piątek, 29 sierpnia 2014

długie wakacje

Nasze wakacje, długie niczym wąż boa, albo pyton. Trzymaliśmy razem, ale i tak się nam wyślizgnął. Emocji całe mnóstwo, będzie co wspominać.


A już od poniedziałku... Życzymy (sobie) powodzenia!

piątek, 22 sierpnia 2014

nadmorskie place zabaw

Place zabaw inne niż te, do których przywykliśmy w Warszawie. Oczywiście wysypane piaskiem i oczywiście z drewna, ale jakie pomysłowe. Spędziliśmy na nich sporo czasu, okazuje się że belki drzewa i sznury mogą zapewnić godziny świetnej zabawy.
Swoją drogą, z mojego dzieciństwa najlepiej wspominam huśtawkę zawieszoną na drzewie - po prostu patyk na linie i pełen emocji skok z gałęzi. Potem "nasze drzewo" ścięto pod nową ulicę, już nigdy tak dobrej huśtawki nie spotkałam, choć pewna słabość do bujających się lin mi pozostała...




Genialna zabawka, wyglądająca dość  niepozornie, ale duże dzieci też nieźle na tym szalały



Zdjęcia powyżej zostały zrobione na nowym placu zabaw koło mojego starego domu. Te poniżej z niemieckiego placyku, dość już wysłużonego. Znowu potwierdzenie, że proste sprzęty są najlepsze - spędziliśmy na nim ponad godzinę. Bawili się wszyscy.








czwartek, 21 sierpnia 2014

Cisza na morzu

Zmieniliśmy scenografię. Chłodna uroda Bałtyku wymaga dużego hartu ducha aby ją w pełni docenić, ale co by to były za wakacje bez Świnoujścia. Wyciskamy z wakacji ile się da, jeszcze tydzień.











wtorek, 12 sierpnia 2014

Bułgaria do-it-yourself

Długo dyskutowaliśmy cel naszej pierwszej dalekiej podróży - chcieliśmy żeby było nie jakoś kosmicznie daleko (około 1-2 tys. kilometrów...), ciepło, również w morzu i raczej pustawo i dziko. To dość typowe marzenia mieszkańca bloku z dużego miasta, przy czym wbrew trendowi mniej za więcej oczekiwaliśmy mniej za mniej. Nie umiałam znaleźć nic ciekawego w Chorwacji, więc padło na Bułgarię.

Domek letniskowy, który wyszukałam wydawał się spełniać te oczekiwania idealnie - usytuowany w rezerwacie przyrody u ujścia rzeki Kamczii, w promieniu kilometra żadnego hotelu. O okolicach tych nie wspomina ani przewodnik Lonely Planet, ani żaden inny, który miałam w rękach, co wzięłam za dobrą monetę. Na miejsce przybyliśmy już po ciemku i dość szybko zrzedła mi mina, gdy uświadomiliśmy sobie, że nasz piękny domek przy plaży o wdzięcznej nazwie Romantika należy do dość rozległego i popadającego w ruinę ośrodka kempingowego. Coś jak paskudny kemping blisko plaży w Świnoujściu. Już widziałam te poranne tłumy zmierzające od rana w stronę morza, po to, by uzbrojone we wszelkie akcesoria plażowicza wywalczyć swój skrawek miejsca na piachu jak najbliżej linii brzegowej - czyli to, czego tak bardzo unikamy w moim rodzinnym mieście. Rozpacz. Szybki nocny wypad na plażę tylko mnie utwierdził w tych obawach, gdzieniegdzie majaczyły namioty i obozowiska turystów koczujących na plaży. Staraliśmy się pocieszać, że zobaczymy jak to będzie wyglądać rano, tym bardziej, że bliskie morze tak pięknie i uspokajająco szumiało.

Rano, od razu po obudzeniu biegiem do okna, z którego widać kawałek plaży i morza. Pusto. Na drodze przebiegającej obok domku też nie widać procesji - ledwie pojedyncze osoby. Niesłychana ulga. Nie przeszkadzają już odrapane mury, pustostany porosłe zielskiem, krzywe, poobtłukiwane schodki. Jest dziko! Tyle że, wygląda na to, że w Bułgarii oznacza to również, że nikt nie będzie się przejmował śmieciami, czy śmietnikami. Dobra strona (zawsze lubiłam Poliannę) jest taka, że naród nasz jawi mi się jako nacja pedantów i czyścioszków.
Las dochodzi właściwie do samej plaży, jeśli chcemy rozpalić ognisko wystarczy wyciągnąć rękę wokół siebie

Droga na plażę (widoczna z okna)
Droga do naszego domku - zajmujemy pięterko po lewej u góry
Schodki z bliska, ale kto by tam patrzył na schodki...


Nasze najlepsze znalezisko w tej podróży - leżało sobie przed drzwiami naszego domku

W domku: w oczekiwaniu na obiad
Parę razy gotowaliśmy sami, choć rachunki w restauracjach, nawet tych na plaży bardzo nas pozytywnie zaskoczyły

 ***

Krótko mówiąc wszystko dobrze się skończyło, choć dopiero teraz widzę jak ryzykowaliśmy. Tym razem było warto, choć nie było do końca zgodnie z oczekiwaniami. Jest się z czego cieszyć.

I jeszcze z zupełnie innej beczki, ale ciągle w temacie DIY. Zainspirowana tym poradnikiem z ladnebebe (nie pierwszy to raz, gdy któraś z ich propozycji wydaje mi się wyjątkowo kusząca próbuję sobie zrobić sama) skleciłam dzieciakom z kartonów z Lidla i samoprzylepnej folii z Tigera piękne stoliczki do zabaw twórczych w samochodzie. Fajny pomysł, w drodze do Bułgarii był szał i stoliczki w ciągłym użyciu (dałam radę zrobić trzy!). Z powrotem żaden nie został użyty - jak to stwierdził Maciek, dobrze że są z papieru (choć jestem pewna że jeszcze jednak nie raz nam posłużą, ot choćny w chorobie?).





 I to nie koniec mojej radosnej twórczości - przed tym wyjazdem miałam jakąś nadaktywność chyba. Dziewczynki zażyczyły sobie nowych sukienek, a ja skwapliwie dałam się namówić i dzień przed wyjazdem poprzerabiałam moje stare ciuszki. Niestety Róży sukienka się zaraz popruła, trzeba by się zabrać za poprawki, bo bardzo się jej spodobała. Za to Hania pozowała mi z sukcesem. Materiał: moja stara, jedwabna tunika (ze szmateksu, a jakże). Z rękawa akurat wyszła też idealna sukienka dla lalki.






 Potem jednak najczęściej i najchętniej Hania wracała po prostu omotana w jedwabne prześcieradło (mamy takie zielone i różowe, ciocia Karola przywiozła nam z Singapuru), które po przywiązaniu do znalezionych na plaży gałęzi służyło nam za baldachim. Też ładnie.




Jeśliby kto miał ewentualnie pytania, to chętnie odpowiem, a c.d.n. Pozdrawiam!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

nad bułgarskim Czarnym Morzem

Wróciliśmy. Wszystko co piękne kiedyś się kończy. Chociaż jak to stwierdził Ludwik "za dużo się już kręcimy" (dziś znowu chciał już się konieczne wyprowadzać, bo mu tu za ciasno - wszędzie dobrze?).

Nasza wielka podróż, po raz pierwszy tak długa i daleka może oficjalnie być uznana za zakończoną pełnym sukcesem, uf!
Trochę impresji postaram się tu jeszcze w najbliższych dniach zamieścić, a dziś tylko wrócę wspomnieniami do niezwykłych chwil w morzu. Morzu tak przypominającym z wyglądu te, które już znam (niemal od dziecka), a jednak dające niesamowite wrażenie kąpieli w najbardziej rozgrzanym jeziorze. Ciągle nie mogłam się nadziwić temu doświadczeniu. Euforia pierwszego dnia oczywiście nieco osłabła z upływem czasu, ale dziś, w nieruchawej spiekocie Warszawy dałabym wiele za jeszcze jeden skok przez fale.