piątek, 2 stycznia 2015

To będzie dobry rok!

Tytuł zapożyczyłam z piosenki, pochodzącej z albumu zespołu Muchy - jednego z najczęściej przez nas przesłuchiwanych w 2014. Czyli zaklinamy rzeczywistość, oby się udało. Jako talizman girlanda.




A zawiesiliśmy girlandę, ho, ho, w prawdziwej sali tanecznej! Nasz pierwszy bal sylwestrowy, może raczej balik. Składkowo, z sąsiadami i innymi 10 rodzinami wynajęliśmy salkę lokalnej szkoły tańca. Jedzenie też składkowe, więc stoły się uginały. Najlepsze, że kto chciał, brał ze sobą dzieci, więc atmosfera bardzo weselna. Fajnie było, bez zadęcia.
Może i muzyka trochę zbyt a'la hity lat 90-tych, i żadna z pań ewidentnie nie miała nowej, najmodniejszej sukienki (wliczając w to piszącą te słowa :-), ale bawiliśmy się chyba lepiej niż w domu. Ciekawiej na pewno.



Kreacja Hani przetrwała do dnia następnego. Reszta rodziny spędziła Nowe Rok raczej w piżamach...
Przyjemne było też przygotowywanie się do takiej zabawy - cały ten nastrój sylwestrowy udzielał mi się już od rana. Żadnej bolącej głowy, czy kolejnej kawy.
Jedna tylko mała chmurka przysłaniała radość sylwestrowego nastroju - niestety, nie było z nami Rózi. Biedaczka złapała infekcję, po tym jak dwa dni wcześniej towarzyszyła na mrozie prezydentowi, przy wygłaszaniu orędzia na zakończenie PRL-u. Serio! Tu jest filmik z tego wydarzenia klik; szczególnie początek jest ekstra - oglądaliśmy parę razy jak Róża dyskretnie, acz stanowczo usuwa kolegę, który chciał się przed nią ustawić w pierwszym planie. To dziecko ma chyba parcie na szkło...

Chciałabym, żebyśmy jak najwięcej wydarzeń w tym nowym roku przeżywali w komplecie. Może też i dlatego, że mam coraz większą świadomość, że ta pula już wkrótce  zacznie się kurczyć.
A póki co, HAPPY 2015!

niedziela, 28 grudnia 2014

Boże Narodzenie u nas

Świętowaliśmy w pełni. W wigilię we własnym, bynajmniej nie spokojnym gronie:


Widzicie co mam na myśli. Ale było przemiło.Na przykład tak:







Róża oszalała na punkcie swojego "Zniszcz ten dziennik", wykonała od razu z 10 zadań, np. typu 'zrób z tej książki but' z zatrważającą gorliwością...
W Boże Narodzenie również, domowo i całkiem na luzie. Deszcz ciągle pada, więc bez wyrzutów sumienia nurzamy się w błogim lenistwie. Śniadanie do dwunastej. Dzieci nawet do kościoła bardzo ciężko było wyciągnąć. Potem nikt nie chce jeść wigilijnego karpia i smażę naleśniki, chyba po raz pierwszy w Święta.




Choć to Święta, to chyba tylko Hania jest elegancka. No ale jak się dostało taką spódniczkę...



Za to w drugi dzień Świąt największa niespodzianka - najprawdziwszy śnieg! Na obiad ma przyjechać mnóstwo gości, ale uznaję, że indyk w piekarniku świetnie sam sobie poradzi i nawet bez śniadania wyruszamy z sankami na górkę. Zresztą Maciek został na posterunku, był już przecież na bieganiu, więc się śniegiem nacieszył,


Wracamy po dwóch godzinach, więc potem jest oczywiście odrobinkę nerwowo, ale naprawdę tylko troszeczkę. Spacer przed przyjęciem jest poza tym bardzo wskazany, przecież później aż do wieczora nie wstajemy od stołu. Bez gości przyjemnie, a z gośćmi jeszcze przyjemniej!





Uśmiech pełen zadowolenia, bo indyk upiekł się na medal.

Za to deser, który miał być gwoździem programu wyglądał jak malownicza katastrofa. Ale za rok spróbuję znowu; z pewnością ma potencjał, no i jest bardzo smaczny (kisiel żurawinowy, krem z bitej śmietany i domek z piernika).
Na koniec jeszcze zdjęcia z sobotniego spaceru w Łazienkach, gdzie sceneria po prostu bajkowa. Przepiękny ten śnieg na gałęziach, rzadko kiedy tak się długo utrzymuje - to zapewne zasługa tych niespodziewanych, trzaskających mrozów. Wszystko ma swoje dobre strony, prawda?

Do zobaczenia w przyszłym roku!






środa, 24 grudnia 2014

Wigilijny wpis

Na początek, dla wszystkich, do których nie dotarła realnie (choć tym razem byliśmy wyjątkowo punktualni - wszystko dzięki cioci Dorotce, od której kartka przyszła już chyba ze 3 tygodnie temu, a tradycyjnie pierwsza poczta świąteczna jest dla nas sygnałem, że czas szykować własne życzenia), świąteczna kartka od nas:







Jak tam przygotowania? Ja właśnie wróciłam z mojej pierwszej w życiu wigilijnej przejażdżki rowerowej, która wprawiła mnie w doskonały humor. Po ryby, żeby je przerobić na takie po grecku. Co prawda był już tylko łosoś i resztka pstrąga, ale na pewno głodować nikt nie będzie. Praca w kuchni wre od rana do wieczora.




Zresztą nie tylko w kuchni. A końca nie widać, bo i plany wciąż się krzyżują. Ot, weźmy takie pakowanie prezentów - miałam skończyć o 23, tymczasem do północy przeszukiwałam dom w poszukiwaniu paczki książek, zapobiegliwie ukrytej na początku grudnia. Nie, do dziś nie znalazłam, nie do wiary!

Zanim tymczasem wrócę do rzeczywistości, czyli tam, gdzie powinnam teraz być, jeszcze życzenia dla wszystkich życzliwych dusz, zaglądających tu z sympatią (większą, czy mniejszą :-) : Niech to grono bliskich i dalszych, którym życzycie dobrze będzie jak największe! Bo warto sobie te życzenia składać.
Wśród wielu moich bożonarodzeniowych wspomnień jet i to, bardzo wyraźne, Dziadka Zygmunta (od wielu lat już go wśród nas nie ma niestety), nestora rodu, składającego uroczyście długie i rozbudowane życzenia wszystkim członkom rodziny. I choć wtedy może czasem z niecierpliwością czekaliśmy na koniec, aby wreszcie dziadek nalał każdemu do literatki coli aż po brzegi, to jednak zapadły one głęboko w serce. A coli dziś bym za nic w świecie na Boże Narodzenie nie kupiła...

Wesołych Świąt!





piątek, 19 grudnia 2014

naście lat w adwencie

A któż to się uwija w kuchni przy piekarniku i stolnicy? Oczom nie wierzę i łapię aparat. Ignacy i Róża, nasze nastolatki, same wałkują, wykrawają, pieką - wszystko to na dzisiejsze klasowe wigilie. Fajnie tak ich zobaczyć jak współpracują zgodnie.
Trochę kłótni było tylko przy wyborze puszek, co ja poradzę, że jedną mam piękną, a drugą zwykłą. Czyli jednak jest normalnie.
Dobrze, że te naście lat wspólnego wypieku tak zaprocentowały. Tylko kto ich nauczył takiego równego układania pierniczków na blasze? Na pewno nie ja.







Zdjęcie w tle powyżej, to zgodnie z naszą małą tradycją zdjęcie urodzinowego dziecka. Tak, Ignacy ma już 13 lat. Świętowane spokojnie, ze spontanicznie zaproszonymi gośćmi. Podobno huczne obchody mają być w styczniu. Zobaczymy.




Wśród prezentów mapa - nie byle jaka, Paryża! W lutym spełniamy marzenie, nie tylko Ignacego, ale też moje i Róży i lecimy na dwa dni zwiedzania. Już czuję ekscytację.



Mapa jest bardzo fajna, nie tylko wizualnie. Jest ze specjalnego materiału, którego nie składa się, tylko można, a nawet należy po prostu zgnieść. Intrygujące, zobaczymy jak się sprawdzi. Na razie zdobi ścianę. Ale już wkrótce... o la la!

Ignacy dostał też książkę, nie inaczej. Niesamowity komiks, czy może raczej "powieść graficzną" Zgubione, znalezione Shauna Tana. Prawdziwe dzieło sztuki, każda strona inna i intrygująca. I trafiło w gusty jubilata, super!





Ostatni z upominków to gra planszowa "Innowacje", o bardzo skomplikowanych regułach... Nie było jeszcze kiedy zagrać, szykujemy się na Święta.

Właśnie, Święta. Kończę naszymi świątecznymi zdjęciami, bo jak to ujął Maciek: "przynajmniej na blogu będziemy przygotowani do Świąt". Otóż i pożytek z bloga!















Dobranoc!