wtorek, 22 lipca 2014

zachęta

Blisko, coraz bliżej naszej wielkiej podróży do Bułgarii (wyjeżdżamy już w piątek, o rety...) a w Warszawie i okolicach tyle się dzieje. Dzisiaj więc na szybko trochę Zachęty. Czwartek już niedługo (wstęp wolny!), więc może ktoś się skusi. A warto.
Mnie najbardziej zainteresowała wystawa ,Alicja po drugiej stronie lustra' i rzeczywiście, ciekawa, choć nieduża. Dzieci najbardziej zachwyciły się stołem, w którym można w trakcie uczty odpocząć, nie tracąc szczegółów konwersacji. Dobrze, że spytałam, czy można stół przetestować, bo dzieciaki nauczone doświadczeniami z CSW nawet nie próbowały go dotknąć. Ciężko ich było stamtąd wyciągnąć.






Jednak najwięcej czasu spędziliśmy na wystawie poświęconej kosmosowi i jego wpływowi na sztukę lat 60-tych. Bardzo bogata i ciekawa wystawa, zachwyciła wszystkich. Ignacy jednak upierał się, że jest fajna, bo to nie jest sztuka. Lubię burzyć ich stereotypowe postrzeganie sztuki (coś nudnego, niezrozumiałego lub dziwnego, najczęściej naraz).






Jeszcze jedna wystawa spotkała się z uznaniem dzieci, mianowicie makiety architektoniczne. Nie mam zdjęć, bo komuś zachciało się siusiu, ale za to mogłam podziwiać wejście do toalet - bardzo nam przypominało jeden z eksponatów z CSW.



Byliśmy w powiększonym składzie, razem z przyjaciółką Róży. Bardzo lubię taką większą ekipę, pytające spojrzenia, czasem głośno artykułujące intrygującą kwestię, czy te wszystkie dzieci są moje, właściwie się nie zdarzają.

czwartek, 17 lipca 2014

Rawa Pippi

Rawa Mazowiecka i Pippi Pończoszanka - to brzmi jak przygoda. I rzeczywiście, niczym prawdziwi fani wyruszyliśmy we wtorek w podróż do oddalonej o 60 km Rawy, aby jeszcze raz obejrzeć to niesamowite objazdowe przedstawienie. Chociaż samo przedstawienie chyba by mnie nie skusiło, strasznie nie lubię jeździć za miasto (na autostradzie praktycznie cały czas mam mocno zaciśnięte ręce na kierownicy) ale w trakcie spektaklu i po gra Bura Kura, a za ich piosenkami do grania na nosie wprost przepadamy.
Tym razem Bura Kura dała naprawdę czadu, zagrali sporo kawałków, a nie 3 czy 4 jak poprzednim razem. I spektakl po roku też nie stracił na uroku, prawdziwa cyrkowa awantura. Towarzyszyły mi jednak tylko maluchy, bo Róża u przyjaciółki a Ignacy się wyłamał, gimnazjalista jeden (niech oni nie rosną tak szybko, z kim ja pojadę na Pippi za 5 lat?!).







Rawa niezwykle malownicza. Żałowałam tylko, że tak się długo zbieraliśmy, że nie skorzystaliśmy z tych plaż i niesamowitych ścieżek rowerowych (jest też piękny, nowoczesny basen i to gratis od 8 do 14 dla dzieci w wakacje). Zapisujemy na liście miejsc, w których chcielibyśmy spędzić wakacje.







Kto z przodu, ten lepszy, znacie to?



Jedynie restauracja Klimaty, o której przeczytałam pochlebne recenzje zupełnie nie zachwyciła. Ładne i przyjemne miejsce, ale z jedzeniem słabo, i na naleśnika czekaliśmy prawie godzinę. Dzieciaki z nudów były bliskie wariactwa, ja może mniej. No chyba że wtedy, gdy po swojej kawie i cieście (dużym i niedobrym) musiałam jeszcze pochłaniać ich obiady. Nie marnować, święte zasady i nie ma na to rady!





Dziś już czwartek, więc niebawem relacja ze świata sztuki. Nie nadążam z tymi relacjami.

wtorek, 15 lipca 2014

Miejskie rozrywki

Lato w mieście to wcale nie tragedia. No, szczególnie w takiej metropolii. Czekałam na te dni. Zapraszam więc na garść warszawskich impresji.
***
Jeśli to środa, to czas na zakupy. Od Biobazaru uzależniłam się już ze dwa lata temu. Ale jeszcze nigdy tak pięknie nie wyglądał jak tego lata. Wielka przyjemność, choć oczywiście nie taka, gdyby samemu sobie te wiśnie pozrywać i marchewki wykopać... (Zdjęcia by Hania&Róża, ja pracowicie zapełniam koszyk).




Potem prostą drogą do Lidla (nie jestem ortodoksyjną eko-ideolożką). Już nie tak malowniczo, ale trzeba patrzeć na pozytywne strony. Przede wszystkim zakupy z czwórką mych uroczych dzieci nie wiedzieć kiedy z udręki stały się bułeczką z masłem. I jaka radocha ze spryskiwacza pod sklepem.
No i dziesięć par rąk przetransportowuje wszystko pod drzwi w try miga.


***
Jeśli to czwartek, to jesteśmy w galerii sztuki, ba! W czwartki wstęp wolny. To ważne, bo dzieciaków może się nie udać zatrzymać dłużej niż pół godziny... Tym razem wybraliśmy Centrum Sztuki Współczesnej (na następny ogień pójdzie Zachęta). Jak to dobrze, że jedna z wystaw została zatytułowana "Zmory" (Nightmares) - zadziałało jak lep. Nic to, że początkowo za "Zmory" wzięliśmy eksponaty z wystawy "Slow Future" - jeśli kto liczył na łatwe wystraszenie się, to się srogo zawiódł. Pouczyłam dzieci, że chodzi tu raczej o wywołanie refleksji nad życiem, które jako takie może zatrważać.Oskarżyli mnie, że ich nabrałam.
Najpierw jednak trzeba było się dostać do środka. Z tego co się orientuję, artyści dość często lubią uwzględniać wejście jako część instalacji. Tu po raz pierwszy zderzamy się ze "Zmorami" - zgodnie z wyjaśnieniami autora, to nie jest oczywiste, po której stronie bramy rzeczone zmory się znajdują.





Ciekawie było. Zdjęć więcej nie mam, bo trzeba bardzo pilnować, żeby kto z podopiecznych czasem nie dotknął jakiegoś dzieła. Panie z CSW to chyba najgroźniejsze strażniczki, ofuknęły mnie nawet za próbę oparcia się o parapet przy wyglądaniu przez okno... 
Muszę też wspomnieć zabawną sytuację z zeszłego roku, gdy to na dziedzińcu była piękna ekspozycja "interaktywna", (tak zachęcająco przedstawiały ją tabliczki), a chodziło o interakcję ze światem przyrody (tak!). No wiecie, "zerwij liść, powąchaj kwiat, posmakuj mięty", itd. Dzieciaki z należytym nabożeństwem dotykały kolejnych instalacji w skrzynkach, gdy nagle przez cały dziedziniec dobiegł nas krzyk Pani strażniczki wychylającej się z okna: "-Nie wolno jeść poziomek!". Chyba trochę próbowałam wykłócać się polemizować, ale Róża, która jest bardzo wrażliwa na nakazy władzy wyciągnęła mnie nieomal na siłę. 
To może parę zeszłorocznych okazów?

Miejsce akcji.

Na teksty w stylu "-Nudzi mi się!" trzeba być uodpornionym.

Uff, to nie my.

To nie jest rysunek, tylko prawdziwa rzeźba z drutu!

W każdym razie nie warto się zniechęcać. Szczególnie, że otoczenie CSW, zwane Zielnym Jazdowem jest bardzo urokliwe. Z uroczą restauracyjką. I hamakami!
W restauracyjce (prawie) same zdrowe rzeczy, ładnie wyglądające. Ale cóż, że lód z liczi, którego wybrał sobie Lulek pięknie się komponował z sukienką Hani . Ignacy też go nie chciał. No to padło na mnie, ale nie narzekałam. Róży malinowy też smakował.



Kawę kończę w pośpiechu, bo jest wezwanie do guza. Nie ma jak u mamy.
***
Gdy trafi się deszczowy dzień, to warto pohulać po wyprzedażach. Uwielbiam szczególnie taką coroczną akcję w Kappahl, gdy robią 50% obniżki na przecenę. Po prostu muszę się pochwalić: dwa sweterki, dwa tiszerty, bluzka, dżinsy, kąpielówki, sukienka oraz 6 par skarpet, spinki, rajstopy i pasek. I wszystko za 170 zł. I wybierali sobie sami. Tylko był niezły cyrk, gdy co chwilę musiałam studzić zapały i wśród gromkich wybuchów płaczu przypominać podstawowe zasady, że "tylko z wyprzedaży!", "tylko z tych stojaków, z półek nie!", czy "musi być czerwona metka!". To były emocje.
Ale wcześniej jeszcze większe, i bardziej pozytywne, bo byliśmy w kinie na "Jak wytresować smoka". Fantastyczny i naprawdę warty zobaczenia. Wszystko cudne, akcja, widoki, nawet muzyka!
W samochodzie analizowaliśmy jeszcze poszczególne sceny. Nawet tak marginalne jak ta, w której jeden ze smoków mityguje się i zwraca (dosłownie) smakołyk, bo podzielić się z drugim. Bez obaw, to nie jest reprezentatywny żart z tego filmu, przytaczam ze względu na ciąg dalszy naszej konwersacji. No więc ta sytuacja przypomniała Ignacowi jakże ważny fakt z życia Indian, mianowicie, że wytwarzali piwo z kukurydzy wcześniej ją przeżuwając. Napełniło to Lulka wielkim obrzydzeniem: "-Błe, piwo z kukurydzy?!". 


Na zdjęciu jeden z łupów wyprzedażowych, piękny kombinezon z tukanami. Mój ze szmateksu, ale też mnie uszczęśliwia.
***

Zakupy w sobotę mają tę zaletę, że w niedzielę można się odstroić w nowe ciuszki i nawet Maciek nie może nic zaprotestować. W niedzielę wszyscy (poza Maćkiem, chyba nikt nie sądzi, że dałby się zaciągnąć na wyprzedaże z dzieciakami) odstawiliśmy się jak na Boże Ciało, aż z wrażenia zapomniałam aparatu zabrać.
Wzięłam go, gdy przyjechaliśmy pod kościół jeszcze raz po południu, na koncert Maleo Reggae Rockers, a co! Oczywiście już w zwykłych ubraniach, oczywiście poza Różą (trzy zestawy nowych ubrań dziennie, czemu nie?).
Lipcowe popołudniowe słońce byłoby idealne do portretów, gdyby tylko tak nie świeciło w oczy...





Przechodzimy u nas właśnie szał na bransoletki z gumek. Na wąsy już chyba minął.
Koncert jak koncert, ale co się najeździliśmy na rowerach!




***
I już zupełnie na koniec (znowu za długi wpis, ale co tam, przecież jestem na swoim blogu, tak?) absolutny hit, czyli odkryty basen na Szczęśliwicach. W samym sercu Parku Szczęśliwickiego, piękny, zadbany i bardzo funkcjonalny.
Gdy transportujemy zawartość bagażnika do basenu mijamy szereg świetnych placów zabaw, siłowni i Górkę Szczęśliwicką (można zjeżdżać kolejką lub na pontonach, tylko trzeba mieć gotówkę).


Hulajnoga z Biedronki, deska z Lidla i pełnia szczęścia!
Naprawdę, gdybym chciała spędzić wakacje nad basenem nie jechałabym do żadnej Turcji, czy innego Egiptu. Trawka, wierzby, delikatny cień. Bajka!




Ignacy trochę leniuchuje, ale można mu wybaczyć, bo postanowił do domu wrócić na piechotę. Ponad 7 km, byłam pod wrażeniem! Zajęło mu tylko dwa razy dłużej niż samochodem...
Uważny czytelnik dostrzeże brak Róży. No cóż, w niedzielę, tuż po powrocie z koncertu wpadła na przyjaciółkę, która zaprosiła ją do babci na wieś na trzy dni. Spakowała się w pół godziny i tyle ją widzieli. Choćby dlatego będziemy musieli na basen wrócić, coś mi się zdaje, że się jej spodoba.

I to by było na tyle, dzisiaj za to robimy sobie lato, ale w zupełnie innym mieście. To jednak zasługuje na całkiem nowy wpis, dlatego
c.d.n.!