poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pierwsza wiosenna sobota nad Wisłą

Na sobotę plan był tylko jeden: wystawić się do słońca i chłonąć tę całą wiosnę. Dlatego zamiast obiadu do torby spakowaliśmy bochenek chleba, kiszone ogórki, kiełbasę, wodę i obiad gotowy. Jeszcze po drodze skusił mnie sklep z wizją piwa, dzieciaki wyprosiły krówki na deser i byliśmy bliscy ideału.

Nad Wisłą wspaniale - i patyków zatrzęsienie.







A jednak, jak już przyszło do rozpalania naszego mini-ogniska Ludwik wypatrzył motorówkę Straży (policji?), która przycumowała akurat tuż naprzeciwko nas.




Rozpalanie ognisk chyba nie jest do końca legalne (chociaż my robimy naprawdę wszystko, żeby nawet śladu po nas nie zostało poza małą kupką popiołu, no ale rozumiemy, że ciężko na to napisać paragraf), dlatego postanowiliśmy przeczekać.
I tak się grzaliśmy w słońcu jak jaszczurki i czekaliśmy.









I tak czekaliśmy i czekaliśmy. Przepływały łódki, spacerowali ludzie. W pewnym momencie tuż przed naszym nosem przepłynęło też takie zjawisko. Od razu błysnęła mi myśl, że może by wypożyczyć od Vislava jego SUP-a i... Warszawo nadchodzę..!



Tymczasem niektórzy wzięli się za szykowanie naszych pojazdów do nowego sezonu. Mój w tym roku otrzymał takie piękne rąćzki.




I koniec końców zjedliśmy nasze kiełbasy na zimno. Trudno. Jak to w życiu.
I tak było prawie idealnie.



sobota, 11 kwietnia 2015

Przeżyliśmy Święta

Mam pewną słabość do przewrotnych tytułów, ale ten jednak zobowiązuje. Jest w każdym razie uprawniony, przeżyliśmy Święta na wielu poziomach. Po głębokim zastanowieniu mogę nawet stwierdzić, że lubię przeżywać Święta, a to już coś.



Z przyjemnością, a nawet śmiem twierdzić z pewną łatwością upłynęły przygotowania. Nie wiem, czy to obiektywnie kwestia zdobytego doświadczenia, czy też pewne przywyknięcie do trudności. Sam fakt wątpliwości to już jakaś nadzieja.

Najłatwiej skupić się na wymiarze kulinarnym. Fajnie było przygotowywać te wszystkie specjalne, tylko raz do roku ciasta. Historyczne wydarzenie: wypieki bezjajeczne udały mi się zdecydowanie lepiej niż jajeczne. W szczególności baby mocno rozczarowały - wyszły strasznie suche, chyba zbyt długo przetrzymane w piekarniku. A może potraktowałam je po macoszemu, po całym dniu wypieków. Nikt ich nie ruszył, tylko na Maćka można liczyć - dziś uporał się z ostatnią babką... Za to te bez jajek, na dyni udały się na medal, wyrośnięte, wilgotne, cudne. Tylko że te znowu dostały się jedynie Lulkowi, w końcu innych nie może. Także drożdżowym ciastem się nie przejadłam, ale na pociechę były jeszcze mazurki i makowiec. I sernik - dzieło Babci B. (która jak światowiec przybyła do nas ... samolotem!).



Bogactwo na stole, ale i w rozmowach dzięki temu, że spędzaliśmy Święta w dużym rodzinnym gronie, u Dziadka Jurka.
Wnuków już dziewiątka - jak fajnie mieć tyle dzieci przy stole!






Dziadek Jurek wśród dziewiątki wnuków, czwórki dzieci i całego szerszego grona obchodził też hucznie swoje 70 urodziny, ale to już inna historia...



Wdzięczna jestem za tę dużą rodzinę, za tradycje przekazywane prawie niezauważalnie z roku na rok. I za wiarę w to wszystko.

wtorek, 31 marca 2015

zajęci przygotowaniami

Pomyślałam, że zajrzę tu jeszcze przed Świętami, bo coś mi się zdaje, że to ostatnia szansa. A potem będzie za późno, by złożyć życzenia pod takimi psychodelicznymi kartkami...



Tak krawiec kraje.... W każdym razie paleta kolorystyczna jest bardzo skoordynowana miom zdaniem: trochę Tigera, TK Maxxa i pieczołowicie przechowanych opakowań z cukierni Lukullus (tymi opakowaniami mnie kupili, muszę przyznać).

Małe rączki zajęte, a ja się mogłam spokojnie zająć obiadem (to znaczy przygotowaniem tegoż).





Co robił Maciek zapytają czujnie Feministki? Tak, spał. Ale ja też spałam, tylko że wcześniej. Maciek odsypia poranne treningi, a ja wieczorne remontowe porywy, które kończą się grubo po północy. Na poniższym zdjęciu efekt pierwszego etapu mojej pracy nad podłogą. Ciekawe czy dobrnę do ostatniego.


Prawie nie wychodzę na dwór, a lista tego co jeszcze chciałabym zrobić w domu wciąż się wydłuża. Ale takie listy mają to do siebie, że nigdy się nie kończą, w przeciwieństwie do pięknej pogody.
No może akurat teraz pogoda nie jest aż tak piękna, mimo to krótki wypad nad Wisłę po materiał na palemki wzbudził tęsknotę za świeżym powietrzem.

Przyjmijcie zatem życzenia, aby Święta przeżyć jak najradośniej, w kolorach, również takich powstałych w skutek przyjemnego zmęczenia - jeśli na zewnątrz, to tym lepiej!

środa, 25 marca 2015

świąteczne porządki

W tym roku świąteczne, wiosenne porządki wciągnęły mnie na całego. I to takie w wersji ambitnej - w piątek kupiłam dwie puszki farby i tapetę (!), a w sobotę wałki malarskie, taśmy i klej i do pracy! Oczywiście najlepszą zabawę, czyli malowanie wzięły na siebie dzieciaki.
Zrozumiałam, że trzeba pomalować balkon, gdy któregoś dnia usuwałam zacieki w programie do korekty zdjęć...





Wałki mamy tylko dwa, żeby jakoś to wszystko kontrolować, więc członkowie ekipy wymieniają się po prostu. Ignacy załapał się na korytarz na klatce.



Już jestem z nimi umówiona na odmalowanie ściany w salonie, może w wakacje?

Ja za to miałam zabawę z tapetą. Już od jakiegoś czasu nie mogłam patrzeć na pomarańczową ścianę przy oknie w kuchni. Zbyt pomarańczowo. I jak już wyobraziłam sobie tam tapetę, to nie mogłam się od tej wizji uwolnić - uwielbiam tapety.
Maciek się tylko złapał za głowę. I miał trochę racji; same pomiary (okno, wnęka, parapet, kaloryfer, szafki) zajęły mi ponad godzinę.
Kolejne dwie godziny to odpowiednie przycinanie trzech (!) pasów, resztę trzeba było sztukować z kawałków.
Klejenie to też nie była bułka z masłem. Tapeta jest winylowa i bardzo wytrzymała, ale bardzo ciężko przykleić te brzegi, poprawki jeszcze przede mną. Łącznie z cienkimi pomarańczowymi paskami, które zostały przy brzegach i muszę je teraz zamalować na biało. Ale efekt już jest.





Kolejny etap to podłoga, do której jest przeznaczona druga puszka farby. To dopiero będzie eksperyment...
Ale porządki nie tylko remontowe się odbywały, kolejne cztery wory odnalazły swą drogę do różnych kubłów na śmieci, a kolejnych parę do schowka na półpiętrze.
Można się było zmęczyć, ale Ignacy z Różą uparli się jeszcze na pieczenie ciastek. Ja tam in bronić nie będę. Zakończę więc sympatycznymi zdjęciami kulinarnymi (?). Różę zainspirowała nowa książka kucharska z Lidla tylko ze słodyczami (dodają do dużych zakupów). Pięknie wydana i sfotografowana, tak na marginesie.



Jednak zdjęć w stylu nie udało mi się zrobić. Najpierw Ignacy dostał, hm, kociokwiku?




A potem Róża spontanicznie zdecydowała, że chce pozować ... w spodenkach ... na głowie. Zostawiam Was z tym. Pozdrowienia!