wtorek, 31 marca 2015

zajęci przygotowaniami

Pomyślałam, że zajrzę tu jeszcze przed Świętami, bo coś mi się zdaje, że to ostatnia szansa. A potem będzie za późno, by złożyć życzenia pod takimi psychodelicznymi kartkami...



Tak krawiec kraje.... W każdym razie paleta kolorystyczna jest bardzo skoordynowana miom zdaniem: trochę Tigera, TK Maxxa i pieczołowicie przechowanych opakowań z cukierni Lukullus (tymi opakowaniami mnie kupili, muszę przyznać).

Małe rączki zajęte, a ja się mogłam spokojnie zająć obiadem (to znaczy przygotowaniem tegoż).





Co robił Maciek zapytają czujnie Feministki? Tak, spał. Ale ja też spałam, tylko że wcześniej. Maciek odsypia poranne treningi, a ja wieczorne remontowe porywy, które kończą się grubo po północy. Na poniższym zdjęciu efekt pierwszego etapu mojej pracy nad podłogą. Ciekawe czy dobrnę do ostatniego.


Prawie nie wychodzę na dwór, a lista tego co jeszcze chciałabym zrobić w domu wciąż się wydłuża. Ale takie listy mają to do siebie, że nigdy się nie kończą, w przeciwieństwie do pięknej pogody.
No może akurat teraz pogoda nie jest aż tak piękna, mimo to krótki wypad nad Wisłę po materiał na palemki wzbudził tęsknotę za świeżym powietrzem.

Przyjmijcie zatem życzenia, aby Święta przeżyć jak najradośniej, w kolorach, również takich powstałych w skutek przyjemnego zmęczenia - jeśli na zewnątrz, to tym lepiej!

środa, 25 marca 2015

świąteczne porządki

W tym roku świąteczne, wiosenne porządki wciągnęły mnie na całego. I to takie w wersji ambitnej - w piątek kupiłam dwie puszki farby i tapetę (!), a w sobotę wałki malarskie, taśmy i klej i do pracy! Oczywiście najlepszą zabawę, czyli malowanie wzięły na siebie dzieciaki.
Zrozumiałam, że trzeba pomalować balkon, gdy któregoś dnia usuwałam zacieki w programie do korekty zdjęć...





Wałki mamy tylko dwa, żeby jakoś to wszystko kontrolować, więc członkowie ekipy wymieniają się po prostu. Ignacy załapał się na korytarz na klatce.



Już jestem z nimi umówiona na odmalowanie ściany w salonie, może w wakacje?

Ja za to miałam zabawę z tapetą. Już od jakiegoś czasu nie mogłam patrzeć na pomarańczową ścianę przy oknie w kuchni. Zbyt pomarańczowo. I jak już wyobraziłam sobie tam tapetę, to nie mogłam się od tej wizji uwolnić - uwielbiam tapety.
Maciek się tylko złapał za głowę. I miał trochę racji; same pomiary (okno, wnęka, parapet, kaloryfer, szafki) zajęły mi ponad godzinę.
Kolejne dwie godziny to odpowiednie przycinanie trzech (!) pasów, resztę trzeba było sztukować z kawałków.
Klejenie to też nie była bułka z masłem. Tapeta jest winylowa i bardzo wytrzymała, ale bardzo ciężko przykleić te brzegi, poprawki jeszcze przede mną. Łącznie z cienkimi pomarańczowymi paskami, które zostały przy brzegach i muszę je teraz zamalować na biało. Ale efekt już jest.





Kolejny etap to podłoga, do której jest przeznaczona druga puszka farby. To dopiero będzie eksperyment...
Ale porządki nie tylko remontowe się odbywały, kolejne cztery wory odnalazły swą drogę do różnych kubłów na śmieci, a kolejnych parę do schowka na półpiętrze.
Można się było zmęczyć, ale Ignacy z Różą uparli się jeszcze na pieczenie ciastek. Ja tam in bronić nie będę. Zakończę więc sympatycznymi zdjęciami kulinarnymi (?). Różę zainspirowała nowa książka kucharska z Lidla tylko ze słodyczami (dodają do dużych zakupów). Pięknie wydana i sfotografowana, tak na marginesie.



Jednak zdjęć w stylu nie udało mi się zrobić. Najpierw Ignacy dostał, hm, kociokwiku?




A potem Róża spontanicznie zdecydowała, że chce pozować ... w spodenkach ... na głowie. Zostawiam Was z tym. Pozdrowienia!



środa, 18 marca 2015

moje małe uzależnienia oraz dlaczego zatrudnić panią do sprzątania

Zacznę przyjemnie - od uzależnienia, a może raczej niewinnej przyjemności. Po prostu muszę się tym podzielić, bo to moje uwielbienie wszech-czasów. Takie, o którym ma się ochotę opowiedzieć całemu światu, jak to z prawdziwym uczuciem.
A chodzi o ... kardamon. Odkryłam go na koniec grudnia, gdy zamykano w mojej okolicy sklep z przyprawami i zajrzałam skorzystać z promocyjnych cen. Od tego dnia nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji bez tych małych ziarenek.
Dodaję go rano do owsianki, posypuję nim ciasto lub kanapkę z dżemem, dorzucam do każdej kawy. I oczywiście przegryzam przez cały dzień. W pracy cudownie odświeża umysł. Wieczorna lektura, czy serial bez niego, to już zupełnie nie to. Ślady bytności zaznaczam kardamonowymi łuskami.
Nie ma pewnie jakiś szczególnych prozdrowotnych właściwości, ale - zastępuje mi wszelkie możliwe przekąski, nic mnie specjalnie poza kardamonem nie kusi. No i ten obłędny zapach... Gdyby były takie perfumy...
Oczywiście w styczniu szybko pożałowałam, że nie wykupiłam całego zapasu, bo jak zaczęłam potem szukać, to okazało się, że jest dość drogi (min. 4zł/10g). Kupowałam to tu, to tam, aż natknęłam się na niego w Marks&Spencer - w pięknych słoiczkach 33 gramowych,w niezłej cenie 14 zł, do tego nie wysuszony, nie za ostry, idealny. Ostatnio była promocja 20% i kupiłam 4 słoiczki hurtem, nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem im zdjęcia. I już żałuję, że nie wzięłam więcej, bo przekonałam się, że jeden słoiczek wystarcza mi raptem na tydzień.



Rozgryzanie tych cudnych ziarenek wspaniale łagodzi wszelkie trudy i stresy. Choćby i takie wiążące się z cotygodniową wizytą pani Ludy, która pomaga nam ogarniać ten cały chaos. Czy ktoś myślał, że będę tu się przechwalać lśniącym mieszkaniem, które wita mnie we wtorki po powrocie z pracy? Nie tym razem. Tym razem pani Luda zarządziła wiosenne porządki.
No ok, ale to co się ukazało naszym oczom po południu przerosło wszelkie wyobrażenia. Każda, ale to każda szafka i półka w pokoju dziewczynek została opróżniona, pięknie wytarta i ... Wielkie Państwo sobie to teraz tylko posegreguje i poukłada.
Trzy godziny później, tuż przed 22 Ignacy i Róża wytaszczyli z pokoju cztery worki śmieci.
Sami nigdy byśmy się na takie przedsięwzięcie nie porwali. Dziękujemy pani Ludo.
Ale może poprzestańmy na pokoju dziewczynek? Proszę, litości..!


Na drugim łóżku było drugie tyle. I na biurkach. I szafce z zabawkami. O.

piątek, 13 marca 2015

Paryż: dzień trzeci i ostatni...

Trochę mi to zeszło. No ale tak to jest - trzy dni w Paryżu, a potem pracuj za trzech. Witaj 14-godzinny dniu pracy...
Ale nie tylko to. Również żał mi było tak się symbolicznie z Paryżem rozstawać. Podróż krótka, intensywna, zostawiła mnie z pewną nostalgią i uczuciem niedosytu. Będzie o czym marzyć, przynajmniej bardziej realny kształt te wyobrażenia mogły nabrać (ja, w zwiewnej sukience, jadę na rowerze przez Pola Elizejskie...).
Zresztą, nie ma co popadać w melancholię, wiele z listy "muszę to zobaczyć" udało się zrealizować. W tym wizytę na słynnym cmentarzu Pere Lachaise. Jakoś bardzo chciałam odwiedzić grób Szopena, a i Róży i Ignasiowi ten pomysł się spodobał.
Ostatniego dnia już przed 13 musieliśmy się meldować w pociągu, więc akurat rano był czas na taki spacer. Pożegnaliśmy nasze mieszkanko, i w drodze do metra, w piekarni  (tej samek, w której jedliśmy śniadanie dzień wcześniej) kupiliśmy trzy bagietki, pięć makaroników i creme brulee dla Maćka (przez co miałam małe kłopoty przy kontroli lotniskowej, ale pani strażniczka powąchała i przeszedł) - to znaczy kupowała Róża, ćwiczenia!
Co ciekawe, sprzedawcy kasztanów już później ani razu nie spotkaliśmy (choć byliśmy nawet na placu Pigalle!). Dobrze, że spontanicznie przy naszym pierwszym zetknięciu na stacji metra skusiliśmy się na nie, smak warty wspomnienia. Maciek ciągle kręcił nosem, że jak to tak, ledwie nogę postawiliśmy w Paryżu, a już się rzuciliśmy na kasztany. A tak to co, żałowalibyśmy tylko zmarnowanej okazji. Przypomnę mu to, jak będzie chciał kiedyś hamować konsumpcyjne porywy.

Sam cmentarz robi wrażenie, oczywiście. Zaskoczyło mnie jak jest gęsto "zaludniony", ledwie można się przecisnąć między grobami - zupełnie jak u nas. Na mapie przy wejściu można sprawdzić gdzie leżą najsłynniejsi ludzie, okazuje się, że warto się kierować numerami - ja wizualnie stwierdziłam, że piąta większa alejka na prawo i pół godziny później błąkaliśmy się to tu, to tam, aż dopytałam innych turystów. Okazało się, że to co brałam za małe alejki, to były właśnie te duże. Szopen leży bardzo blisko wejścia w sumie, a my przeszliśmy prawie cały cmentarz. To nic, piękny jest.
Ciekawe są nagrobki z umarłym leżącym na płycie. Nigdy takich nie widzieliśmy, tam całkiem częste.




Innym niezwykłym dla nas obyczajem były kwiaty, piękne bukiety, położone po prostu na grobie, nawet nie rozwinięte z papieru. To znaczy nie wiem czy to jest obyczaj, za pierwszym razem myśleliśmy, że ktoś je po prostu zgubił, bo tak to trochę wyglądało, ale potem jeszcze na dwóch grobach takie same widzieliśmy. I to wcale nie na jakiś słynnych grobach.



Chociaż te słynne też niekoniecznie są monumentalne. Wyobraźcie sobie, że minęliśmy grób Szopena rozglądając się za nim! Chwila konsternacji, ale zaraz Róża wzięła się za zawieszanie wianka z bluszczu (po drodze splotłam go naprędce z resztek, które odciął mijany przez nas ogrodnik), a Ignacy zaintonował "Wieczny odpoczynek".




Akurat jacyś Francuzi przechodzili obok i patrzyli na nas, jak na przedstawicieli jakiegoś egzotycznego ludu, ale my byliśmy bardzo dumni. Nasz 'Szopę'...



Jeszcze parę ostatnich zdjęć i trzeba wracać.





Droga powrotna niby już znana, ale znowu nie było łatwo znaleźć pociągu. Potem okazało się, że autobus na lotnisko odjechał 5 minut temu i postanawiamy iść na piechotę, to niby tylko 3-4 km. Nie odeszliśmy daleko od przystanku, gdy Róża woła, że tam jedzie jakiś autobus. No to pędzimy biegiem z powrotem i rzeczywiście, nasz, ani chybi spóźniony (do tej pory wszędzie była wielka punktualność więc nie liczyliśmy na taki zbieg okoliczności). Przyjeżdżamy na tyle wcześnie, że wciąż mi się zdaje, że nasz samolot już odleciał... Tak to musi być z traumatycznymi doświadczeniami.

Zamiast podsumowania, jeszcze taka myśl, że przede wszystkim cieszę się, że mogłam tak intensywnie spędzić czas z moimi starszakami. Ostatni raz tak długo sama z nimi to byłam jeszcze przed urodzeniem Hani, czyli .. 8 lat temu. To było bardzo ciekawe zobaczyć jak sobie radzą z trudnymi sytuacjami, ze zmęczeniem, z nieśmiałością. Co ich fascynuje, o czym myślą. Dużo rodzicielskiego materiału.
Znowu poszerzyły mi się horyzonty.
A na koniec - chciałam mieć paryskie zdjęcie, w klimacie, no i mam. Dobra robota Róża!




Dziękuję za wszystkie przemiłe słowa pod poprzednimi wpisami! Au revoir!

niedziela, 1 marca 2015

Paryż: dzień drugi

Dzień drugi i jedyny, który od rana do wieczora spędzamy w Paryżu. Poświęcamy go na intensywne zwiedzanie.
Ale ranek rozpoczynamy parysko - w małej piekarni-restauracyjce Coquelicot (godna polecenia, a kilka uroczych papierowych podkładek pod talerze z mapą Montmarte zabrałam do okładania książek od francuskiego), którą mamy tuż za rogiem. Kolejne ćwiczenie z francuskiego dla Ignacego: musiał sam zamówić dwa croissanty, soki pomarańczowe, bułeczkę i cappuccino (15 euro). Zaliczone.


Metro z przesiadką pokonujemy już też jak bywalcy. Świetnie się nim przemieszcza, ani razu nie mieliśmy problemu z pomyleniem stacji, czy kierunku.


Cel to monumentalne Muzeum Historii Naturalnej (Museum national d'Histoire naturelle). Propozycja Ignacego (Róży zależało tylko na Mona Lizie, jeśli chodzi o muzea), co do której początkowo byłam sceptyczna, bo myślałam, że Paryż to raczej sztuka, a przyroda to Londyn. Szybko zrozumiałam swoją ignorancję. Muzeum po prostu powala na kolana, jeśli mogę tak powiedzieć. Chyba wszystkie możliwe gatunki zwierząt, pieczołowicie wypchane lub inaczej zrekonstruowane. Pora na zdjęcia.











Ciekawa jestem jak kreacjoniści reagują na takie miejsca, teoria ewolucji wydaje się nie do podważenia...
Jedynie Różę cała ta różnorodność życia nieco znużyła, na szczęście miałam ze sobą notes, w którym mogła sobie szkicować, podczas gdy ja z Ignacym pokonywaliśmy kolejne piętra tego niesamowitego gmachu.
W sklepiku zakupiliśmy dla Hani orangutanka przytulankę (Ludwik oczywiście uważa, że każda okazja jest dobra by zdobyć kolejny, upragniony zestaw lego..), a i Różyczka zdążyła się nią nacieszyć. Do tego, musieliśmy ją (Różę) przekupić przejażdżką na francuskiej karuzeli, żeby zechciała zajść jeszcze do pawilonu paleontologicznego, bo myślała już tylko o Subwayu... Karuzela śliczna, więc w głębi duszy byłam zadowolona.




Dobrze, że tego pawilonu nie odpuściliśmy, bo była by to zbrodnia. Szkielety wszelkich możliwych stworzeń w przepięknym świetle wpadającym przez olbrzymi okna. Samograj fotograficzny.












A na tym zdjęciu leniwca dostrzegam Ignacego!


Czy macie już dość szkieletów? Są i kurioza w formalinie:


jak i wszelkiej proweniencji narządy wewnętrzne, niektóre stylowo wyeksponowane, jak jakieś ekstrawaganckie kreacje hot-couture:


Ignacy mógłby stąd nie wychodzić, za to Róża jest lekko zdegustowana.




W końcu jednak wszyscy uznajemy, że pora coś przegryźć i znowu lądujemy w Subie. A potem dalszy spacerek, aż do Sekwany, gdzie wychodzimy prosto na most zakochanych i katedrę Notre Dame.






Nie dali się namówić na przytulane zdjęcie. Zresztą trzeba było szybko umykać, bo zdesperowane pary tylko wypatrywały, komu by tu powierzyć rolę romantycznego fotografa.
Nie mogłam uwierzyć, że pod katedrą kwitły najprawdziwsze kwiaty! W lutym? Jak to zrobili?


Pod katedrą skusiło mnie grzane wino, a dzieci gofry (trochę zmarzliśmy, gdyż po drodze zaliczyliśmy jeszcze słynne lody berthillon, oj, ale warte tego były...). Nie mniej kuszące wydawały się krzesełka. Zbliżała się szósta i musieliśmy powziąć jakieś decyzje co dalej, niestety byliśmy już dość wykończeni. Luwr miał być punktem obowiązkowym, ale jakoś wszyscy straciliśmy zapał. Postanowiliśmy się tam w każdym razie przejść i chociaż z zewnątrz zobaczyć.




Ciekawostka - po drodze minęliśmy sklep, w którym można kupić żywe .. szczeniaki i kociaki. Ignacemu zaświtał genialny pomysł na biznes - najtańsze pręgowane koty kosztowały 500 euro...


No dobrze, ale w końcu dotarliśmy do tego Luwru, i to tak pechowo, że najpierw musieliśmy całą jego długość minąć. Zupełnie nas to zniechęciło, ciągnie się chyba na pół kilometra!
Postaliśmy więc sobie trochę na placu, pośmieliśmy się z turystów (obowiązkowa poza - udawać, że trzyma się za czubek dach piramidy; ewentualnie z patykiem do selfie), no bo my jesteśmy przecież o wiele bardziej wyrobieni ;-).
Trochę mi żal było tego Luwru, mamiłam dzieciaki bogactwami kultury, które mamy na wyciągnięcie ręki. Ale nie chciałam też być takim wycieczkowym kapo, zresztą sama też już byłam zmęczona, szczerze mówiąc. Skapitulowałam. O dziwo jednak nikt nie wzbraniał się przed luwrowym sklepem, dobre i to, pomyślałam. Można się napatrzyć na słynny uśmiech. A jakie książki!



I co? Okazało się, że sklep rozbudził chęć na więcej. Opór materii osłabł i postanawiamy odważnie, że idziemy! Nie myślcie, że było za późno, w środy Luwr jest otwarty do 21:30. I to była genialna decyzja - żadnych kolejek, przestronne wnętrza wręcz pustawe, z pasjonatami szkicującymi detale z obrazów. Zamarłam z zachwytu.


Zaraz też na początku natknęłam się na obraz, który przeniósł mnie ponad 20 lat wstecz - przypomniałam sobie, jak odtwarzałam go z kiepskiej reprodukcji na lekcję historii. Wzruszenie.


Ale właściwie przed każdym obrazem miałam ochotę przysiąść i podziwiać. Choćby takie detale:

lub coś tak bajkowego:


A, gwoli wyjaśnienia, z Ignacym i Różą rozstałam się na początku, mieliśmy się spotkać przy wyjściu przy szatni. Stety lub niestety, natknęłam się na nich tuż przed Mona Lizą. Rozchichotani, w galerii malarstwa włoskiego..!


I z czego ta Róża tak się śmieje? Próbka dowcipu gimbazy: "-Ojej, upuściliśmy dzieciątko Jezus, co robić? - Nie wiem, pomódlmy się, może nic się nie stanie...". Rozumiecie mnie?

Za to miny tych moich dzieci po zetknięciu z arcydziełem wydały mi się chyba bardziej interesujące, niż sama heroina, Ot, matka.



Dość szybko pożegnałam moją upiorną parkę i ruszyłam na poszukiwanie impresjonistów, młodzież bardziej interesowały sale egipskie.


Do impresjonistów nie doszłam. Za dużo pokus po drodze. A ostatnie 15 minut spędziłam (sama w sali!) w takim pełnym gracji towarzystwie (rozmiary gdzieś o półtora razy większe, niż przeciętni śmiertelnicy):


Jakie tam się jeszcze skarby kryją w tym Luwrze... Na pewno trzeba będzie sprawdzić. I wieczorne zwiedzanie to naprawdę świetna opcja. Tylko jeśli wczoraj wieczorem ledwie powłóczyliśmy nogami, to dla naszego stanu z drugiego wieczoru nie mam nazwy...
Dacie jeszcze radę przebrnąć przez dzień trzeci? My daliśmy!