piątek, 22 kwietnia 2016

Co można tylko z siostrami, czyli jak było na Krecie ciąg dalszy




Uwielbiam to zdjęcie. I nie tylko dla tego, że jesteśmy na nim piękne, młode i szczęśliwe (choć nie ukrywajmy, jest to pewnie przeważająca zaleta) - ale też ze względu na jasno wypisane wartości, które, już dziś to wiem, są dla mnie najważniejsze.
Wierzcie lub nie, przy całym moim nałogowym przeglądaniu maili o tanim podróżowaniu na fly4free, nigdy bym się na tę podróż nie zdecydowała, gdyby nie to, że siostry właśnie. Nasza wspólna droga nie trwała może jakoś szczególnie długo - ot raptem te kilka-kilkanaście lat zanim poszłam na studia, ale dla stworzenia życiowych więzi wystarczy.
Fajnie teraz spędzać z Nimi czas, jako z dorosłymi kobietami. A na Krecie? Miałam niepowtarzalną okazję:
- podpatrzeć jak młodsze pokolenie (wspominałam, że jestem o około 10 lat starsza?) korzysta z facebooka i mieć ubaw po pachy;
- szykować super zdrowe sałatki z pieczonych buraków, pomarańczy itp. itd., a potem zajadać na naprędce zorganizowanych piknikach;
- zachęcać do zachowań niebezpiecznych, typu zejście ze ścieżki w dzikie, pełne węży urwiska (z reguły muszę poskramiać takie zapędy i się zamartwiać);
- czytać etykietki na kosmetykach w setnym sklepiku z naturalnymi greckimi produktami - szczęśliwie wszystkie to lubimy;
- wkraczać na pełne min tereny wspomnień, opowiadań o pracy i... tym podobne.

To ostatnie pewnie najważniejsze.
A poza tym? Tysiące ujęć, również z samowyzwalacza, które nigdy żadnej z nas nie nużą. Dla mnie to raj. W takim razie krótki przegląd. Wybrałam po jednym zdjęciu z miejsca, które odwiedziłyśmy.

Heraklion, a w nim piękne, duże, nowoczesne Muzeum Archeologiczne. I knajpka na knajpce. Ta, do której zabrały nas greckie przyjaciółki Karoli nie miała sobie równych. Małych talerzyków z wyborem lokalnych przysmaków, każdy po 2 euro wchłonęłyśmy pewnie z 10, a może i 15:


Na południe od Heraklionu obejrzałyśmy ruiny mitycznego zamku Króla Midasa (i Minotaura, znajomość mitów greckich okazała się w cenie), ale i tak najprzyjemniej było u wytwórcy lokalnych win...



Najdalej na wschód dotarłyśmy do Agios Nikolaos, zwanego greckim Saint-Tropez. Coś w tym jest, ale nie chciałabym tam się znaleźć w sezonie. Za to teraz - obrazki wprost z folderu biura podróży.




Przyznam, że tam bajkowo wygląda nawet uczelnia, na której pracuje Karola. Woziłam ją do pracy (póki nie wzięła sobie urlopu na drugą połowę tygodnia) szczerze zazdroszcząc takich widoków. Szybko zostałam sprowadzona na ziemię - pracuje w pokoju bez okien, za to z 10 współtowarzyszy i bezdusznym szefem...


Tego urlopu zazdrościły Jej wszystkie przyjaciółki, a spędziłyśmy go na zachodzie Krety - rozpoczynając oczywiście od zachodu słońca - na plaży o nazwie Falasarna. Zachodu jednak nie było, z powodu chmur nisko nad horyzontem. Tak jak nie było kolacji, na którą bardzo liczyłyśmy - ale cóż pozasezonowe podróżowanie musi mieć też jakieś cienie.



Ale, ale, po drodze przecież zatrzymałyśmy się na uroczej, małej plaży w Bali. Ja się kąpałam, a dziewczyny tylko pozowały. W tle widać nurków:


Zrobiłyśmy też sobie wyprawę na plażę Elafonissi - ponoć jedną z najpiękniejszych na świecie. Faktycznie, jest jak w raju. Wydaje się nawet, że ludzie chodzą jak po jakiejś katedrze, mówiąc przyciszonymi głosami. Efekt przestrzeni - co podniosłam aparat do oczu, wydawałam jęk zawodu - żadne zdjęcie nie odda tego uroku.



Po drodze do Elafonisi zajrzałyśmy jeszcze do wielkiej jaskini, i trafiłyśmy na Święty Graal podróżników, w miasteczku Topolia. Wszystko za sprawą miłego 26-letniego chłopaka (!), który okazał się właścicielem (a nie kelnerem) tawerny z pysznym jedzeniem i winem. Zagadnięty o to wino właśnie, najpierw przyniósł nam ... pieczonych kasztanów ("Best in Europe"). Poprosiłam zatem oprócz wina, o kasztany, ciesząc się że mamy wykupiony 20 kilowy bagaż na drogę powrotną. A zaraz okazało się, że na rodzinnej farmie chłopca (4 braci i siostra) wytwarza się też miody, sery, oliwki. Wróciłyśmy objuczone reklamówkami unikalnych specjałów, z których najrzadszy chyba jest miód z kwiatów 'Strawberry Tree' - bardzo charakterystyczny, gorzki - nie muszę chyb dodawać, że to mój ulubiony dodatek, póki się nie skończy...
A tak wygląda owa tawerna (szkoda, że dziewczyny zajęte, chętnie bym którąś wyswatała :-):


Podróż zakończyłyśmy w Chanii. I ja na tym zakończę, bo miasto samo w sobie zasługuje na osobny wpis. Ale nie jestem pewna, czy jest on tu jeszcze komu potrzebny ;-)
Być może już w porcie w Chanii się nad tym zastanawiałam:


Zdjęć własnej osoby mam w każdym razie tyle, co być może w sumie do tej pory. To też zaleta podróży z siostrami. A i mój aparat (i wieczne przystawanie na zdjęcie) nikomu nie przeszkadzał:


Pozdrawiam serdecznie i słonecznego weekendu życzę, co najmniej tyle słońca co na Krecie!

środa, 13 kwietnia 2016

pocztówki z Grecji


Kreta - jestem zauroczona! Te rośliny, słońce, widoki. I morze, przede wszystkim morze. Na gorąco dzielę się  kilkoma (no dobra, całym stosem...) najpiękniejszymi obrazkami i kładę się spać.

Dość wcześnie, ale też dość wcześnie wstaję - i biegam brzegiem kreteńskiego morza. Coś wspaniałego. Ale potem najlepsze, kąpiel w morzu. Jestem praktycznie sama na długaśnej plaży, świeci słońce i woda jest tak orzeźwiająco zimna! Myślę sobie, że gdybym była bardzo bogata mogłabym przylatywać na Kretę nawet na weekend, tylko po to, żeby móc tego doświadczyć. Niesamowicie. Chociaż zanim się zanurzę muszę sobie dodawać animuszu.

Potem najsłodsze na świecie pomarańcze, oliwki, ser, pomidory.
A dalej już właściwie każdy dzień spędzamy inaczej. Tyle  wrażeń, możliwości. Z listy "kiedyś muszę to zobaczyć na własne oczy" mogę odhaczyć chyba z połowę punktów. Chłoniemy to wszystko i jest bajecznie, po prostu. Śpiew ptaków i zapach kwiatów pomarańczy.

Wszystkiego dobrego też dla Was, gdziekolwiek jesteście.

Nie ćwiczyłyśmy tego układu :-) Siostry.

Biegam tym brzegiem - sama się nie mogę nadziwić. Kolory rzeczywiste.

















piątek, 8 kwietnia 2016

uciekam na Kretę

Ileż to razy odgrażałam się w domu - zobaczycie, ucieknę do Grecji i będę mieć spokój! Zamiast się tu użerać, będę sobie na plaży leżeć i drinki z palemką popijać.
Od kiedy rezyduje tam moja rodzona siostra Karolina (już chyba z dwa lata się uzbierało), wizja ta wydawała mi się kusząco realna.

I proszę, jestem o krok od urzeczywistnienia. Bilety na samolot wydrukowane, auto zarezerwowane, plan wycieczki zrobiony. Jeszcze tylko odebrać z dworca drugą siostrę (Marię) i w niedzielę lecimy. Wyrzuty sumienia, ekscytacja, nerwy i oczekiwania - targają mną sprzeczne emocje. Żal mi, że bez Maćka, bez dzieci. Przykro mi patrzeć na ich zawiedzione i lekko przestraszone twarze. A z drugiej strony aż się uśmiecham na samą myśl. Dziwnie.

Cały tydzień tam będziemy, wyobrażacie sobie? Ja nie bardzo. Bez obowiązków, bez zobowiązań. A jednak, a może właśnie dlatego czuję ciężar odpowiedzialności.


czwartek, 7 kwietnia 2016

nasze lalki szmacianki - w trójkowym reportażu

Ha, to się nazywa parcie na mikrofon - w przeciągu niespełna roku znowu będziemy gościć na antenie Trójki. Tak naprawdę, to o wiele, wiele bardziej lubię słuchać, niż mówić, no ale...
Akurat na temat szmacianek mam co nieco do powiedzenia, więc jeśli kto ciekawy - audycja startuje za pół godziny :-)


wtorek, 5 kwietnia 2016

Star Wars urodziny!

Uwielbiam czas przygotowań na etapie planów. W początkowej fazie burzy mózgów nasze mieszkanie wygląda jak inna galaktyka, każdy z członków rodziny ma wybranego odpowiedniego bohatera sagi, za którego się przebierze, a scenariusz urodzin jest godny najlepszego warszawskiego escape room-a!
Potem oczywiście zaczynamy się kontaktować z rzeczywistością - balonów na hel nie ma tam gdzie kiedyś, kostiumów nie będziemy jednak wypożyczać, a scenariusz trzeba mocno okroić.
Mimo wszystko jest szał.


Już się przyzwyczaiłam, że termin przesuwamy ze dwa razy - dopóki nie ma zaproszeń. Gdy w końcu Hania się zawzięła i przygotowała 24 (klasa i przyjaciółki) unikalne rysunki oraz odpowiednie kartoniki nie było już wyjścia, wszystko musiało zostać dopięte na ostatni guzik w ciągu paru dni.


Najwięcej zachodu było chyba z przygotowaniem materiałów na miecze świetlne - każdy gość miał sobie zrobić swój, na wzór tego, którym macha Ludwik na pierwszym zdjęciu. Spokojnie, internet pęka od pomysłów. Ale to co pisze się łatwo (izolacja piankowa do rur z Leroy Merlin, kolorowe taśmy klejące) przekłada się na co najmniej dwie wyprawy do specjalistycznych sklepów, budowę prototypu i przygotowanie pociętych już materiałów.
Pomysł chwycił w każdym razie, dzieciaki z zapałem konstruowały swoje uzbrojenie, pewnie w niecałe 10 minut. Jakieś pół godziny od startu imprezy wszyscy byli wyposażeni.



Poczęstunek za to jak najprostszy. Oczywiście, na pinterest można skompletować 12-daniowe menu z tortem w kształcie Gwiazdy Śmierci wieńczącym dzieło. Uważam to za brak umiaru, he, he.
Nie powstrzymywałam jednak Róży przed zrobieniem takich Tie-fighterów (krakersy, ser żółty, twaróg), inspirowanych pinterestem, naturalnie. Prawie nie ruszonych przez gości, naturalnie:



Z mniej oczywistych elementów na stole jeszcze koktajle z mrożonych truskawek i malin. Oraz specjalnie kupiony na tę okazję w Tigerze (choć od dawna miałam na taki ochotę) słój na napoje. Że nie wspomnę o niesamowitej lampie, rzucającej tę różową poświatę - też z Tigera.



To tyle, jeśli chodzi o dekoracje. A jeszcze jeden super gadżet z Tigera, który zrobił furorę i spełnił swe zadanie w 100%. Na drzwiach do naszej sypialni i pokoju Ignacego:


Pora na właściwą zabawę. I tu wielkie zdziwienie gości - wychodzimy na dwór?! Trzeba przyznać, że oldschoolowo te nasze urodziny wypadły. Najwięcej dzieje się w wyobraźni, zdjęcia nie mają szans uchwycić tego, przynajmniej nie reportażowe.

Scenariusz w skrócie był następujący:
1. Szkolenie rycerzy jedi. Czyli rundka sprawnościowa po placu zabaw (karuzela, równoważnia, i inne tego typu atrakcje) - po kolei, w wyznaczonej kolejności.
2. Trening zdolności tropicielskich. Czyli poczciwa zabawa w chowanego. Uwierzycie, że dzieciaki po 4 kolejce nie miały dość? Było już ciemno, zeszło nam to z godzinę, ale błagali żeby jeszcze raz się pobawić. Właściwie można było na tym skończyć. Ale przechodzimy do sedna.
3. Tajna misja przechwycenia skarbów Vadera. Tu było trochę bardziej skomplikowanie. Cztery drużyny. Każda na swoim wyznaczonym terenie musi odnaleźć pięć Kart Tajemnicy. Na jednej karcie jedno pytanie, arcytrudne, typu "Kto jest najlepszym przyjacielem Hana Solo?". Prawidłowa odpowiedź nagradzana kartonikiem z liczbą i działaniem. Dla wyniku należy zsumować cyfry. Otrzymany numer jest jedną z cyfr Sekretnego Kodu. Skomplikowane, wiem. Ale okazuje się, że najtrudniej było znaleźć Karty Tajmenicy - było ciemno. Pozostała część zadania poszła jak z płatka. 4. Oprócz cyfry Sekretnego Kodu każdy zespół zdobywa na koniec jeden fragment mapy z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu i wytycznymi. Trzeba go odnaleźć i wypróbować kombinacje cyfr by otworzyć zamek szyfrowy, który chroni dostęp do skarbu.

Parę zdjęć:








Co było skarbem? Po małej paczuszce ze słodyczami. Drobiazg, ale kiedy szykowałam pakieciki z Hanią, Lulek się rozpłakał: "-Dlaczego nigdy nam nie kupujesz takich batoników??". Chodziło o to, hmm:



I tyle. Pozostawało już tylko wrócić do domu i zjeść tort. Rozpłynięty, ale nic nie szkodzi. Było super. Dobrze jednak, że koniec końców dzieci przyszedł jeden tuzin, a nie dwa...

I jak Wam się podoba? Lulek kategorycznie zażądał identycznych urodzin. Wszystko ma być tak samo. Hura, koniec z salkami!