piątek, 12 grudnia 2014

jeśli to czwartek, szyjemy sukienkę

Czwartek wieczór. Leżę na kanapie pół-drzemiąc po dziesięciu godzinach w pracy, spędzonych głównie w ciasnej salce wypełnionej komputerami i hałaśliwymi studentami. Hania niecierpliwie się dopytuje, czy już odpoczęłam, żebyśmy mogły poszukać jej stroju aniołka sprzed dwóch lat, którego potrzebuje na piątkową próbą generalną przed jasełkami. Nie bardzo mi się chce, bo dwa dni wcześniej przerabialiśmy ten sam wątek, gdy Ignacy, również wieczorem odczuł naglącą potrzebę odnalezienia mikołajowej czapki.
Tak jak się spodziewałam, również i tym razem poszukiwania nie zakończyły się sukcesem. Mamy taki schowek na klatce, wypełniony kartonami po wysoki sufit - kto go widział, ten wie co to oznacza... No w każdym razie żadnych świątecznych strojów nie było. Być może Maciek ma z tym coś wspólnego, a może nie.
No i co tu zrobić. Jechać gdzieś kupować, dzwonić po znajomych? Nagle czuję, że wraca mi energia i przypominam sobie uroczą białą sukienkę cioci Karoli - skurczyła się jej w praniu i nie wyglądała już zbyt dobrze, ale jednak żal jej było wyrzucić. Mi też, no i proszę! Przydała się, jakby znalazł.
Wystarczyło trochę zwęzić po bokach a ramiączka przerobić na krótkie rękawki ( z tym było odrobinę trudniej, ale dochodzę już całkiem do wprawy z moim stylem szycia "na MacGyvera"). I znów się przekonuję - nie ma to jak rękodzieło na wegetatywny nastrój.




Aha, a co z tą czapką Świętego Mikołaja? Wełniana kapa z kanapy spisała się jak należy.


Poczynając od dziś zaczyna się dla nas gorący okres imprez gwiazdkowych w pracy, szkole i przedszkolu. Nie wspominając o niedzielnych urodzinach Ignacego.
Przyśpieszamy..! Trzymajcie się.

niedziela, 7 grudnia 2014

Robótka jest dobra

Pierwszy raz przyłączymy się do takiej fajnej akcji świątecznej. Co prawda już i w poprzednich latach staraliśmy się zawsze z dziećmi dzielić tym całym dobrodziejstwem, które jest naszym udziałem, ale nigdy tak osobiście. Pierwszy raz przygotowaliśmy prezenty i napiszemy osobiste kartki, na które czeka troje podopieczni Domu Opieki Społecznej w Niegowie. To znaczy, podopiecznych jest dużo więcej, są tak wzruszająco opisani na stronie Robótki. Wybraliśmy troje, zgodnie z zainteresowaniami (obu stron). Wiem, że różnych akcji jest mnóstwo, ale to nie znaczy, że w żadnej nie ma co uczestniczyć. Mnie tu chyba najbardziej ujęło to indywidualne zaangażowanie, poczynając od poruszającego opisu każdego z Dzieciaków-Starszaków. Cieszę się, że można się w to włączyć. Czasem tak łatwo zrobić coś dobrze. Korzystamy.






czwartek, 4 grudnia 2014

adwentowe oczekiwanie

Jak dużo wnosi w nasze życie Boże Narodzenie! Jak by to było bez niego? Pamiętacie Narnię: Ciągle zima, lecz nigdy Gwiazdka; mówiący wszystko opis tej krainy pod panowaniem Białej Czarownicy.
Oczywiście te sezonowe ozdoby, te wszystkie świece, śnieżynki, bałwanki są bardzo ładne i miłe, ale czyż dopiero symbolika kryjąca się za wieńcem adwentowym, kalendarzem, lampionami nie wyzwala całej prawdziwej radości i energii? Czekamy więc, i jest to jedno z najprzyjemniejszych oczekiwań.
Jeśli mowa o kalendarzu, to cieszę się, że nasz zrobiłam już pięć lat temu. I że zrobiłam w nim takie małe kieszonki, to bardzo dobry sposób na nadmiar. Oczywiście jest pewnym wyzwaniem wypełnić te kieszonki drobiazgami dla dwóch chłopców i dwóch dziewczynek w różnym wieku, postawiłam więc na małe, ale w miarę oryginalne smakołyki (na szczęście to Warszawa, nie brak różnych lokalnych, lecz wielkoświatowych sklepików).
Chciałam tylko zacząć bardziej ambitnie i przez pierwsze cztery dni każdy miał otwierać prezencik tylko dla siebie - z ładną ochronną pomadką do ust. Zaczynał Lulek i niestety, zatonął we łzach... Dobrze, że zawsze jakiś gadżecik mam gdzieś schowany, tym razem uratował nam adwent.
W każdym razie, słodycze cieszą każdego. Plus trzy żelazne, wyczekiwane przyjemności - pieczenie pierniczków, spacer na gorącą czekoladę, no i wizyta u zakładowego Mikołaja z pracy taty. Są też i inne tradycyjne aktywności, ot choćby Roraty, czy robienie kartek, jednak planowanie ich z wyprzedzeniem to dla mnie zbyt dużo trudu, stresu i frustracji, jeśli by odczytanych rano planów nie udało się zrealizować. Bo że prędzej czy później by się nie udało, to pewne.
Cieszą mnie te wszystkie nasze małe tradycje.


Zegar ciągle nie przestawiony na czas zimowy :-)








poniedziałek, 1 grudnia 2014

andrzejkowe szaleństwo

To chyba andrzejkowe szaleństwo mnie ogarnęło, gdy w czwartkowy wieczór rzuciłam się do szycia Hani sukienki na piątkową imprezę. Wszystkie szmatki były w szafie (aksamitna sukienka, wiskozowa spódnica, jedwabna poszewka na poduszkę, moskitiery z lidla, filc), pomysł na pintereście, maszyna na stole. Nawet nici nie dobierałam. I teraz to Hani ulubiona sukienka, nosiła ją jeszcze i w sobotę, i w niedzielę. Chyba dlatego, że ma taki rockandrollowy charakter, zupełnie jak Hania!








czwartek, 27 listopada 2014

tapicerka

Dzisiejszy wpis ma na celu głównie podtrzymanie mojej motywacji. Mianowicie już jakiś czas temu podjęłam odważną (w moim mniemaniu) decyzję o samodzielnym tapicerowaniu mojego starego, trzynastoletniego fotela. To znaczy, gdyby on faktycznie był mój (tylko i jedynie) to może ten temat by się nie pojawił. Najczęściej jednak fotel jest okupowany przez któregoś z domowników, bo jest idealnym miejscem do czytania. Figa też tu dodała swoje, zanim poznała reguły gry. Zatem aktualnie mój ulubiony fotel szpeci imponujące rozdarcie, ciągnące się przez pół siedziska; jak również liczne plamy...
Fotel jest w komplecie z podnóżkiem, i to od niego właśnie rozpoczęłam dzieło. Inaczej bym się raczej nie porwała. Materiał to wielka zasłona, którą już od paru lat chomikowałam, po zdobyciu za bezcen na allegro - najprawdziwszy, oryginalny William Morris! Wzór jest mało adwentowy, więc uznałam, że to ostatni moment aby pokazać co zrobiłam:


Zajęło mi to parę wieczorów. Największym zaskoczeniem był nakład pracy przy zdejmowaniu wcześniejszego obicia - trzeba było wyciągnąć ze dwie garście zszywek, tak na oko. Na szczęście okazało się to świetną zabawą dla dzieciaków, kolejno pomagali mi Ignacy, Hania i Lulek. Ja podważałam zszywkę śrubokrętem, a pomocnik wyciągał ją kombinerkami.
Jak widać powyżej, efekt nie jest idealny, ale od początku się z tym liczyłam. Jest jednak całkiem zadowalający.
To teraz przede mną tylko fotel. Chciałabym zdążyć do Świąt...


sobota, 22 listopada 2014

pinata, czyli 5 urodziny Ludwika po raz czwarty

Pierwszy raz zrobiliśmy pinatę - atrakcję podpatrzoną na zagranicznych blogach i chyba na stałe wejdzie do urodzinowego repertuaru, bo okazała się gwoździem imprezy.
Przednia zabawa w gronie przyjaciół Ludwika, to była chyba ta najbardziej przez niego wyczekana. Bodajże już od wakacji dopytywał się, kiedy ten dzień nadejdzie - odpowiedź, że wtedy, gdy liście spadną z drzew nie napawała go optymizmem... Ludwik wymarzył sobie urodziny w salce zabaw, tej samej w której świętował jego najlepszy przyjaciel Milo i w której w ogóle odbywają się wszelki przedszkolne uroczystości typu Boże Narodzenie, czy Dzień Dziecka.
Salka Gagatkowo na ulicy Chłodnej to nie jest może jakiś szczyt szczytów, ale jest kameralna, ma duże okna i sprzęty akurat jak dla pięciolatków, żeby mogły się swobodnie wyszaleć. Zamówione dziewczyny do animacji nie miały zbyt wiele do roboty, więc oddawały się swobodnej pogawędce. Być może my z Maćkiem się za bardzo zaangażowaliśmy, w każdym razie nie pobrano za to od nas opłaty.
Wracając do pinaty, to jest to konstrukcja z kartonu, której najczęściej nadaje się jakiś określony kszałtt - głowy ludzika lego w naszym przypadku i wypełnia się ją drobnymi upominkami dla uczestników imprezy. W wielkim finale dzieci kolejno walą w zawieszoną pinatę aż do skutku, czyli do wysypania się zawartości. Najważniejsze, to żeby nie rozleciała się od pierwszego uderzenia, każdy powinien choć raz spróbować się z nią zmierzyć, ale oczywiście nie może być zbyt pancerna. Nasza okazała się idealna, to znaczy poległa dopiero w drugiej rundzie, gdy poziom zniecierpliwienia pomału zbliżał się do apogeum.






Poprawka, nie była idealna, gdyż jak to stwierdził Ignacy, ratowały ją tylko wykonane przez niego elementy twarz. Cóż, nie da się ukryć, że nad formą warto by jeszcze popracować, ale konstrukcja była w porządku. Wykorzystałam miękki, słabej jakości karton, który sprawdził się doskonale w swojej roli.

Było też oczywiście podejście do torta, czwarte (!). Biorąc pod uwagę liczbę moich dzieci, to tortów mam już chyba na koncie kilkadziesiąt, więc obawiam się, że lepiej już nie będzie... Przynajmniej jesteśmy już przyzwyczajeni do niewysokich (ekhm) tortów.






Były też i inne wypieki. Nic, czego nie udałoby się uratować warstwą kremu toffi (muffinki z ciecierzycy) czy cukru pudru (ciasteczka z mąki i śmietany, stanowczo zbyt długo przetrzymane w piekarniku niestety). I kolorystyka trochę nieskoordynowana. Ale to wszystko szczegóły naprawdę. Ludwik był zachwycony i nawet Hania zażądała takich samych urodzin. Zobaczymy.
A na koniec jeszcze coś uroczego - kolejny plakacik autorstwa Marysi ozdobił naszą ścianę:




Przeuroczy, czyż nie?
Idąc za ciosem, jako że dość dawno już nie fotografowałam reszty gromadki to również Hania i jej ściana:


I Róża na tle ściany, tuż przed wyprawą 'sam na sam z tatą' do Puszczy. Kurtki i czapki zmieniała ze dwa razy... Na zdjęciu wełniana czapka z Nepalu, upolowana w szmateksie:



Ignacy w tym czasie zgłębiał mroki Średniowiecza na wycieczce klasowej. A ja? Realizowałam się nad francuską zupą cebulową (taką), na zdjęciu w miseczce przed Ignacym. Następnym razem muszę wszystkich wysłać na długą wycieczkę, bo tylko Maciek z Różą ją docenili.


Trochę chaotycznie to dziś wyszło, ale tak to tutaj z reguły bywa. Postaram się być bardziej monotematyczna w kolejnym wpisie, a póki co, pozdrawiam!

piątek, 14 listopada 2014

A w Płocku spokojnie (i pięknie)

Podoba mi się to nasze stare polskie miasto - Płock. To już kolejne odwiedziny tam, tym razem z okazji Święta Niepodległości. Zaskoczyło mnie, że Płock zapraszał do świętowania nawet w naszej stołecznej gazecie - skutecznie, a reszty rodziny nie musiałam długo zachęcać.



Obchody były takie jak trzeba, bez zbytniej pompy, nie za długo. Krótka inscenizacja z Piłsudskim, chorągiewki, pieśni patriotyczne. Przyjemnie. Oddałam Hani aparat, żeby pomóc jej podtrzymać uwagę:




Ładnie, prawda? A potem obiad w rodzinnym gronie przy najpyszniejszych pierogach (Pod Strzechą) i spacer nad Wisłą.







Gdy wracaliśmy do Warszawy z niedowierzaniem słuchaliśmy wiadomości z placu boju, jakim okazał się pewien przemarsz. Dzieci nie mogły zrozumieć, że relacja jest z Warszawy. My też. Ech, szkoda słów.

W listopadzie zawsze jesteśmy w Gostyninie przy smutnej rocznicy śmierci Babci Danusi. Staram się, żebyśmy z dziećmi jakąś symboliczną pamiątkę zrobili. Tym razem był taki wianuszek, z kwiatami z lnu uszytymi przez wnuki:



Okna (i drzwi, wcześniej) w kaplicy na cmentarzu zrobił własnoręcznie Dziadek Jurek!




Oczywiście taka listopadowa wizyta jest też dobrą okazją, aby uczcić (po raz kolejny) urodziny Ludwika. Czyli znowu tort. Tym razem sernik jaglany (!), smakował, ale to ciągle jeszcze nie to (pod względem wyglądu przynajmniej)...


I na koniec niesamowite gostynińskie lasy i jeziora. Zabawa w chowanego na sto dwa. I ta jesień...! Pięknie po prostu.