sobota, 19 kwietnia 2014

radosna Wielkanoc - po naszemu

W tym roku wyjątkowo spędzamy Wielkanoc u siebie, w swoim gronie (prawie - będziemy mieć też przy stole Miss AWF :-), więc na luzie i bez stresu. A skoro tak, to można zaszaleć iw kuchni już przysmaki poupychane po szafkach i lodówce: przede wszystkim baby (trzy i dwa baranki) i mazurki. Bezmleczne i bezjajeczne ma się rozumieć. W drożdżowych wypiekach jajka zastępuję upieczoną dynią, ten patent wypróbowałam już rok temu i sprawdza się świetnie. W mazurkach odważyłam się zrobić masę kajmakową na mleku sojowym i wyszła niespodziewanie pysznie, karmelowa, klejąca i ciągnąca, pycha..


Ale to wszystko czeka na jutrzejszy odświętny stół, a dziś jeszcze troszkę z przygotowań.
Co powiecie na przykład na takie jajeczka?


Ale oczywiście mamy też bardziej tradycyjne - nawet bardzo, w łupkach cebuli, zdobione woskiem.



Przygotowaliśmy też własnoręczne kartki, niektóre ciut psychodeliczne. Ale z dużym zapałem (przynajmniej na początku) i najlepszymi intencjami. Mam nadzieję, że doszły, bo niestety wysłaliśmy, gdy do nas już właściwie wszystkie doszły... (znowu..)




To tyle na szybko, jutro mamy ambitne plany wyruszyć wszyscy na mszę rezurekcyjną. Może nie aż tak ambitne, bo zaczyna się o siódmej, ale zawsze.
Kończę niezbyt udanym zdjęciem rodzinnym z koszyczkami. Koszyczków nie widać, dzieci nie współpracują, miny nie jak z obrazka. Ale kiedyś miło będzie wspominać, mam nadzieję. Te nasze Święta.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Figa - nasz pies ze schroniska

Dzisiaj właśnie mija rok od kiedy mamy psa. Świetna jest ta nasza Figa naprawdę. Właściwie to nie wiem kiedy postanowiliśmy, że jeśli będziemy mieli psa, to bezdomnego. Może od kiedy Marysia, moja uzdolniona plastycznie siostra obroniła dyplom - opracowanie akcji społecznej zachęcającej do przygarnięcia właśnie takiego psiaka ("Pies na księżycu", ładnie opisany np. tutaj). Nas w każdym razie zachęciła.
Figę poleciła nam wolontariuszka współpracująca ze schroniskiem - z grubsza wyjaśniłam o jakiego psa nam chodzi, ona przysłała zdjęcie i już po paru dniach jechaliśmy po naszego psa.
Róża to główny duch sprawczy całego zamieszania, niżej na pierwszym zdjęciu w domu:



I rzeczywiście Figa pasuje do nas idealnie, przede wszystkim ma niezmierzone pokłady cierpliwości. Objawów miłości jej nie brakuje, szczególnie Hania uwielbia ją miętosić...:


Ciężko znaleźć zdjęcie Figi bez Hani w pobliżu...




Tak, Hania ciągle nie ma dosyć, z Figą bywa różnie ale poza rozpaczliwym szczeknięciem inaczej tego na szczęście nie okazuje. Znosi wiele z godnością.



Przy tym, jak na rasowego kundla przystało ma w sobie sporo prawdziwej, psiej natury. Lubi się włóczyć, biegać, nawet na wielokilometrowych dystansach. No właśnie, jestem pewna, że z mojego biegania nic by bez Figi nie wyszło, mijane biegaczki wręcz mi jej zazdroszczą.
Również przy rowerze świetnie biega, tylko zawsze musi prowadzić.


Tak, nasza Figa jest świetnym towarzyszem, również i w dalszych wyprawach - uwielbia na przykład (i doskonale znosi) jazdę samochodem, nawet bardzo długą.



Czy nie ma wad? Oczywiście ma, kto ich nie ma. Nie znosi innych psów. No po prostu żadnych, małych, dużych, starych, młodych - schroniskowa weteranka. Nie aportuje, niczego, ku rozczarowaniu dzieci.
No i wyleguje się na kanapie, łóżkach, fotelu, gubiąc na wiosnę stosy sierści.
Ale wybaczamy. Dobrze, że jest z nami.


poniedziałek, 31 marca 2014

biegasz czy kibicujesz?

W ten weekend ja tylko kibicowałam, półmaraton to jeszcze zdecydowanie nie dla mnie.


Ale kibicowanie z wesołą gromadką to też pewne wyzwanie i niemały stres.Mamy to szczęście, że mieszkamy w okolicy trasy różnych biegów, przy tym na tyle daleko od mety, że zdążymy się z dzieciakami doturlać zanim Najważniejsza Osoba będzie biegła.



Czyli trzeba wszystkich zmotywować do wyjścia, zadbać o zapełnienie brzuszków i nastawiać rosół. Phi!


(swoją drogą też już zaczęłam trening biegowy, mój bieg już w czerwcu)

środa, 26 marca 2014

pudełko zwane wyobraźnią

Wczoraj pomagałam Ignacemu w lekcjach i sporo pracowaliśmy z tym (tytułowym) wierszem Herberta. A wieczorem Ludwik postanowił przemienić się w nietoperza. Wyciągnął strój, który mu uszyłam ponad rok temu i zażądał zamiany go z piżamką, już wtedy włożoną.
Tak mi się to wszystko poskładało, że rano, zamiast pośpiesznie szykować się do wyjścia sięgnęłam po aparat.
Przypomniałam sobie rolę i siłę wyobraźni (spóźniłam się tylko o 5 minut).






sobota, 22 marca 2014

marzanna: rozpoczynamy wiosnę!

"Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, w wodę cię wrzucamy i wiosnę witamy!"


Taką wiosnę to ja rozumiem! Jak sobie przypomnę zeszły rok, brr... No ale w tym roku mogliśmy w pełni kultywować pogańskie obrzędy. Mieszkamy tak blisko Wisły, aż dziw, że pierwszy raz poszliśmy topić Marzannę. Kto wie, może taka piękna wiosna nie powtórzy się szybko.
Pojechaliśmy na rowerach, Figa była przeszczęśliwa.


I tu jak zwykle wyprzedziło wyobrażenia. Ludwik postanowił sprytnie ominąć kłopotliwy moment ustalania kto właściwie ma Marzannę wrzucać i zanim ktoś zdążył pisnąć już raźnie płynęła...


Maciek bohatersko uratował zimową pannę i można było procedurę powtórzyć. A potem jeszcze raz. Aż wreszcie daliśmy jej odpłynąć.




Ludwika brak, bo się pogniewał, że ktoś śmiał poprawiać jego wyczyn

A potem rozpoczęliśmy piknik. Wiosna się zaczęła.


Na fali akcjo 'embrace camera' użyłam funkcji interwałów w aparacie - fajna sprawa!







czwartek, 20 marca 2014

Embrace camera, czyli obiektyw na mamę

Gdy dwa z trzech ulubionych amerykańskich blogów ogłaszają fajną akcję, to naprawdę żal się nie przyłączyć. I chociaż u nas to nie Ameryka, to idea stojąca za inicjatywą jest jak najbardziej słuszna i u nas.
Chodzi mianowicie o takie mamy jak ja (my?) uwielbiające fotografować codzienne chwile swojej rodziny, utrwalać te wszystkie drobne przebłyski szczęścia i po prostu życia. Dla przyjemności oglądania, dla wzmacniania wspomnień.
Otóż tak się składa, że w tych wszystkich fantastycznych momentach brakuje nas - jesteśmy, tylko po drugiej stronie. Zawsze przeczuwałam, że to ważne żeby dać również siebie uchwycić, choć niejednokrotnie trudne, poczynając od dylematów co do wyglądu poprzez trudności techniczne. Ale warto, również, a może przede wszystkim dla naszych bliskich. W końcu ta codzienność nie jest nam dana na zawsze. I choć to trochę smutne, to właśnie taka tragiczna historia stoi u źródła całej akcji, o czym można sobie poczytać na blogu robiącej niesamowite zdjęcia Ashley Ann. Razem z Ashley rozkręciła wszystko nie mniej niesamowita Emily.

W takim razie moje próby wskoczenia przed obiektyw.
Postanowiłam utrwalić dość intensywne popołudnie, jakie jest moim udziałem w większość czwartków. W ten dzień dowożę Hanię na zajęcia z akrobatyki do Pałacu Młodzieży i sama też się muszę nieźle wtedy nagimnastykować, choć raczej mentalnie.
A więc - najpierw muszę się urwać po angielsku z naszego seminarium zakładowego (najczęściej dość nudnego, tak jak dziś na przykład; konieczność przedwczesnego wyjścia chroni mnie skutecznie przed drzemką). Następnie pędzę po Hanię, pokonuję tę drogę w drugą stronę już z Hanią, znowu wracam po Ludwika (jego przedszkole jest blisko mojej pracy) i z Ludwikiem pędzimy znowu po Hanię. Wszystko w godzinach szczytu.
Dziś był większy luz, bo Hanię odbierał Maciek, a ja mogłam się zrelaksować na zebraniach u Ignacego i Róży. Ale to już inna historia...
Zdjęcia trudno było zrobić - ze względu na pośpiech. Oraz przechodniów, którzy trochę dziwnie patrzyli. Nie umiem się też powstrzymać od uśmiechu. Więc nie jestem z rezultatu zadowolona. A może by tak co tydzień (miesiąc) powtarzać podobną próbę? To jak, przyłączycie się?



Nie mogłam się powstrzymać...


Zajęcia zaczynają się o 16.10 (na zegarze 16.15 - aparat do torby i gazu)

Warszawska ulica, modnie prawda?

piątek, 14 marca 2014

Prezent dla Mila

Pierwszy raz odważyliśmy się podarować prezent DIY, czyli zrobiony samodzielnie. Milo to najlepszy przyjaciel Ludwika i zasługiwał na coś specjalnego. Instrukcję (czy raczej inspirację, bo właściwie nic skomplikowanego tu nie ma) znalazłam w książce mojej ulubionej soulemamy: The Creative Family.

Myślę, że wyszło całkiem fajnie, nie idealnie i tak powinno być. Ludwik pomagał (naciskał pedał maszyny i poukładał kredki) a Milo docenił podarunek.
Chciałabym częściej wplatać takie drobiazgi w nasze życie, dzieciaki też - wszystkie zażądały takiego samego pokrowca...