego dobiec).
Pierwszego dnia w połowie nasypu musiałam przejść do marszu, z powrotem również.
Drugiego dnia dobiegłam do końca nasypu (wywaliłam się również na psie, obyło się bez większych kontuzji ;-), a potem przeszłam do marszu.
Trzeciego dnia przebiegłam całą trasę bez zatrzymania i byłam bardzo z siebie dumna.



Czwartego dnia odkryłam bardzo atrakcyjne przedłużenie mojej trasy przez łąki, pola i gruntowe drogi, tak że przebiegłam bez przystanku 3,5km.



Jak na razie nie wydłużam tego dystansu. Chociaż już w czerwcu mam wziąć udział w zorganizowanym biegu, na dystansie 5km... - Samsung Irena Women's run. Maciek mnie namówił zachęcił, przekonując, że w ten sposób nie stracę motywacji do treningów. Wydaje mi się, że i tak bym nie straciła, ale niech będzie.

Mój bieg na krótszym dystansie zajmuje mi około 20min. a na dłuższym 30min., więc nie jest to jakieś wielkie obciążenie, udaje mi się wyjść pobiegać tak 2-3-4 razy w tygodniu. Ze wstawaniem nie mam problemów, może większe z kładzeniem się. To znaczy padam z nóg już po 21 i z wolnego wieczoru dla siebie nici...

I jeszcze słowo o psie. Figa okazała się naprawdę świetną biegaczką - chętnie i równo truchta do przodu, to naprawdę przyjemność biec w jej towarzystwie. Do tego całe to bieganie ma dla mnie większy sens, jeśli przy okazji robię coś pożytecznego - to chyba takie skrzywienie.
Co ciekawe Figa daje radę nawet na treningu z Maćkiem, który jak wychodzi to przynajmniej na 7km... Tylko trochę mu ucieka - nie chce wracać dłuższą drogą do domu i chcąc nie chcąc Maciek musi skracać. Właściwie to się Fidze nie dziwię. Raz w sobotę wymknęliśmy się z Maćkiem razem na trening i to był jedyny raz, gdy po bieganiu miałam zakwasy :-).


Zdjęcia z dzisiejszej sesji nie kosztowały mnie już tak dużo wysiłku - ja truchtałam w swoim tempie, a Maciek robił sprinty żeby pstryknąć. Dzięki temu ja przez całą sesję nie musiałam się ani razu zatrzymać, a Maciek się nie nudził (tylko mam tych zdjęć z 70). Zdecydowałam się je opublikować, bo mimo że niemiło zaskoczył mnie widok nadspodziewanie szeroko wyglądających nóg w kwiecistych legginsach ;-), to z przyjemnością dostrzegłam pewien błysk w oku i szeroki uśmiech. Maciek, dzięki za inspirację!

poniedziałek, 6 maja 2013

weselnie w maju

Maj miesiącem ekscytujących wydarzeń i uroczystości (co nie sprzyja blogowaniu..), hura!
Ledwie wróciliśmy z cudownego wesela mojego drogiego kuzyna Tomka, a tu już naprawdę ostatnie komunijne przygotowania. Potem, jeszcze w białym tygodniu czeka mnie podróż na konferencję do Londynu. Normalnie, każda z tych jakże miłych sytuacji wystarczyłaby, żeby urozmaicić mi jakiś cały miesiąc naprzód, ale cóż, od przybytku głowa nie boli, prawda? Kto jak kto, ale ja powinnam to wiedzieć :-)

Muchę Ignacego przerobiłam ze starego krawata - w drodze na wesele. Chyba już wspominałam, że kilkugodzinna podróż samochodem świetnie się do takich aktywności nadaje? Musiałam tylko uprosić Maćka, żeby pozwolił mi wyskoczyć po nożyczki, bo okazało się że nie zabrałam. I tak wyjechaliśmy w czasie planowanego przyjazdu na miejsce...



Hania okazała się niezmordowaną tancerką. Bezlitosną również rano - pobudka o 6.30.


Na koniec - specjalne pozdrowienia dla wujka Franka - mojego wiernego czytelnika jak się okazuje!