niedziela, 1 marca 2015

Paryż: dzień drugi

Dzień drugi i jedyny, który od rana do wieczora spędzamy w Paryżu. Poświęcamy go na intensywne zwiedzanie.
Ale ranek rozpoczynamy parysko - w małej piekarni-restauracyjce Coquelicot (godna polecenia, a kilka uroczych papierowych podkładek pod talerze z mapą Montmarte zabrałam do okładania książek od francuskiego), którą mamy tuż za rogiem. Kolejne ćwiczenie z francuskiego dla Ignacego: musiał sam zamówić dwa croissanty, soki pomarańczowe, bułeczkę i cappuccino (15 euro). Zaliczone.


Metro z przesiadką pokonujemy już też jak bywalcy. Świetnie się nim przemieszcza, ani razu nie mieliśmy problemu z pomyleniem stacji, czy kierunku.


Cel to monumentalne Muzeum Historii Naturalnej (Museum national d'Histoire naturelle). Propozycja Ignacego (Róży zależało tylko na Mona Lizie, jeśli chodzi o muzea), co do której początkowo byłam sceptyczna, bo myślałam, że Paryż to raczej sztuka, a przyroda to Londyn. Szybko zrozumiałam swoją ignorancję. Muzeum po prostu powala na kolana, jeśli mogę tak powiedzieć. Chyba wszystkie możliwe gatunki zwierząt, pieczołowicie wypchane lub inaczej zrekonstruowane. Pora na zdjęcia.











Ciekawa jestem jak kreacjoniści reagują na takie miejsca, teoria ewolucji wydaje się nie do podważenia...
Jedynie Różę cała ta różnorodność życia nieco znużyła, na szczęście miałam ze sobą notes, w którym mogła sobie szkicować, podczas gdy ja z Ignacym pokonywaliśmy kolejne piętra tego niesamowitego gmachu.
W sklepiku zakupiliśmy dla Hani orangutanka przytulankę (Ludwik oczywiście uważa, że każda okazja jest dobra by zdobyć kolejny, upragniony zestaw lego..), a i Różyczka zdążyła się nią nacieszyć. Do tego, musieliśmy ją (Różę) przekupić przejażdżką na francuskiej karuzeli, żeby zechciała zajść jeszcze do pawilonu paleontologicznego, bo myślała już tylko o Subwayu... Karuzela śliczna, więc w głębi duszy byłam zadowolona.




Dobrze, że tego pawilonu nie odpuściliśmy, bo była by to zbrodnia. Szkielety wszelkich możliwych stworzeń w przepięknym świetle wpadającym przez olbrzymi okna. Samograj fotograficzny.












A na tym zdjęciu leniwca dostrzegam Ignacego!


Czy macie już dość szkieletów? Są i kurioza w formalinie:


jak i wszelkiej proweniencji narządy wewnętrzne, niektóre stylowo wyeksponowane, jak jakieś ekstrawaganckie kreacje hot-couture:


Ignacy mógłby stąd nie wychodzić, za to Róża jest lekko zdegustowana.




W końcu jednak wszyscy uznajemy, że pora coś przegryźć i znowu lądujemy w Subie. A potem dalszy spacerek, aż do Sekwany, gdzie wychodzimy prosto na most zakochanych i katedrę Notre Dame.






Nie dali się namówić na przytulane zdjęcie. Zresztą trzeba było szybko umykać, bo zdesperowane pary tylko wypatrywały, komu by tu powierzyć rolę romantycznego fotografa.
Nie mogłam uwierzyć, że pod katedrą kwitły najprawdziwsze kwiaty! W lutym? Jak to zrobili?


Pod katedrą skusiło mnie grzane wino, a dzieci gofry (trochę zmarzliśmy, gdyż po drodze zaliczyliśmy jeszcze słynne lody berthillon, oj, ale warte tego były...). Nie mniej kuszące wydawały się krzesełka. Zbliżała się szósta i musieliśmy powziąć jakieś decyzje co dalej, niestety byliśmy już dość wykończeni. Luwr miał być punktem obowiązkowym, ale jakoś wszyscy straciliśmy zapał. Postanowiliśmy się tam w każdym razie przejść i chociaż z zewnątrz zobaczyć.




Ciekawostka - po drodze minęliśmy sklep, w którym można kupić żywe .. szczeniaki i kociaki. Ignacemu zaświtał genialny pomysł na biznes - najtańsze pręgowane koty kosztowały 500 euro...


No dobrze, ale w końcu dotarliśmy do tego Luwru, i to tak pechowo, że najpierw musieliśmy całą jego długość minąć. Zupełnie nas to zniechęciło, ciągnie się chyba na pół kilometra!
Postaliśmy więc sobie trochę na placu, pośmieliśmy się z turystów (obowiązkowa poza - udawać, że trzyma się za czubek dach piramidy; ewentualnie z patykiem do selfie), no bo my jesteśmy przecież o wiele bardziej wyrobieni ;-).
Trochę mi żal było tego Luwru, mamiłam dzieciaki bogactwami kultury, które mamy na wyciągnięcie ręki. Ale nie chciałam też być takim wycieczkowym kapo, zresztą sama też już byłam zmęczona, szczerze mówiąc. Skapitulowałam. O dziwo jednak nikt nie wzbraniał się przed luwrowym sklepem, dobre i to, pomyślałam. Można się napatrzyć na słynny uśmiech. A jakie książki!



I co? Okazało się, że sklep rozbudził chęć na więcej. Opór materii osłabł i postanawiamy odważnie, że idziemy! Nie myślcie, że było za późno, w środy Luwr jest otwarty do 21:30. I to była genialna decyzja - żadnych kolejek, przestronne wnętrza wręcz pustawe, z pasjonatami szkicującymi detale z obrazów. Zamarłam z zachwytu.


Zaraz też na początku natknęłam się na obraz, który przeniósł mnie ponad 20 lat wstecz - przypomniałam sobie, jak odtwarzałam go z kiepskiej reprodukcji na lekcję historii. Wzruszenie.


Ale właściwie przed każdym obrazem miałam ochotę przysiąść i podziwiać. Choćby takie detale:

lub coś tak bajkowego:


A, gwoli wyjaśnienia, z Ignacym i Różą rozstałam się na początku, mieliśmy się spotkać przy wyjściu przy szatni. Stety lub niestety, natknęłam się na nich tuż przed Mona Lizą. Rozchichotani, w galerii malarstwa włoskiego..!


I z czego ta Róża tak się śmieje? Próbka dowcipu gimbazy: "-Ojej, upuściliśmy dzieciątko Jezus, co robić? - Nie wiem, pomódlmy się, może nic się nie stanie...". Rozumiecie mnie?

Za to miny tych moich dzieci po zetknięciu z arcydziełem wydały mi się chyba bardziej interesujące, niż sama heroina, Ot, matka.



Dość szybko pożegnałam moją upiorną parkę i ruszyłam na poszukiwanie impresjonistów, młodzież bardziej interesowały sale egipskie.


Do impresjonistów nie doszłam. Za dużo pokus po drodze. A ostatnie 15 minut spędziłam (sama w sali!) w takim pełnym gracji towarzystwie (rozmiary gdzieś o półtora razy większe, niż przeciętni śmiertelnicy):


Jakie tam się jeszcze skarby kryją w tym Luwrze... Na pewno trzeba będzie sprawdzić. I wieczorne zwiedzanie to naprawdę świetna opcja. Tylko jeśli wczoraj wieczorem ledwie powłóczyliśmy nogami, to dla naszego stanu z drugiego wieczoru nie mam nazwy...
Dacie jeszcze radę przebrnąć przez dzień trzeci? My daliśmy!