środa, 12 października 2016

jesienne ogniska

Jesienne ogniska na polach, jesienne piece. W jesienne weekendy zaciągnęło nas na wieś. W odwiedziny - do rodziny Maćka, i na Święto Michała do Hrubego.
Dotyk, węch, smak - miasto nam tego nie da. Chociaż z pewnością jest łatwiejsze, zwłaszcza w tych strugach deszczu, co już od tylu dni. Więc również na rozweselenie - trochę wiejskich obrazków.

Wrócić z lasu z pustymi rękami? To by było marnotrawstwo.
 











Gdy wszyscy siedzą za stołem, Ludwiczek na ganku, z kotkiem pod pachą pracowicie kaligrafuje. Zapał tego dziecka zadziwia nas. 
To było Zaryte i Ownia. To jeszcze wspomniany wcześniej Grzybów - wcześniejszy i słoneczniejszy.





To już nasz trzeci raz w Grzybowie, ale ciągle nie potrafimy się oderwać od innych atrakcji na czas, aby zdążyć upiec własne chlebki. Tym razem zostało dla nas tyle, dobre i to.







Jak zaczęłam tak i kończę. Szkoda, że tych weekendów, i tego czasu tak mało. Ale cóż, trzeba korzystać z tego co się ma. Czego sobie i Wam życzę!

wtorek, 20 września 2016

Jak szyłam kapę

Nie ma co odwlekać, zapowiedziałam, że kapę pokażę (a nawet dwie) - to proszę bardzo.

Motywacja: łóżko jest dziecku o wiele łatwiej pościelić i przykryć, gdy stosowna kapa jest odpowiednich rozmiarów i na tyle gruba, że się nie fałduje. Gdy nie trzeba jej odpowiednio składać do wymiaru i wciskać w szczeliny dla lepszego mocowania - bo to perfekcyjnie robi tylko mamusia...

To znaczy Ludwik radził sobie z tym zadaniem nawet nieźle: starannie podwijał nadmiarowe końce koca pod spód i układał porządnie na swoim łóżku (to muszą być rezultaty montesoriańskiego chowu przedszkolnego). Ale po co się ma dziecko męczyć - tym bardziej, że od dawien dawna zalegał mi w szufladzie kawał pięknego szwedzkiego materiału upolowanego na allegro, z przeznaczeniem na kapę właśnie.
Zrobiłam więc najprościej jak się da: kocyk przycięłam na wymiar - gruba, trochę sfilcowana wełna (ze szmateksu!) nie strzępi się, więc nie trzeba obszywać; a na niego naszyłam przyciętą szmatkę. Phi!
Jedyne utrudnienie, to konieczność dosztukowania łaty w miejscu, w którym trzyletni ongiś Ludwiczek ćwiczył sobie paluszki (nożyczkami). Nikt by nie zauważył gdzie, prawda?




Czy dobrze się spisuje? Ba.




Rozzuchwalona tym sukcesem (jeden wieczór!) wzięłam się dziarsko za kapę Hani. O, tu już wyzwanie było dużo większe. Przede wszystkim nie miałam już pod ręką żadnego porządnego, grubego wypełnienia. No ale przecież nie będę kupować, jak z szaf się wysypuje. Zatem wypełnienie do Hani szafy powstało metodą paczworkową, a składa się na nie: stara kołderka Ludwika, ochraniacz na łóżeczko, pikowana poszewka na poduszkę i złożony kilka razy fragment dotychczasowej kapy - to jedna warstwa, a druga to złożony w pół, drapiący, nielubiany wełniany koc. Takie mam zdjęcia w ferworze prac:



I tyle ze zdjęć w trakcie, zdecydowanie wolę fotografować efekt końcowy. Wspomnę tylko, że chyba trochę przesadziłam (kto, ja?) z tym wkładem, bo całość waży ładne parę kilo. Zszywanie tego to było jak ciężka praca, szczególnie po stronie, po której wymyśliłyśmy sobie z Hanią pomponiki. Te pomponiki, to było jedyne co musiałam dokupić (12 zł.), ale przyznacie, że zrobiły cały efekt:


Całość leży na łóżku i ani drgnie, a wieczorem/rano Hania bardzo sprawnie ją sobie zwija/rozwija. Czyli jest praktyczna.



Cała kapa nie jest przepikowana, tylko po bokach, a po środku jest przeszyta metodą, którą nazywa się chyba fachowo francuską, czyli takimi supełkami, widocznymi na powyższym zdjęciu jako różowe, wystające nitki. Niestety starczyło mi cierpliwości na niecałą połowę, druga poczeka na długie zimowe wieczory.

Ale najpierw uszyję prawdziwą paczwarkową narzutę, do salonu. Mam już nawet wykrojone kwadraciki, gdzieś tak od zeszłego roku. Czekam tylko, aż Jarecka z Deszczowego Domu opublikuje swój poradnik :-).
W końcu jakąś muszę zrobić profesjonalnie, a nie tak chałupniczo.

Żegnam się zdjęciem całości. I zagadką: ile jest łóżek na poniższym zdjęciu?


.
.
.
.
.
.
.
.
Prawidłowa odpowiedź: pięć! I przykrycie każdego wyszło spod moich rąk...

środa, 14 września 2016

gorący weekend: wizyta Ikea i...

... i w ogóle, dużo się działo. Ale nie ukrywajmy, cały poprzedni tydzień to minął mi głównie na nerwowych przygotowaniach do TEJ wizyty.
Może najpierw parę słów, jak właściwie do niej doszło: gdzieś tam na początku wakacji, przeglądając stronę Ikei zwróciłam uwagę na konkurs pt. Pokoje dla dzieci. Zdjęcia miałam, bo pokoje akurat w tym roku tutaj pokazywałam (Pokoje dla braci i sióstr), więc dodałam. Dziesięć zgłoszeń ma być nagrodzonych stuzłotowym bonem, to nie zaszkodzi spróbować.
Jakie było moje zaskoczenie, gdy na początku września odebrałam telefon, od pani fotograf jak się okazuje, która zaproponowała, że chciałaby u nas zrobić sesję do cyklu "Z wizytą u klubowiczów". Że co?!

No dobra, nie będę się tu krygować - ta oferta wydała mi się wielce nobilitująca. No bo zaraz, jak wiele znam osób, u których Ikea robiła zdjęcia?? Może nie jesteśmy mistrzami porządku, ładu, czystości i katalogowej perfekcji. Może i jest u nas ciasnawo, a i środki na urządzanie raczej należą do tych przeciętnych. Ale, ale, nasz dom jest piękny i ciekawy - i nawet profesjonalistka tak uważa!
Pełen samozachwyt, o który w moim przypadku nie trudno... Samozachwyt, bo jednak mimo tych wszystkich ograniczeń o których piszę, urządzanie domu to jeden z najbardziej pociągających mnie tematów. Małe wyznanie: parę lat prenumerowałam Elle Decoration, a na wyprzedażach najbardziej interesuje mnie dział: dom.
Czyli, podsumowując, ucieszyłam się. Najbardziej chyba na te zdjęcia i wiążącą się z nimi niespodziankę (jeszcze ciągle nie widziałam).

Przydługi wstęp, ale teraz rozumiecie motywację wstrząsu, jaki to wydarzenie wywołało w naszym domu. Rodzina początkowo zareagowała niedowierzaniem i umiarkowanym entuzjazmem. Który dość szybko przeszedł w stan: niech ta wizyta się już wreszcie odbędzie. Ile można słuchać panicznych okrzyków "TO zobaczą miliony Polaków!!!", czyli wystające zewsząd papiery, klocki, ubrania, gazety. Zaczęliśmy więc jak należy, od pośpiesznych porządków - zmierzyłam się w końcu z dziewczynkami z setką i ch pudełeczek, każde otrzymało etykietkę (próbka? proszę bardzo: wisiorki, bransoletki, koraliki do naprasowania, kredki woskowe, kredki pastelowe, kredki akwarelowe, ołówki, długopisy, mazaki, akcesoria do szycia, szablony, skarby,....) i trafiło na swoje miejsce, uff. Potem musiałam podjąć ciężką decyzję: czy pomalować ponownie podłogę w kuchni, czy może posegregować ponownie milion klocków lego, czy jednak uszyć kapy na łóżka Hani i Ludwika? Co byście wybrały...? Tak, trzecia opcja wydała się najbardziej pociągająca. I udało się, dzień przed maszyna została schowana, ślady uprzątnięte, a kapy na łóżkach. Poświęcę im osobny wpis, bo ten chciałabym jednak opublikować w tym tygodniu.

Plusów zatem całe mnóstwo, do mniej oczywistych zaliczam jeszcze wyszorowane przez dziewczynki ich białe łóżko, oraz odnaleziony prezent dla Maćka, walentynkowy (ekhm).


Wszystko to bardzo ciekawe powiecie, a co z samą wizytą? Zupełnie przeciwnie do przygotowań, czyli spokojnie i przemiło. Pani fotograf najpierw sobie z nami pogadała przy herbacie, cierpliwie wysłuchując rodzinnych dykteryjek. Potem nam robiła portrety rodzinne. W trzech miejscach (kanapa, balkon, fotel) i to dopiero była gratka. Dzieci cierpliwe jak złoto, na powtarzanych mnóstwo razy ujęciach siedzą i się uśmiechają! Mówię Wam, już choćby dla tego było warto. I jak to przyjemnie, gdy to nie ja musiałam się gimnastykować przy aparacie i zachęcać. To wszystko razem zajęło ze dwie godziny, a potem były już zdjęcia wnętrz, z dzieciakami głównie. My z Maćkiem siedzieliśmy w kuchni i trochę się nudziliśmy, czasem troszkę tylko podglądając.


Fajnie tak było. Ale jeszcze przed końcem musieliśmy wyjechać z prowizorycznym obiadem (niezawodny makaron), żeby płynnie przejść do kolejnego tego dnia wydarzenia, czyli biegu Color Run.

***

Bilety kupiłam jeszcze w czerwcu, pamiętając frajdę dziewczyn z poprzedniego razu. 
Nie można było odpuścić.



Ja niestety akurat nie mogłam pobiec, więc przekazałam koszulkę przyjaciółce Róży. I trochę im zazdrościłam, fajny jest ten bieg.





***

Na drugi dzień, po doszorowaniu dziewczynek całkowita zmiana dekoracji: komunijna sukienka, wianuszek - wszystko szykowane w pewnym pośpiechu, żeby zdążyć na poranną mszę, na której byliśmy świadkami udzielenia trzech sakramentów pewnemu starszemu panu (chrzest, bierzmowanie i komunia). Hania zgłosiła się do asysty, za co jestem jej wdzięczna, bo to było niezwykłe przeżycie.


Później miałam świetną okazję, żeby na spokojnie porobić Hani zdjęć, bo przy jej Komunii jakoś ciągle nie było kiedy.








Mamy wreszcie na Siekierkach kawiarnię z prawdziwego zdarzenia: Sorelle

To taka mała próbka. Bo to jeszcze nie koniec!

***

Po obiedzie jeszcze jedno wydarzenie, na którym nie mogło nas zabraknąć: Święto Siekierek, już piąte!
Oprócz tradycyjnych atrakcji, takich, czy owych...



... jest też zawsze Kulturalna Wyprzedaż Garażowa. W tym roku zakończona dużym sukcesem: wielka torba niechcianych, nieczytanych, takich tam książek (żegnaj Franklinie, nie będę raczej tęsknić) zamieniona na całe 120 zł. O tak.


A wieczorem, kameralna orkiestra. Co to się działo...




I tak to tańcowaliśmy w ten weekend. I wierzcie mi lub nie, ale tematów nie wyczerpałam. A tu już następny weekend za pasem...?!