czwartek, 22 listopada 2012

z dziećmi w domu

Niezauważalnie bilans czasu w domu i poza domem zdecydowanie przesunął się w stronę tego pierwszego. Cóż, uroki późnej jesieni. Zimno, słotno i przede wszystkim ciemno (codziennie Ludwik stawia mnie przed pytaniem "Czemu jest ciemno?" gdy odbieram go z przedszkola, nie tak znowu późno przecież...) a więc po pracy, szkole, przedszkolu pędzimy do domu i już nie wystawiamy nosa za drzwi. Oznacza to dużo czasu spędzonego razem - gry, rysowanie, książki, gotowanie, nareszcie można się oddać tym miłym domatorskim zajęciom (i pranie, nie zapominajmy o praniu!).
Wszystko to pięknie, ale co z wrodzoną potrzebą ruchu? Zajęcia dodatkowe zajęciami dodatkowymi, jednak takie cztery wulkaniki muszą się też trochę wyszaleć. Dlatego od niedawna zawisł u nas drążek (z Lidla ;-) przede wszystkim ku uciesze Maćka, a z myślą o młodszych sportowcach wygrzebałam zaraz naszą starą drabinkę z Ikea - duet doskonały! Teraz pozostaje mi tylko negocjować w sporach o kolejność oraz długość czasu...
Jedyny minus, to że drzwi do toalety są permanentnie otwarte, co jest konieczne przy wyjątkowo intensywnych akrobacjach, czyli cały czas. Przy okazji powyższego zdjęcia zwracam uwagę na kolorystycznie posegregowane klocki lego - widzę same zalety takiego rozwiązania: 1. klocki są teraz w jednym miejscu (no, poza tymi które Lulek nosi w ręce, a nosi jakieś prawie zawsze) 2. od chwili posegregowania zainteresowanie nimi właściwie nie opada, wszyscy ciągle coś budują 3. nawet fajnie to wygląda (to właściwie było dla mnie najważniejsze ;-).
Z gatunku usprawnień funkcjonowania rodziny chciałabym pochwalić się jeszcze fantastycznym kalendarzem, który wygrałam u Mamy w centrum, jest jakby stworzony dla takiej dużej rodziny jak nasza. Bo jest to Mamy Kalendarz!

Zawisnął w kuchni, gdzie wygląda i funkcjonuje naprawdę dobrze.
Każdy ma swoją rubryczkę (mama i tata razem:-), pisak w zestawie jest zawsze pod ręką a pasek z listą na zakupy wykorzystujemy też do sporządzania list zadań. Róża została specjalistką od motywujących naklejeczek. A, kalendarz obejmuje okres od wakacji do wakacji, jak dla mnie genialnie..!
W przyszłych postach pewnie pojawi się więcej domu, w końcu to taki czas...

7 komentarzy:

  1. Ile muszę schudnąć żeby też się pobujać ?

    Dzięki za wieści,mama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No coż, już mi Ludwik jasno dał do zrozumienia "Jesteś za duża", gdy też się chciałam dopchać ;-) Ale może dla babci zrobią wyjątek...

      Usuń
  2. A więc zobaczmy...:-)

    OdpowiedzUsuń

  3. wesoło:)

    my mamy w pamięci przykrą przygodę z domową huśtawką. Nastąpiło zmęczecie materiału, ot życie i szycie, ale nie odbieram dobrej zabawy, o nie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykra sprawa... U nas już też była parę razy rączka w gipsie (i stopa w ogniu, ale to inna historia), ale przy całkiem bezpiecznych sytuacjach, pozornie. Wyznaję teorię, że tego typu sprzęty świetnie u dzieci wyrabiają motorykę i właśnie chronią przed zrobieniem sobie krzywdy. Ale wiadomo, wypadki chodzą po ludziach i mam nadzieję, że nie przyjdzie mi odszczekiwać tych słów ;-)

      Usuń
  4. Hej! Kalendarz cudowny, mi brakowałoby jeszcze jednej kolumienki. Póki co Ari mały i nie ma zajęć, podobnie Tysia, więc może, może się nada coś takiego. Muszę pomyśleć. Intensywnie:). A patent z drabinką super! Dzięki za podpowiedź, bo wykorzystam ku wielkiej radości dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalendarz się sprawdza, choć czasem zdarza się, że coś się rozjedzie, bo Mąż woli jednak technologie internetowe ;-) Ostatnio podobne rodzinne planery widziałam w Marks&Spencer, ale na rok kalendarzowy... A drabinka idealna akurat pod choinkę, dzieciaki się naprawdę cieszą!

      Usuń