sobota, 22 listopada 2014

pinata, czyli 5 urodziny Ludwika po raz czwarty

Pierwszy raz zrobiliśmy pinatę - atrakcję podpatrzoną na zagranicznych blogach i chyba na stałe wejdzie do urodzinowego repertuaru, bo okazała się gwoździem imprezy.
Przednia zabawa w gronie przyjaciół Ludwika, to była chyba ta najbardziej przez niego wyczekana. Bodajże już od wakacji dopytywał się, kiedy ten dzień nadejdzie - odpowiedź, że wtedy, gdy liście spadną z drzew nie napawała go optymizmem... Ludwik wymarzył sobie urodziny w salce zabaw, tej samej w której świętował jego najlepszy przyjaciel Milo i w której w ogóle odbywają się wszelki przedszkolne uroczystości typu Boże Narodzenie, czy Dzień Dziecka.
Salka Gagatkowo na ulicy Chłodnej to nie jest może jakiś szczyt szczytów, ale jest kameralna, ma duże okna i sprzęty akurat jak dla pięciolatków, żeby mogły się swobodnie wyszaleć. Zamówione dziewczyny do animacji nie miały zbyt wiele do roboty, więc oddawały się swobodnej pogawędce. Być może my z Maćkiem się za bardzo zaangażowaliśmy, w każdym razie nie pobrano za to od nas opłaty.
Wracając do pinaty, to jest to konstrukcja z kartonu, której najczęściej nadaje się jakiś określony kszałtt - głowy ludzika lego w naszym przypadku i wypełnia się ją drobnymi upominkami dla uczestników imprezy. W wielkim finale dzieci kolejno walą w zawieszoną pinatę aż do skutku, czyli do wysypania się zawartości. Najważniejsze, to żeby nie rozleciała się od pierwszego uderzenia, każdy powinien choć raz spróbować się z nią zmierzyć, ale oczywiście nie może być zbyt pancerna. Nasza okazała się idealna, to znaczy poległa dopiero w drugiej rundzie, gdy poziom zniecierpliwienia pomału zbliżał się do apogeum.






Poprawka, nie była idealna, gdyż jak to stwierdził Ignacy, ratowały ją tylko wykonane przez niego elementy twarz. Cóż, nie da się ukryć, że nad formą warto by jeszcze popracować, ale konstrukcja była w porządku. Wykorzystałam miękki, słabej jakości karton, który sprawdził się doskonale w swojej roli.

Było też oczywiście podejście do torta, czwarte (!). Biorąc pod uwagę liczbę moich dzieci, to tortów mam już chyba na koncie kilkadziesiąt, więc obawiam się, że lepiej już nie będzie... Przynajmniej jesteśmy już przyzwyczajeni do niewysokich (ekhm) tortów.






Były też i inne wypieki. Nic, czego nie udałoby się uratować warstwą kremu toffi (muffinki z ciecierzycy) czy cukru pudru (ciasteczka z mąki i śmietany, stanowczo zbyt długo przetrzymane w piekarniku niestety). I kolorystyka trochę nieskoordynowana. Ale to wszystko szczegóły naprawdę. Ludwik był zachwycony i nawet Hania zażądała takich samych urodzin. Zobaczymy.
A na koniec jeszcze coś uroczego - kolejny plakacik autorstwa Marysi ozdobił naszą ścianę:




Przeuroczy, czyż nie?
Idąc za ciosem, jako że dość dawno już nie fotografowałam reszty gromadki to również Hania i jej ściana:


I Róża na tle ściany, tuż przed wyprawą 'sam na sam z tatą' do Puszczy. Kurtki i czapki zmieniała ze dwa razy... Na zdjęciu wełniana czapka z Nepalu, upolowana w szmateksie:



Ignacy w tym czasie zgłębiał mroki Średniowiecza na wycieczce klasowej. A ja? Realizowałam się nad francuską zupą cebulową (taką), na zdjęciu w miseczce przed Ignacym. Następnym razem muszę wszystkich wysłać na długą wycieczkę, bo tylko Maciek z Różą ją docenili.


Trochę chaotycznie to dziś wyszło, ale tak to tutaj z reguły bywa. Postaram się być bardziej monotematyczna w kolejnym wpisie, a póki co, pozdrawiam!

piątek, 14 listopada 2014

A w Płocku spokojnie (i pięknie)

Podoba mi się to nasze stare polskie miasto - Płock. To już kolejne odwiedziny tam, tym razem z okazji Święta Niepodległości. Zaskoczyło mnie, że Płock zapraszał do świętowania nawet w naszej stołecznej gazecie - skutecznie, a reszty rodziny nie musiałam długo zachęcać.



Obchody były takie jak trzeba, bez zbytniej pompy, nie za długo. Krótka inscenizacja z Piłsudskim, chorągiewki, pieśni patriotyczne. Przyjemnie. Oddałam Hani aparat, żeby pomóc jej podtrzymać uwagę:




Ładnie, prawda? A potem obiad w rodzinnym gronie przy najpyszniejszych pierogach (Pod Strzechą) i spacer nad Wisłą.







Gdy wracaliśmy do Warszawy z niedowierzaniem słuchaliśmy wiadomości z placu boju, jakim okazał się pewien przemarsz. Dzieci nie mogły zrozumieć, że relacja jest z Warszawy. My też. Ech, szkoda słów.

W listopadzie zawsze jesteśmy w Gostyninie przy smutnej rocznicy śmierci Babci Danusi. Staram się, żebyśmy z dziećmi jakąś symboliczną pamiątkę zrobili. Tym razem był taki wianuszek, z kwiatami z lnu uszytymi przez wnuki:



Okna (i drzwi, wcześniej) w kaplicy na cmentarzu zrobił własnoręcznie Dziadek Jurek!




Oczywiście taka listopadowa wizyta jest też dobrą okazją, aby uczcić (po raz kolejny) urodziny Ludwika. Czyli znowu tort. Tym razem sernik jaglany (!), smakował, ale to ciągle jeszcze nie to (pod względem wyglądu przynajmniej)...


I na koniec niesamowite gostynińskie lasy i jeziora. Zabawa w chowanego na sto dwa. I ta jesień...! Pięknie po prostu.









piątek, 7 listopada 2014

Ludwik - pięcioletni teatromaniak

Piąte urodziny Ludwika zbiegły się z uzyskaniem przez niego odznaki teatromaniaka, czyli wiernego widza teatru Guliwer. To oznacza, że w piątym roku swego życia Ludwik obejrzał 8 przedstawień. A nawet o kilka więcej, bo nie od początku uczestniczyliśmy w akcji, no i nie tylko do teatru Guliwer chadzamy. O dziwo, bo Guliwer zrobił wspaniały gest dla rodzin wielodzietnych i udostępnił i dla rodziców i dla dzieci bilety po 5 zł! I tak lubiliśmy go już wcześniej, ale po takiej uprzejmości zostajemy dozgonnymi fanami.
Wręczenie odznaki jest bardzo emocjonujące, przed każdym spektaklem ogromny Guliwer z wielgachnym nosem zaprasza na scenę dzieci, które zebrały osiem naklejek, przypina medale, przybija pieczątkę i pozwala wybrać pacynkę ze swego wielkiego kufra. Wielkie emocje!






Oczywiście razem z Lulkiem wystąpiła też Hania.




Humory dopisywały wszystkim już przed przedstawieneim.








Specjalnie dla czytelniczek bloga przeprowadziłam krótką ankietę, które przedstawienie podobało się najbardziej. Ludwik zdecydowanie wybiera "Dzień dobry świnko!", reszta dzieciaków (i Maciek!) stawia na Alladyna, a dla mnie najlepsza była "Amelka, bóbr i król na dachu" (albo "Olbrzym", albo "Pchła Szachrajka", albo ..). Na pewno wszystkim możemy polecić płytę z piosenkami ze spektakli "Muzyczne Koziołki" - towarzyszy nam w każdej podróży, a już disco przebój a'la Prince z "Dzień dobry świnko!" jest absolutnym hitem wszystkich.

No dobrze, ale co z urodzinami. Tradycyjnie, na jednym dniu się nie kończy. Zaczynamy od kameralnych, rodzinnych obchodów i tak się pomału rozkręcamy.


Światło łaskawie nie ujawnia jaką totalną katastrofą był ten bezjajeczny tort (choć w smaku nienajgorszy). Kolejny zrobiony do przedszkola bardziej przypominał naleśnik (dowód tutaj). Jutro robię następny - pojedzie z nami do dziadka Jurka, do Gostynia. Może lepiej mi pójdzie. Ostatnią szansę będę miała przy obchodach z przyjaciółmi. Powinnam dojść do wprawy....