niedziela, 28 października 2012

Przygotowania do listopada

Pogoda przygotowuje nas do zimy (bardzo gorliwie), a my końcówkę października poświęcamy na przygotowania do początku listopada. Wszystko przez naszego urodzinowego chłopca, który 1 listopada kończy już (tak, tak) 3 lata! I tak to już pewnie zawsze będziemy mieć mieszankę święta Wszystkich Świętych, wspominania Zmarłych ale i szalonych haloweenowo-urodzinowych imprez...
Wspólnymi siłami szykujemy dekoracje i zaproszenia, załączam mały obrazek:
Dzisiaj miałam też okazję przedpremierowo przećwiczyć wykonanie arcyzdrowego tortu. Ten ze zdjęcia jutro powędruje do przedszkola, chociaż Lulek bardzo się upierał żeby "w domu, i  już pokroić". Nad stroną dekoracyjną muszę jeszcze zdecydowanie popracować (nie zaszkodzi też umyć okien ;-), ale sama forma to naprawdę jedno z moich bardziej udanych dzieł. Inspirowałam się przepisami z tego (świetnego!) bloga ammniam, który odkryłam, przeszukując internet w celu znalezienia tortu bez mleka, jajek, masła i śmietany. Zamiast tego jest mąka orkiszowa, marchewka, wiórki kokosowe, masa migdałowa z kaszy jaglanej i masa czekoladowa z mlekiem kokosowym, uff...
Jeśli dzieciom zasmakuje (a są na to spore szanse, bo resztki rozeszły się od ręki), to powtórzę na sobotniej imprezie u dziadka Jurka i wtedy pokażę zdjęcia w przekroju.
No właśnie, do dziadka wyjeżdżamy w czwartek, na grób Babci Danusi przygotowaliśmy z dzieciakami taki nietypowy stroik. Wygląd jest oczywiście ważny, ale jeszcze ważniejsze zaangażowanie wszystkich, których się da ;-) Do deseczki z warsztatu dziadka przykleiliśmy (tzn. Hania i Lulek) m.in. liście i żołędzie z Łazienek i piórka z rodzinnej wsi Babci:

I ostatnia migawka z przygotowań, to malownicze szykowanie rekwizytów do zabawy na urodzinach, ale to na razie niespodzianka!
Pozdrawiamy przedlistopadowo, zimowo i trochę rotawirusowo  (ale o tym nie ma się co rozpisywać ;-)!
Z wyprawy po żołędzie. Od lewej: Monika (przyjaciółka Róży), Hania, Róża, ja, Ignacy, Lulek i Maciek

czwartek, 18 października 2012

Warsztaty z Herve Tullet

Udało się. Z listy rezerwowej trafiliśmy na warsztaty z panem Tullet, autorem kultowych, interaktywnych książeczek. Tak się składa, że żadna do tej pory nie wpadła mi w ręce, choć zachwytów się naczytałam. Była najwyższa pora.
Warsztaty odbywały się w miejscu równie kultowym, czyli w Centrum Nauki Kopernik.

Po szybkiej przekąsce (dość paskudne ciasta, raczej nie polecam...) zainstalowaliśmy się na strategicznych pozycjach na końcu sali...

Co oznaczało, że wspólne, interaktywne odgrywanie książek z autorem raczej nie było dla nas najmocniejszym punktem imprezy. Szkoda, bo pan Tullet ma duszę performera i bez trudu radził sobie z dziećmi (i rodzicami) wypełniającymi spore, jak by nie było pomieszczenie. Dał bardzo fajne przykłady jak można czytać i interpretować jego książki. Kiedy trzeba, korzystał z megafonu z naturalnym wdziękiem, urządzenie to wyraźnie onieśmielało tłumacza :-)
Z drugiej części, czyli warsztatów plastycznych wszyscy korzystali już bez ograniczeń. Każde dziecko wybierało sobie jeden kolor farby, na komendy p. Tullet pokrywając duże płaszczyzny papieru (największa konsternacja, ale i frajda, kiedy kazał rzucać pędzlami o kartkę!). Zadziwiające, jak ładne i spójne dzieło powstało!

Oczywiście do pewnego momentu. To musiało tak się skończyć... Rewelacja!
Na koniec możliwość zdobycia autografu, nawet Lulek cierpliwie czekał.

Autor poświęcał każdemu dużo czasu, hojnie przyozdabiając swoje wpisy. To nie było proste złożenie podpisu, o nie - rysunki, kaligrafowanie imion - i w końcu można mieć taką perełkę w biblioteczce:
Aha, sama książka o Turlututu świetna, jeszcze lepiej się nią potrząsa niż słynną "Naciśnij mnie"!

poniedziałek, 15 października 2012

Jesienią na wsi

Spędziliśmy wczoraj cudowny dzień na wsi, odwiedzając jak co roku rodzinę w Zarytem i w Owni (tak, tak, ładowarka "się" znalazła - Maciek jest nieoceniony ;-). To był jeden z tych od początku do końca udanych dni, o wiele łatwiej jest wtedy przywitać poniedziałek. Mam nadzieję, że też mieliście przyjemny weekend!

Piekliśmy ziemniaki, kiełbaski, chleb i nawet pianki marshmallow (amerykańskim wzorem, ale nie polecam, nasze polskie ziemniaki biją je na głowę!..)







Światło było fantastyczne, a ja dawno nie trzymałam aparatu, więc sporo tych zdjęć jest dzisiaj, lojalnie uprzedzam...






Trochę nie mogę uwierzyć, że to mój synek - Ignacy... Rany, ten chłopak dopiero niedawno skończył 3 lata (tak mi się zdaje...)!!!
Niezawodna atrakcja, czyli krowy (ale też świnie, koń, kury, itd.). Naprawdę jesteśmy na wsi. A taką kuchnię jakby mieć w domu..? Ech..


I pamiątkowe, grupowe zdjęcia. Mam nadzieję, że nie jestem postrachem rodziny! (Zapraszam do zdjęcia!)



Życzę udanego tygodnia!

czwartek, 11 października 2012

Róża na planie 2

Dawno dawno nie dawałam znaku życia, przyczyna w zasadzie ciągle nie jest zlikwidowana. Oczywiście brak czasu, ale to banalne i w sumie do obejścia jak się bardzo postarać, powód numer jeden to zaginięcie ładowarki do aparatu. A pisać bez zdjęć to jednak nie to... Barkuje mi trochę blogowania, przede wszystkim jednak brakuje mi fotografowania. Wyciągnęłam nawet swojego archaicznego Nikona na kliszę, ale rezultaty nie dość że niepewne, to jeszcze trzeba na nie długo czekać. Może w zimie coś pokażę.
Póki co zatem powspominajmy. Powód jest nawet dobry, w poniedziałek mogliśmy obejrzeć 6 odcinek Lekarzy (dzisiaj jest powtórka, o ile się dobrze orientuję), w którym Róże można przyuważyć aż 3(!) razy. Każde jej pojawienie się na ekranie to jeden dzień zdjęciowy, zobaczmy zatem jak to wygląda na planie.
Najpierw pieczołowite przygotowania: fryzura i dobór stroju.



Następnie trzeba trochę poczekać na swoją kolej. Można pogadać i trochę pomyszkować...

Filmowy brat z fascynacją oglądał serialowe akcesoria,

Róża woli zachować dystans
W końcu "nasza" scena jest kręcona coś około godziny, co przekłada się na kilkanaście/ kilkadziesiąt sekund filmu...


I tak nam cały dzień zleciał. W sumie muszę przyznać, że forma tego serialu bardzo mnie zaskoczyła, zupełnie inaczej wyobrażałam to sobie obserwując zdjęcia (tzn. gorzej :-). Za tydzień idziemy na zdjęcia do drugiej serii i chyba będę trochę bardziej onieśmielona siedząc w garderobie z doktor Alicją i Maxem :-)
Żeby tylko ta ładowarka się wreszcie znalazła (już nawet zaczyna mi się to śnić, ale bez efektu..).
Pozdrowienia!