piątek, 17 października 2014

Nastolatka Róża i prezent od Cioci - artystki

Najwyższa pora pochwalić się jakie też cuda dostała Róża w tym roku na urodziny. W końcu minęły już 2 miesiące, od kiedy mamy tu najprawdziwszą nastolatkę (o rety!). Oczywiście z takimi nastolatkami to same problemy, ot chociażby - jaki prezent podarować na urodziny? Ciocia Marysia w tym roku przebiła wszystko i zaskoczyła nas niezmiernie prezentem, który przyszedł... mailem (dziwne jak pomyślę, że ja w wieku 11 lat nie wiedziałam nawet co to jet e-mail). Oto on:


Pamiętacie może to zdjęcie? Plakat jest właśnie nim zainspirowany. Tak to jednak bywa z wirtualnym światem, że jakoś ciężko przenieść go do rzeczywistości i dopiero niedawno zmobilizowałam się do wydrukowania go, jako samoprzylepnego plakatu w fotojokerze. No i po prostu bomba, to już kolejny raz jak nie zawiodłam się na ich jakości - gruby, piękne kolory, świetnie trzyma się ściany. Tylko dobrałam ciut za duży rozmiar i podpis "Róża" się schował. Trudno, i tak nadał formę całemu pokojowi, a już na pewno kącikowi nad łóżkiem.
Piękny jest... Marysia próbuje teraz swojego szczęścia w Kopenhadze, myślę, że świetnie się wpisze w tamtejszy rynek.




A, jeszcze, jakby tego było mało, parę dni po mailu przyszła prawdziwa poczta, która przynisła koszulkę z nadrukiem własnoręcznie przez Marysię zaprojektowanym, a przedstawiającym Figę! Zupełne szaleństwo.
Liczyłam, że uda mi się zrobić zdjęcie Róży w koszulce przy plakacie, ale gdybym dłużej czekała na zgranie wszystkich elementów (dobre światło, Róża pod ręką, czas, no i względny porządek na łóżku) to mogłoby się okazać, że zdążyłam akurat na 12 urodziny... Zatem tylko tak:




poniedziałek, 13 października 2014

filcowy koszyk na rower DIY w wyprawie po orzechy

Jak pewne pamiętacie, Ludwik lubi podróżować na swoim rowerze w stroju nietoperza (o czym tu). Lubi też klocki lego. A że czasem nie mógł się rozstać z ulubionym ludzikiem nawet w czasie jazdy, to podsunęło mi myśl, że przydałby mu się koszyk na rower, taki jak mój. Kiedyś miał podobny, plastikowy, ale szybko się połamał, po kolejnym upadku. Zaświtała mi więc idea, aby koszyk zrobić samemu - będzie nie tylko funkcjonalny, ale i piękny, he, he.
Nietoperz jako motyw przewodni nasuwał się sam (poza tym, zostało mi jeszcze sporo czarnego filcu po uszyciu nietoperzowego stroju...). I jak już mi przyjdzie taki genialny pomysł do głowy, to czas się nagle rozciąga w magiczny sposób i okazuje się, że w dwa wieczory mogę go zmaterializować.
Parę szczegółów technicznych - czarny filc jest typowy, cienki, więc cała konstrukcja jest z takiego grubego, około półcentymetrowego filcu, który kiedyś kupiłam w sklepie z linami i sznurami (nie wiem dokładnie do czego on służy). Mimo jego grubości (ledwie się mieści pod stopkę igły) byłam zadziwiona z jaką łatwością maszyna sobie z nim radzi. Ręcznie musiałam tylko przyszyć szelki (stary plecak) i parę końcowych detali. Wszyłam też czerwoną podszewkę zawiązywaną jak woreczek, żeby przy upadkach zawartość nie wysypywała się na ziemię.
Czy Ludwikowi się spodobał? Ba!






Sprawdza się doskonale, o czym mogę napisać z pełnym przekonaniem, bo jest użytkowany już od września. Nie miałam wcześniej okazji spokojnie go sfotografować - nadarzyła się w tę przepiękną sobotę.
Dzień jak marzenie, wyruszyliśmy więc porozglądać się za orzechami. Nic dalekiego, po prostu Siekierki, ale w ten dzień chyba każdy zakątek kraju wyglądał cudownie. Tak było i u nas.








Było wspinanie po drzewach i przedzieranie się przez krzaki. I były orzechy! Dużo orzechów, większość z naszego sekretnego miejsca, do którego nie docierają ani bezdomni, ani inni rowerzyści.




W niedzielę zajrzeliśmy tam jeszcze raz. Co prawda dziewczyny niezbyt pomagały, bardziej niż zbieraniem były zainteresowane pozowaniem w swoich kościelnych ciuszkach. Słowo daję, że nie zachęcałam ich do tych póz!






Ale i tak zapełniliśmy mój koszyk jeszcze raz. Gotowi do zimy!


czwartek, 9 października 2014

inaczej

Ostatnio rzeczywistość nam zazgrzytała i kilkukrotnie przekręciła plany. Niczym w kostce rubika, zamiast prostego wzoru trzeba było sobie znienacka radzić z mozaiką. Cała sprawa zakończyła się w ten sposób:




A było to tak. Planowaliśmy, jak co roku rodzinny wyjazd na wieś, do rodziny Maćka, do Owni i Zarytego. Oczywiście nie w tę właśnie niedzielę, w którą odbywa się maraton warszawski, do którego Maciek przygotowywał się całe wakacje. Tylko, że w zeszły poniedziałek Maćkowi na codziennej rowerowej drodze do pracy nagle stanęły gwałtownie otwarte drzwi od samochodu i... pęknięcie kości łokcia.
W takim razie zamiast na maraton, wybieramy się na wieś. Nawet mi to bardzo pasuje, już sobie planuję jakie fajne zrobię zdjęcia (pogoda!) i jak to potem ładnie opiszę na blogu, łącząc ładnie z wcześniejszą niedzielą, gdy na wsi byliśmy na Święcie Michała (jakoś w ubiegłym tygodniu nie było kiedy napisać).
Zatem (akcja się kondensuje) w piękny niedzielny poranek siedzimy już wszyscy w samochodzie, weseli, gotowi i zapakowani, ale... Akumulator. To nie pierwszy raz jak pada nam akumulator (takich traumatycznych prób odjazdu, gdy już wszyscy siedzimy z dzieciakami gotowi do drogi mamy już na koncie, hmm.., kilka), więc wiadomo co robić. Maciek z rezygnacją idzie szukać kabli po sąsiadach (kiedyś mieliśmy swoje, ale się.. zepsuły). A ja ordynuję krótki spacerek, bo co tak będziemy siedzieć w garażu.
I masz ci los, ledwie zdążyliśmy wychylić nos zza bramy, a tu spomiędzy krzaków rzuca się na Figę znienacka ogromne psisko, któremu towarzyszy wątła dziewczyna. Pies był naprawdę agresywny, pierwszy raz widziałam coś takiego. Próbowałam go uderzać smyczą, ale to nic nie pomagało. Dopiero dziewczynie po krótkiej chwili udało się jakoś odciągnąć swojego psa.
Na pierwszy rzut oka nic Fidze nie było  - obejrzałam dokładnie okolicę karku i wszystko wyglądało ok. Wtedy Ignacy ze zgrozą krzyknął "-Mamo! Zobacz..!!". Spojrzałam i mnie zmroziło. W pachwinie widać było około 10 centymetrowe rozdarcie, prawie bez krwi, ale wyzierały przez nie wnętrzności...
No cóż, dziewczyna zachowała się bardzo w porządku - zawiozła nas do weterynarza, pokryła (niemałe) koszty szycia, i w ogóle widać było, że jest jej bardzo, bardzo przykro. Bardzo budująca postawa, mieliśmy potem z dziećmi rozmowę, jak bardzo jest ważne, gdy ktoś próbuje naprawić zawinioną, nawet niechcący krzywdę.
W całej tej sytuacji najbardziej mnie jednak zaskoczyły moje emocje. Jakoś nigdy nie czułam się, abym specjalnie szalała na punkcie tego naszego kundelka, który jest z nami niewiele ponad rok. Ale spojrzenie tego psiego nieszczęścia, takie smutne i jednocześnie ufające, no kompletnie mnie rozsypało. Nie spodziewałam się, że aż tak może mnie poruszyć wypadek tego psa. Czegoś się o sobie dowiedziałam.

Zresztą okazało się, że nie jest aż tak źle, zszyta rana ładnie się goi, Figa nie ma problemów z chodzeniem, no chyba że między wąskimi przejściami (kołnierz!). Tylko ominął nas wspólny wyjazd (Maciek pojechał z dziewczynkami, które ominęło całe zajście i dziadkiem Jurkiem), niedziela na wsi no i zdjęcia. A tak liczyłam na jeszcze trochę walk na sianie.
Załączam więc na koniec parę fotek z najwspanialszego naturalnego placu zabaw - całego ze słomy. Takie cudo przygotował Pan Hruby, który piecze najwspanialsze żytnie chleby (kupuję zawsze na Biobazarze). Pierwszy raz mogliśmy spróbować chleba prościutko z jego pieca, ale to już zupełnie inna historia...






czwartek, 25 września 2014

fotoksiążka z wakacji

Ambitny cel zrealizowany: wydrukowałam nasze zdjęcia z wakacji. Już bardzo dawno nie robiłam albumów (ostatni to chyba z komunii Ignacego, nawet Róży komunijne czekają jeszcze na moją mobilizację - muszę zdążyć w każdym razie przed Hanią...), więc tym bardziej jestem z siebie bardzo zadowolona.
Było z tym sporo pracy; uznałam że jak już robić to robić i ostatecznie wyszło tego ponad 100 stron. No ale to zdjęcia z całych wakacji, a te jak wiadomo krótkie nie były.
Fotoksiążka daje chyba najwięcej możliwości, jakoś tak inaczej się ją ogląda niż album. No i jest o wiele łatwiej zróżnicować formaty zdjęć. Z drugiej strony trochę się trzeba nagłówkować, szczególnie gdy zdjęć (tych wybranych) jest ponad 1000. A na koniec ten efekt niespodzianki i niepewności - jak to będzie wyglądać naprawdę. I tu muszę się przyznać do lekkiego rozczarowania. Po zetknięciu się z printu.pl na paru blogach i przeczytaniu wielu zachwyconych opinii zdecydowałam się na ten serwis (nie bez znaczenia była też oferowana promocyjna zniżka 35%, której termin ważności też działał dopingująco, żeby zakończyć to co zaczęłam). No i jakość wydruku jest rzeczywiście świetna, ale mimo wszystko jest to wydruk. Nie ma możliwości drukowania na papierze fotograficznym i to niestety widać, szczególnie na zdjęciach, które nie są perfekcyjnie naświetlone - te są z ziarnem,  takie bez głębi, jakby przyszarzone. Przy czym na zwykłych odbitkach te same zdjęcia wyglądają o niebo lepiej - sprawdzałam. Oczywiście to nie jest jakiś tragiczny efekt, ale też nie tak jak sobie wymarzyłam.
Wnioski na przyszłość: warto, naprawdę warto wydrukować swoje ulubione zdjęcia. Nie ma dnia żeby dzieciaki nie siedziały nad tą książką. To ogromna różnica trzymać je w rękach, czy przejrzeć czasem na ekranie monitora. Ale wybierać trzeba książki z papierem fotograficznym, nawet jeśli są sporo droższe.
A i stolik kawowy będzie wam wdzięczny ;-) (to akurat hasło z tego pięknego serwisu do drukowania, marzę że i u nas kiedyś taki powstanie).







czwartek, 18 września 2014

moja droga do szkoły

W tym roku znowu inaczej, łatwiej, fajniej. Dwa lata temu autobusem, mroczny czas przepychania się i dopominania o miejsce z moim trzylatkiem, torbą i plecakiem, a potem ze śpiącym tobołkiem - Lulkiem w stresie, czy zdążę do przedszkola po Hanię.
A teraz? W drogę do szkoły zabieram aparat.




To była Hania. Ignacy i Róża wychodzą wcześniej (oczywiście też z rowerami) i na dodatek wracając biorą ze sobą Hanię. Ameryka!

Ale najlepszy numer jest w tym roku z Lulkiem. W zeszłym tygodniu oznajmił mi, że nie chce jechać na foteliku, tylko sam na własnym rowerku. No dobra, ale prawie 5 km, z Mokotowa do Śródmieścia? I zdążyć na 9.00?! I pod tę wielką górę na ulicy Spacerowej (zwodnicza nazwa) podjechać???
Spróbowaliśmy jednak, pierwszy raz w asyście Maćka na wszelki wypadek i... od tygodnia tak właśnie jeździmy do i z przedszkola. Parę razy do tego jeszcze Ludwik się uparł, że pojedzie w stroju nietoperza. Jak pomyślę, że za dwa lata będę pokonywać tę trasę sama, to już mi żal tych dni.









 Tak się cieszę, że mimo że mieszkamy w Warszawie, to dzieciaki oglądają drogę do szkoły nie tylko zza szyby samochodu.

W szkolnym temacie ciągle, jeszcze tylko pochwalę się Hani nowym tornistrem. Poprzedni, który miała po Róży (kupiony 5 lat temu zanim zaczęłam przeglądać ladnebebe ;-) zupełnie się już zużył. Więc tym razem wymarzyłam sobie taki we francuskim stylu i udało mi się do tego marzenia przekonać Hanię. Wyszukałam w internecie ładny i nie najdroższy - o taki bakker właśnie, no i co za rozczarowanie jak już przyszedł - okazał się piękny, ale malutki, jak pół plecaka.
Odesłaliśmy i zamówiłam większy, no droższy i szary ale jak się już napaliłyśmy to trudno. Tylko, że ten znowu okazał się taki zupełnie miękki, szmaciany. Łatwo się pobrudzi, i w ogóle, znowu odsyłamy. Na tym zakupy w internecie się skończyły.
Ostatniego tygodnia pobytu w Świnoujściu wyskoczyliśmy na wycieczkę do Albecku, który jest tuż za granicą. Chłopaki pojechali zwiedzać muzeum lotnicze, a ja z dziewczynami miałyśmy sobie pochodzić po uliczkach. Weszłyśmy do malutkiego papierniczego i spędziłyśmy w nim całe nasze 1,5 godziny... Wyszłyśmy m.in. z tym cudnym plecakiem. Firmy tej (froy&dind) nie ma jeszcze w Polsce, a szkoda, bo zachwycające jest wszystko. Co najdziwniejsze, w tym małym sklepiku w Albecku zapłaciłam za ten plecak o 20 euro mniej, niż jest na stronie internetowej.
Tornister jest nie tylko śliczny, ale i funkcjonalny, duży przestronny (do kieszonki nakładanej mieści się śniadaniówka!) z organicznej bawełny pokrytej jakimś laminatem. Tyle radości :-)




I już zupełnie na koniec aktualizacja naszego biurka pod oknem. Doszły zielone szafki z szufladami i mnóstwo innych rzeczy (m.in. łóżko Lulka, który uwielbia słuchać Ani z Zielonego Wzgórza z audiobooka dziewczynek przed zaśnięciem).



Oczywiście tak pusty, biały blat biurka to tylko po mojej interwencji. Jest nad czym pracować!