wtorek, 28 października 2014

Strasznie zimno

Gwałtowny spadek temperatury zamraża dobre chęci korzystania z piękna kuszącego zza okien. Mimo wszystko, mimo wewnętrznego zmarźlucha i dzieci jęczących, że nie, że one nie chcą, wyruszamy. W dwie ostatnie soboty do Puszczy Kampinoskiej.
Raz wziąć udział w biegach terenowych na orientację. Przy tym okazuje się, że nie bardzo potrafię biegać po lesie na orientację - pierwszego punktu (razem z Lulkiem i Hanią) szukamy dłużej, niż przeciętny biegacz pokonał całą trasę. Przed nami jeszcze tylko 8 takich punktów... Nie poddaliśmy się i przybiegliśmy nawet przed Maćkiem (tzn. po dwóch godzinach - trasa 2 km), który co prawda trasę miał dwa razy dłuższą, ale biegł sam - dla zuchwałych -  tłumaczy się, że nie miał kompasu. Zabawa przednia, za rok na pewno biegniemy znowu.
A w tę sobotę już zupełnie rekreacyjnie. Ja z Hanią i Lulkiem oddalam się na tyle, że droga powrotna zajmuje nam 15 minut, czyli cztery razy krócej niż w tamtą stronę - prawdziwe czary. W tym czasie Maciek z Różą i Ignacym pokonują 8 kilometrów. Gdy się spotykamy nastroje bardziej niż pozytywne, choć zimno jak licho.




Dopiero na zdjęciach zwróciłam uwagę, jak się Lulek z Hanią zgrali kolorystycznie. Szkoda, namówiłabym ich do ładnego pozowania, a tak..





Figa już całkiem zdrowa biegała po lesie jak szalona. Dziś była też po raz pierwszy na bieganiu z Maćkiem - jak wróciła, to mało nie wyskoczyła ze skóry z psiej radości.


Dobrze, że Hania z Lulkiem mieli rowery, to była dla mnie dobra rozgrzewka dotrzymać im kroku.




Wreszcie spotykamy też resztę ekipy:





Hania biegnie się przywitać i się zaczyna. Prawdziwy wybuch miłości siostrzano-braterskiej.






Liczyłam na rodzinne zdjęcie, może do kalendarza, ale to wszystko co dostałam: rozmazane, niekompletne (Lulek się schował) i ogólnie, wszyscy współpracują. Chyba muszę mieć coś w zanadrzu, żeby ich przekupić - trzeba zapamiętać na następny raz.


A na sam koniec jeszcze fotka z dzisiejszej drogi do przedszkola - rowerem. Mróz i szron, a nam było wesoło i całkiem ciepło. Dla Lulka genialnym rozwiązaniem okazała się wełniana peleryna, którą sobie ostatnio upolowałam w szmateksie (zrobiona w małej manufakturze pod kołem podbiegunowym!), pięknie opatula, grzeje i nie zsuwa się jak koc. Mnie herbata z imbirem i kawa z kardamonem tak rozgrzały, że z przyjemnością przyjmowałam podmuchy lodowatego wiatru.
Trzymajcie się ciepło!


                                               ***

Aktualizacja z dzisiejszego poranka: duet rowerowy w pełnej krasie i jeszcze balonik! Towarzyszył nam Maciek i jedno i drugie to jego zasługa. Mam nadzieję, że się nie spóźnił do pracy, bo ja troszeczkę...



piątek, 17 października 2014

Nastolatka Róża i prezent od Cioci - artystki

Najwyższa pora pochwalić się jakie też cuda dostała Róża w tym roku na urodziny. W końcu minęły już 2 miesiące, od kiedy mamy tu najprawdziwszą nastolatkę (o rety!). Oczywiście z takimi nastolatkami to same problemy, ot chociażby - jaki prezent podarować na urodziny? Ciocia Marysia w tym roku przebiła wszystko i zaskoczyła nas niezmiernie prezentem, który przyszedł... mailem (dziwne jak pomyślę, że ja w wieku 11 lat nie wiedziałam nawet co to jet e-mail). Oto on:


Pamiętacie może to zdjęcie? Plakat jest właśnie nim zainspirowany. Tak to jednak bywa z wirtualnym światem, że jakoś ciężko przenieść go do rzeczywistości i dopiero niedawno zmobilizowałam się do wydrukowania go, jako samoprzylepnego plakatu w fotojokerze. No i po prostu bomba, to już kolejny raz jak nie zawiodłam się na ich jakości - gruby, piękne kolory, świetnie trzyma się ściany. Tylko dobrałam ciut za duży rozmiar i podpis "Róża" się schował. Trudno, i tak nadał formę całemu pokojowi, a już na pewno kącikowi nad łóżkiem.
Piękny jest... Marysia próbuje teraz swojego szczęścia w Kopenhadze, myślę, że świetnie się wpisze w tamtejszy rynek.




A, jeszcze, jakby tego było mało, parę dni po mailu przyszła prawdziwa poczta, która przynisła koszulkę z nadrukiem własnoręcznie przez Marysię zaprojektowanym, a przedstawiającym Figę! Zupełne szaleństwo.
Liczyłam, że uda mi się zrobić zdjęcie Róży w koszulce przy plakacie, ale gdybym dłużej czekała na zgranie wszystkich elementów (dobre światło, Róża pod ręką, czas, no i względny porządek na łóżku) to mogłoby się okazać, że zdążyłam akurat na 12 urodziny... Zatem tylko tak:




poniedziałek, 13 października 2014

filcowy koszyk na rower DIY w wyprawie po orzechy

Jak pewne pamiętacie, Ludwik lubi podróżować na swoim rowerze w stroju nietoperza (o czym tu). Lubi też klocki lego. A że czasem nie mógł się rozstać z ulubionym ludzikiem nawet w czasie jazdy, to podsunęło mi myśl, że przydałby mu się koszyk na rower, taki jak mój. Kiedyś miał podobny, plastikowy, ale szybko się połamał, po kolejnym upadku. Zaświtała mi więc idea, aby koszyk zrobić samemu - będzie nie tylko funkcjonalny, ale i piękny, he, he.
Nietoperz jako motyw przewodni nasuwał się sam (poza tym, zostało mi jeszcze sporo czarnego filcu po uszyciu nietoperzowego stroju...). I jak już mi przyjdzie taki genialny pomysł do głowy, to czas się nagle rozciąga w magiczny sposób i okazuje się, że w dwa wieczory mogę go zmaterializować.
Parę szczegółów technicznych - czarny filc jest typowy, cienki, więc cała konstrukcja jest z takiego grubego, około półcentymetrowego filcu, który kiedyś kupiłam w sklepie z linami i sznurami (nie wiem dokładnie do czego on służy). Mimo jego grubości (ledwie się mieści pod stopkę igły) byłam zadziwiona z jaką łatwością maszyna sobie z nim radzi. Ręcznie musiałam tylko przyszyć szelki (stary plecak) i parę końcowych detali. Wszyłam też czerwoną podszewkę zawiązywaną jak woreczek, żeby przy upadkach zawartość nie wysypywała się na ziemię.
Czy Ludwikowi się spodobał? Ba!






Sprawdza się doskonale, o czym mogę napisać z pełnym przekonaniem, bo jest użytkowany już od września. Nie miałam wcześniej okazji spokojnie go sfotografować - nadarzyła się w tę przepiękną sobotę.
Dzień jak marzenie, wyruszyliśmy więc porozglądać się za orzechami. Nic dalekiego, po prostu Siekierki, ale w ten dzień chyba każdy zakątek kraju wyglądał cudownie. Tak było i u nas.








Było wspinanie po drzewach i przedzieranie się przez krzaki. I były orzechy! Dużo orzechów, większość z naszego sekretnego miejsca, do którego nie docierają ani bezdomni, ani inni rowerzyści.




W niedzielę zajrzeliśmy tam jeszcze raz. Co prawda dziewczyny niezbyt pomagały, bardziej niż zbieraniem były zainteresowane pozowaniem w swoich kościelnych ciuszkach. Słowo daję, że nie zachęcałam ich do tych póz!






Ale i tak zapełniliśmy mój koszyk jeszcze raz. Gotowi do zimy!