piątek, 30 listopada 2012

lampy z resztek tapety

Tak na szybko wrzucam ostatnie, jesienne w tematyce zdjęcia dwóch kloszy, które wykleiłam resztkami naszej tapety z salonu, w zasadzie w jedno popołudnie. Prosty i fajny (tani) sposób na uatrakcyjnienie/ odnowienie klosza.

Jedna wisząca a druga stojąca.



W sypialni też mamy lampę z tapety (jak znajdę zdjęcie to dodam), ale z tej w sypialni. Jedynie tapeta z pokoju dziewczynek nie trafiła na lampę a to pewnie tylko dlatego, że prawie nic z niej nie zostało...
A już od jutra adwent i będę miała duuużo do pokazania  w kategorii do-it-yourself :-)

wtorek, 27 listopada 2012

stworzyliśmy manifest artystyczny

Wzorem awangardowych grup sprzed ponad wieku stworzyliśmy własne manifesty artystyczne. W ramach świetnych zajęć w naszej Dorożkarni Nie taka sztuka straszna.
Ja z Różą i Lulkiem powołaliśmy grupę Naturotechnika, a Maciek z Ignacym stworzyli Geometryzm. Hania wolała pozostać twórcą niezależnym.
W świetnie wyposażonej sali plastycznej można było swobodnie rozwinąć skrzydła, prowadzący, młody artysta z zaangażowaniem wspomagał wykluwające się pod jego okiem grupy - po porządnej dawce teorii, gdy na pokazie slajdów rozgryzaliśmy tajniki dadaizmu, futuryzmu i jeszcze paru "izmów".
Na koniec każda grupa (prócz nas była jeszcze jedna (!)) przedstawiała swoją wizję. Emocje były, tym bardziej, że wszystko czujnie nagrywała pani z radia - we wtorek (czyli dziś...) o 19.30 w I Programie Polskiego Radia będzie reportaż z wydarzenia.
Impreza jest cykliczna, więc kto z Warszawy gorąco zachęcam - tłoku nie było, a wszystko gratis... Za to doświadczenia nie do przecenienia.
Nasze manifesty pięknie wiszą na ścianie, a mnie najbardziej ucieszyły słowa Rózi "fajnie nam to wyszło"!

czwartek, 22 listopada 2012

z dziećmi w domu

Niezauważalnie bilans czasu w domu i poza domem zdecydowanie przesunął się w stronę tego pierwszego. Cóż, uroki późnej jesieni. Zimno, słotno i przede wszystkim ciemno (codziennie Ludwik stawia mnie przed pytaniem "Czemu jest ciemno?" gdy odbieram go z przedszkola, nie tak znowu późno przecież...) a więc po pracy, szkole, przedszkolu pędzimy do domu i już nie wystawiamy nosa za drzwi. Oznacza to dużo czasu spędzonego razem - gry, rysowanie, książki, gotowanie, nareszcie można się oddać tym miłym domatorskim zajęciom (i pranie, nie zapominajmy o praniu!).
Wszystko to pięknie, ale co z wrodzoną potrzebą ruchu? Zajęcia dodatkowe zajęciami dodatkowymi, jednak takie cztery wulkaniki muszą się też trochę wyszaleć. Dlatego od niedawna zawisł u nas drążek (z Lidla ;-) przede wszystkim ku uciesze Maćka, a z myślą o młodszych sportowcach wygrzebałam zaraz naszą starą drabinkę z Ikea - duet doskonały! Teraz pozostaje mi tylko negocjować w sporach o kolejność oraz długość czasu...
Jedyny minus, to że drzwi do toalety są permanentnie otwarte, co jest konieczne przy wyjątkowo intensywnych akrobacjach, czyli cały czas. Przy okazji powyższego zdjęcia zwracam uwagę na kolorystycznie posegregowane klocki lego - widzę same zalety takiego rozwiązania: 1. klocki są teraz w jednym miejscu (no, poza tymi które Lulek nosi w ręce, a nosi jakieś prawie zawsze) 2. od chwili posegregowania zainteresowanie nimi właściwie nie opada, wszyscy ciągle coś budują 3. nawet fajnie to wygląda (to właściwie było dla mnie najważniejsze ;-).
Z gatunku usprawnień funkcjonowania rodziny chciałabym pochwalić się jeszcze fantastycznym kalendarzem, który wygrałam u Mamy w centrum, jest jakby stworzony dla takiej dużej rodziny jak nasza. Bo jest to Mamy Kalendarz!

Zawisnął w kuchni, gdzie wygląda i funkcjonuje naprawdę dobrze.
Każdy ma swoją rubryczkę (mama i tata razem:-), pisak w zestawie jest zawsze pod ręką a pasek z listą na zakupy wykorzystujemy też do sporządzania list zadań. Róża została specjalistką od motywujących naklejeczek. A, kalendarz obejmuje okres od wakacji do wakacji, jak dla mnie genialnie..!
W przyszłych postach pewnie pojawi się więcej domu, w końcu to taki czas...

wtorek, 6 listopada 2012

Ludwik - 3 urodziny

Za nami naprawdę intensywny tydzień rodzinnych spotkań, świętowania, pieczenia tortów, ale o tym wszystkim za chwilę. Najważniejsze, że nasz uroczy dzidziuś numer 4 tak naprawdę nie jest już dzidziusiem tylko prawdziwym małym chłopcem.
Niesamowite, jak wielki skok się przez te trzy lata dokonał. Chwilami niezauważalnie, a chwilami wydawało mi się, że wieczorem jest już trochę inny niż rano. Może parę zdjęć obrazujących co mam na myśli?




Uwielbiam tego dzieciaka... Ale wracając do urodzin. W jego dniu wyruszaliśmy do dziadka Jurka, więc rano tylko małe rodzinne świętowanie, a prawdziwa impreza miała miejsce w sobotę.



Ludwik doskonali swój zabójczy uśmiech. Z czerwonym ninją w ręce to nawet łatwiejsze (od tej chwili Lulek wiele rzeczy będzie robił z czerwonym ninją w ręce...).
Imprezka u dziadka to poważna sprawa, w końcu ma już 9 wnuków i wszystkie się stawiły! Nic dziwnego, że mój arcyzdrowy tort piekłam dwa razy (za pierwszym razem nie został niczym posłodzony, obawiałam się, że goście mogą nie zaakceptować aż tak zdrowej wersji, co w zasadzie nie było prawdą, bo również ten niesłodki znalazł swych amatorów), za każdym razem nie urósł :-) Na szczęście dwa niewyrośnięte blaty połączone czekoladową masą potrafią osiągnąć całkiem przyjemnie wyglądającą grubość.

Atrakcją wieczoru miały być magiczne świecące różdżki, które robiliśmy razem. Pomysł znalazłam tutaj: klik. Wyszło to naprawdę fajnie - fluorescencyjne  światełka zamknięte w plastikowych bombkach i przymocowane do rurek z Castoramy robiły super wrażenie. Niestety mam trochę słabe zdjęcia, w oryginalnej wersji zostały uchwycone o niebo lepiej, więc ewentualnie tam odsyłam. A to krótka, zaimprowizowana sesja z różdżkami:






I to tyle w telegraficznym skrócie, jeśli by kto odczuwał niedosyt tematu to tutaj klik można zobaczyć jak Lulek obchodził swoje urodziny w przedszkolu. Szczególnie inspirujący jest rytuał z kulą ziemską!
Do zobaczenia!