czwartek, 28 maja 2015

codzienność

Taki wyjątkowy jest ten ostatni tydzień majowy, i jednocześnie tak mocno wpleciony w codzienność.
Niedzielne wybory wiążące się z sentymentalną podróżą na stare mieszkanie, gdzie stawiałam pierwsze kroki jako mama, potem mama dwójki i w końcu mama trójki.
Nagranie dla radia (dam znać, jak będę wiedzieć kiedy można posłuchać) uświadamiające nam wyraźnie jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, i momentalnie łagodniejemy.
Klasowa wycieczka Hani, z którą pierwszy raz jedzie Maciek w charakterze opiekuna. I fotografa! O, było o czym rozmawiać.
Dzień Mamy oczekiwany z taką ekscytacją, małe spiski, których usilnie staram się nie zauważać, tak jak i gór ścinków na podłodze. Niespodzianki, faktycznie zaskakujące, ale przede wszystkim wzruszające. Złożoność uczuć - jak macierzyństwo, jak codzienność.
Wyjazd Róży na zieloną szkołę z pierwszą próbą przemycenia moich kosmetyków w torbie. Nastolatka.
Urodziny Maćka ze smakołykami ... z Lidla. Bez pompy, od niechcenia, a jednak ważne.
I Dzień Dziecka na horyzoncie. Tyle tego, zaledwie w parę dni.
Taka nasza codzienność, chaotyczna, zabałaganiona, taka mnie cieszy.











piątek, 15 maja 2015

leci cała gromatka - do Gdańska

Pierwszy lot samolotem taką ekipą - i to taniej niż wyprawa do kina w tym samym składzie. Bilety po 9 zł były też na przykład wczoraj (trasa do Gdańska lub Wrocławia) także warto polować.



Chociaż ja osobiście nie przepadam aż tak bardzo za lotami, cały ten formalizm i stres, że czegoś się nie dopilnowało - samochodem można sobie pozwolić na zdecydowanie większy luz. No i najbardziej brakowało mi szykowania audiobooków i płyt, mam już jakoś zakodowane, że przed podróżą z dziećmi muszę o to zadbać.
Dla dzieciaków było to jednak mocne przeżycie, szczególnie dla Hani i Lulka. Dla Róży i Ignasia zresztą też, a szczególną mieli satysfakcję, gdy mogli usprawiedliwić spóźnienie w szkole "zbyt gęstą mgłą żeby samolot mógł wylądować" (faktycznie krążyliśmy pół godziny nad lotniskiem).

Tak stylowo jest na lotnisku w Modlinie. Szczególnie wtedy, gdy leci Hania.
Naprawdę chciał zrobić nam pamiątkowe zdjęcie tego historycznego wydarzenia, ale Róża właśnie zwiała, Ludwik już w pół drogi, no a mina Maćka mówi sama za siebie. Ech.





Przylatujemy wcześnie rano, więc tego samego dnia wyruszamy na miasto autobusem i pociągiem, z trójką dzieci gospodarzy. Tak, mamy na składzie siódemkę, to musiało się zacząć sześcioma pizzami.


Gdańsk jest zachwycający, ot mała próbka:












Spróbowałam całej siódemce zrobić zdjęcie przy fontannie z Neptunem - to nie wyglądało na dobry pomysł...



Kontekst powyższych zdjęć - na szczęście (dla mnie) Neptun zdecydowanie przegrywał z gigantyczną pandą
Za to inny pomysł miałam lepszy - mianowicie uparłam się, że pójdziemy (wszyscy) oglądać "Sąd ostateczny" Memlinga. Ma mało strategiczne położenie, kawałek trzeba dojść, ale bonus jest taki, że jest w zasadzie pusto. Przed muzeum stoi też słup obklejony fragmentami z obrazu - nie trzeba było dzieciaków dłużej zachęcać!



I faktycznie - cały tylko dla nas! Z ciekawą ściągą - opisem, w osobnej salce, oglądaliśmy z pół godziny.


O takiej minie mówi się "bezcenna"

"Czy zauważyłeś, że do nieba idą tylko rude kobiety?"
Zdecydowanie warty wycieczki jest Gdańsk. Gdynia zresztą też, ale to następnym razem. Na zakończenie jeszcze po rurce z kremem i wracamy, z przepięknego dworca.




Cdn.

piątek, 8 maja 2015

coś z zupełnie innej beczki, czyli takie sobie odpowiedzi na zabawne pytania

Nie spodziewałam się, że mogę dostać jakąś tam nominację dla tego małego bloga - a tu proszę - i od kogo? Od samej Jareckiej z Deszczowego Domu (wszelki duch..!). Jeśli by ktoś nie znał, to koniecznie trzeba nadrobić, tyle inteligentnego poczucia humoru, klasy i zwykłej ludzkiej mega pracowitości w jednym miejscu to jeszcze nie widziałam, nawet w Ameryce.
Żeby nie było gołosłownie tu oto jest moja nominacja: klik. (Przy okazji pozdrawiam wszystkie nowe czytelniczki, mam nadzieję, że nie czujecie się jak w mrocznej, ślepej uliczce ;-)

Jeszcze tylko dodam, że dziełami Jareckiej mogą się cieszyć każde dzieci, nie tylko jej własne. U nas ten przywilej spotkał Hanię, która najpierw w cudnej szydełkowej syrence zakochała się wirtualnie, a potem, jak już syrenka do nas trafiła to tak trwa ta miłość już ponad pół roku.
Syrenka z Deszczowego domu świetnie się mieści i dogaduje w Hani łóżku z Emilką uszytą przeze mnie, chociaż ze względu na jakość wykonania zdecydowanie pochodzi z innej planety.




Czyli do rzeczy, zasady: "Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Jakie 3 książki zabrałabyś na bezludną wyspę i dlaczego te?

To akurat będzie proste. Całkiem ostatnio kupiłam sobie niesamowitą, grubaśną książkę "Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia", której już lektura kilku pierwszych stron uruchamia wyjątkowo umysł. To ten typ książki, który lubię najbardziej.
Druga to też ostatni nabytek, też grubaśny i pobudzający procesy myślowe. "Ptaki" Collinsa kupiliśmy jako prezent komunijny i zatrzymaliśmy dla siebie (nie tylko przez to, że bardzo się mi spodobała, ale też dlatego że jednak dla 9-latka trochę za trudna, więc nie mniej piękne księgi Kruszewicza lepiej spełniły swoją rolę podarunkową). Z jakiegoś powodu byłabym na wyspie szczęśliwsza potrafiąc sklasyfikować fruwające tam niewątpliwie ptaki.




Te dwie powyższe cieszą póki co moje oczy okładkami na stoliku w salonie, mam nadzieję poczytać jednak przed mitycznym zesłaniem na wyspę.
A trzecia pozycja to byłoby cokolwiek Margaret Atwood. Jeśli tylko jedna to niech będzie gruba, tylko że "Zbójecką narzeczoną" właśnie kończę, już pewnie po raz trzeci ...

Twój sprawdzony sposób na chandrę?

Doraźnie zawsze pomaga garść kardamonu (czym szerzej się chwaliłam tu). No i nie ma to jak dobrze się wyspać. Muszę też przyznać, że jak magnes działają na mnie kawiarnie.

Twoje największe marzenie na ten rok? (Jeśli nam powiesz, możemy Cię wspierać w jego realizacji :)

Marzenie z terminem realizacji to dla mnie raczej cel, więc to chyba byłoby raczej niecierpliwe oczekiwanie na realizację. Chociaż nie, jest jedna taka rzecz; moim wielkim marzeniem jest opublikować artykuł w czasopiśmie IEEE - no to jest coś. Pomysł, który próbuję opublikować zrodził się tuż po narodzinach Hani (tak, Hani która właśnie skończyła 8 lat). Właśnie jestem po trzeciej turze recenzji, teraz to już tylko wóz albo przewóz. Być może trzeba będzie mnie wspierać w przypadku niezrealizowania...

Czy zajmujesz się jeszcze czymś, co zaskoczy nas zupełnie?

O zaskoczenie pewnie trudno w dzisiejszych czasach. Mnie na przykład w tym roku zaskoczyło, że zajęłam się nauczaniem programowania (w C i C++...). Mam nadzieję, że z sukcesem, choć programistką nie jestem.

Jakiej dziedziny sztuki chciałabyś spróbować, ale wciąż odkładasz to na później?

Bardzo mnie kusi fotografia analogowa, taka z wywoływaniem zdjęć w ciemni. Niestety w naszym domu kultury (Dorożkarnia) zajęcia są tylko dla młodzieży - pan fotograf delikatnie mi przekazał, że młodzież źle by się mogła czuć gdybym do nich dołączyła. Może Uniwersytet Trzeciego Wieku kiedyś mnie w takim razie poratuje, bo młodsza to już nie będę.

Jakie składniki znajdują się w Twojej diecie mentalnej?

Hm, raczej unikam diet. Ale najlepiej gdy składniki są zdrowe i nie okupione nadmiernymi cierpieniami myślących istot. To tak przewrotnie, domyślam się, że mentalnie się nie je. Ale nie do końca wiem co się z tą dietą mentalną robi.

Afirmacja, powiedzenie, rymowanka, która dodaje Ci otuchy?

Banalna rymowanka, ale jakoś do mnie przemówiła, już w liceum: Krok po kroku, dojdziesz do obłoków; biegiem zaczniesz, w pół drogi padniesz.

Z jakim zwierzęciem utożsamiasz się, jakim jesteś?

O, na pewno z jakimś wyjątkowym, stawiałabym na skrzyżowanie kwoki z szopem praczem.

Twój przepis na spełnione marzenie (lista celów, mapa marzeń, wizualizacje?)

 Po prostu zaczynam coś robić w danym kierunku. Cokolwiek, ale kluczowe to zacząć działać.

Co lubisz w sobie najbardziej?

 Ale że najbardziej? Lubię...? Po dłuższym namyśle wybieram umiejętność znalezienia czegoś ciekawego, intrygującego, w zasadzie w każdej sytuacji. Inaczej mówiąc, nie wiem co to nuda i jest mi ze sobą ciekawie.

Kiedy ostatnio sprawiłaś sobie małą przyjemność i co to było?

Małe przyjemności towarzyszą mi cały czas, więcej - tak postrzegam swoje życie. Ot choćby kieliszek wiśniówki przed godziną. Mam jeszcze dziś nadzieję na odcinek "The affair" - strasznie lubię te zagraniczne seriale...


To już koniec pytań, nie było tak ciężko jak się obawiałam po pierwszej lekturze.
A teraz te nominacje. Problem jest taki, że ciężko byłoby mi polecić blogi, które mają mniej czytelników niż ja... No taka tu u mnie nisza, co ja poradzę.
Gdyby ktoś jednak z bardziej znanych blogów, które podziwiam zechciał się przed nami uzewnętrznić, to będzie mi bardzo miło! A mam tu na myśli (w kolejności alfabetycznej, a co!):
Blog o poranku: oczywiście, na pierwszym miejscu: poetyka codzienności.
cacaovo: właśnie wróciła z Paryża, już przebieram nogami żeby u niej powzdychać nad zdjęciami, podejrzewam, że są mistrzowskie;
Klęska urodzaju: trojaczki to jest dopiero wyzwanie... Fajnie się je ogląda w Klęsce. A ja się poczuwam do bycia matką chrzestną Ich plecaków ;-)
Kreacja dnia: niby blogi z pięknymi, luksusowymi ubrankami dla dzieci to nie moja bajka, ale na tę cud-brunetkę nigdy nie mogę się dość napatrzyć. No i dzięki Kreacji zjadamy z Różą na śniadanie bardzo modnie ziarenka chia!
Mama w centrum: no aż mi trochę nie wypada o Niej pisać (mi - o Niej?); ale tyle inspiracji zawdzięczam temu blogowi, że po prostu muszę się odnieść.
mamajanka: za fascynację pociągami ;-)
Manufaktura Radości: ok, wiem przecież że to jest Blog Roku, no ale zagląda do mnie, komentuje, to może i odpowie, bo i pytania jakby z Jej działki ;-)
O tym że: za nosa do książek dla dzieci;
Portki na szelkach: te zdjęcia gór, te zachwyty!

To nie wszystkie blogi na które zaglądam - zachęcam do spojrzenia na pasek po prawej - ale szczególnie w powyższych ciekawią mnie odpowiedzi na parę z powyższych pytań. To zobaczymy co z tego wyniknie, pozdrowienia!

czwartek, 30 kwietnia 2015

droga przez Rumunię


To dobry czas na wakacyjne wspomnienia, chyba nie tylko ja coraz tęskniej myślę o lecie. Co prawda my jak prymusi wyjazd już mamy zaplanowany i zaklepany od ponad miesiąca (sama w to ciągle nie wierzę), ale może jeszcze ktoś szuka właśnie inspiracji.

Na nasze ubiegłoroczne wakacje w Bułgarii (o czym było tu i tu) jechaliśmy przez Rumunię. Więcej, nie tylko jechaliśmy, ale też nocowaliśmy - w jedną i drugą stronę. To była zdecydowanie dobra decyzja, przy tym duże zaskoczenie i wielki niedosyt. Na pewno któregoś lata Rumunia musi być celem naszej podróży, jeszcze nie w tym roku, ale może już w kolejnym? Bardzo bym chciała.

Zacznę od nawiązania do mojego poprzedniego wpisu, mianowicie o podłodze. A tak, bo właśnie turkusowy kolor na podłodze jest zainspirowany naszą podróżą, a raczej zdjęciem z podróży, które wisi nad stołem w kuchni: fragment rumuńskiego wozu, lubię je bardzo:


Wróćmy więc do Rumunii. Najpierw w-tę. Wjeżdżaliśmy bladym świtem (coś koło 4 rano), gdy Maciek w końcu poczuł się senny i przekazał mi kierownicę. Miałam więc cały nasz śpiący samochód we władaniu i wszystkie widoki tylko dla siebie. Widoki przepiękne - zielone wzgórza aż po horyzont, kojarzyły mi się z Hobbitem. W miasteczkach przez które przejeżdżaliśmy co chwila zadziwiające koszmarki-cudeńka, tym większe zdziwienie w naszym docelowym mieście na nocleg: Sibiu. Prawdziwa Francja-elegancja. Maciek padł, a ja jeszcze wyciągnęłam dzieciaki na wieczorną włóczęgę po mieście. Niestety część zdjęć w podróżnym ferworze gdzieś mi przepadła, ale troszkę jeszcze też zostało:



Dopiero potem na zdjęciach zauważyłam charakterystyczne oczy na kamienicach. Trzeba było przeczytać przewodnik wcześniej...




Tu spaliśmy (znaczy w środku, nie na tarasie), dosłownie za bramą piękne stare miasto
Sporo takich tajemniczych przejść na starówce, uwielbialiśmy je




I to właśnie drugiego dnia w Sibiu w skansenie zrobiłam zdjęcie naszemu wozowi. Oraz dziesiątkom wiatraków-młynów. Najbardziej niesamowite były te z żaglami.







Maciek zamarzył o takich spodniach jak tylko je zobaczył

Skansen jest ogromny, ścieżek chyba z kilkanaście kilometrów. A na końcu prawdziwe, działające miniatury młynów, fascynujące nie tylko dla dzieci! Gdy odbywają się warsztaty, to są naprawdę poruszane wodą.






Kolejny etap podróży to pokonanie pasma gór. Maciek wyszukał Trasę Transfogarską - naprawdę mamy wjechać na tę spiczastą górę?!



I rzeczywiście. Wrażenia niesamowite!




Namawiam Maćka żeby się zatrzymał, średnio co pół minuty, ale jest nieubłagany. A tu konie! osiołki!! świnki!!! strumyk!!! A ten tylko jedzie i jedzie, z nieubłaganą logiką, że musimy dotrzeć na miejsce przed północą. Może i tak, ale nie mogę odżałować. Przynajmniej na szczycie wyskoczyłam dosłownie na sekundę i kupiłam u starego pasterza (autentyk!) sery i czekoladę (też ręcznie robioną). Zaproponował mi też napój w plastikowej butelce - próbowałam grzecznie odmówić, bo dzieci raczej nie będą tego piły, a wtedy nalał mi trochę do nakrętki. O rety, co za nalewka! Wypiliśmy całą jeszcze w Bułgarii, a ja do dziś pluję sobie w brodę, że nie kupiliśmy z 10 butelek (to samo tyczy się sera, zjedli całe pół kilo zanim jeszcze zjechaliśmy z góry). Wracaliśmy inną drogą.

Potem, po przejechaniu przez szczyt długaśnym tunelem zrobiliśmy jeszcze przystanek przy wielkiej tamie. I wielkim psie, który wychynął gdzieś z krzaków, ale jaki przyjacielski!






Jadąc dalej mijamy znienacka wyścigi... wozami konnymi. I jakiś stary Rumun siedzi w polu na krześle i gra na akordeonie. Ciągle nie jestem pewna, czy faktycznie to widziałam.

Dobrze, widzę że tu muszę zrobić przerwę, bo coś mi się ten wpis za bardzo rozrósł.
Zatem cdn. a póki co, udanej majówki wszystkim życzę (my jako wielcy podróżnicy lecimy - wszyscy - do Gdańska na komunię, bilety były po 9 zł...!)!